Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia | 01-11-2017 12:16

Polityka zdrowotna nie może opierać się na wybieraniu mniejszego zła

- Nie da się w sposób kompleksowy i odpowiedzialny tworzyć polityki lekowej i polityki zdrowotnej przy tak ograniczonym budżecie, jaki jest w Polsce. Wówczas ta polityka opiera się na wybieraniu mniejszego zła, co obserwujemy od wielu lat w naszym kraju - mówi w wywiadzie dla miesięcznika Rynek Zdrowia Wiktor Janicki*, dyrektor generalny Roche Polska Sp. z o.o.

Wiktor Janicki, dyrektor generalny Roche Polska

Rynek Zdrowia: Ministerstwo Zdrowia zapowiada przedstawienie dokumentu "Polityka Lekowa Państwa", który ma zacząć obowiązywać od początku 2018 roku. Co się musi wydarzyć, aby polityka lekowa odniosła sukces?
Wiktor Janicki: - Sukcesem będzie już samo opracowanie takiego dokumentu jak „Polityka Lekowa Państwa”. Jako dokument strategiczny narzucać będzie pewne istotne ramy oraz priorytety polityki zdrowotnej. Powinny one wynikać ze specyficznej dla naszego kraju mapy potrzeb zdrowotnych, epidemiologii, analizy trendów demograficznych oraz uznanych standardów terapeutycznych.

Rozumiem, że celem Ministerstwa Zdrowia jest faktycznie objęcie jak najlepszą opieką jak najszerszej grupy pacjentów, w ramach budżetu, który posiada. W takim momencie zawsze dochodzimy do kwestii pieniędzy. To, co wyróżnia działania obecnego kierownictwa resortu zdrowia, to bliska współpraca z Ministerstwem Rozwoju i poszukiwanie sposobu, jak pozyskać więcej pieniędzy na ochronę zdrowia.

Wydaje mi się, że zaczynamy rozmawiać na temat tego, że ochrona zdrowia to inwestycja, na którą można patrzeć z dwóch perspektyw: po pierwsze jako na inwestycję w zdrowie Polaków, bo zdrowsze społeczeństwo to niższe koszty medycyny interwencyjnej oraz ZUS, a także wyższa aktywność zawodowa Polaków; po drugie zaczynamy patrzeć na zdrowie jako inwestycję w gospodarkę, w tym rozwój firm czy polskiej nauki w obszarze zdrowia.

Jeżeli dokument „Polityka Lekowa Państwa” potrafiłby połączyć te wszystkie elementy, to myślę, że mógłby przyciągnąć uwagę chociażby ministra finansów, który zdecydowałby się przeznaczyć więcej pieniędzy na ochronę zdrowia, po to, by ta inwestycja zwróciła się w postaci większych nakładów na rozwój firm farmaceutycznych w Polsce.

- Mówimy o większych nakładach na zdrowie w postaci wyższego procentu PKB, większych ulg podatkowych czy dosypaniu pieniędzy z budżetu?
- Mam wątpliwości, jeśli chodzi o instrumenty podatkowe. Konkurujemy o pieniądze inwestycyjne w skali nie tylko europejskiej, ale coraz częściej globalnej. Bardzo trudno jest więc konkurować z innymi krajami tyko w oparciu o ulgi, ponieważ wszyscy je oferują i to na bardzo atrakcyjnych warunkach.

Jeśli mówimy o firmach, które są skłonne wydawać setki milionów złotych, to biorą one pod uwagę takie kraje jak, przykładowo: USA, Japonia, Indie, Szwajcaria lub Polska. Narzędzia fiskalne czy ulgi podatkowe nie wystarczą, by zwrot z inwestycji był wystarczająco atrakcyjny. Musi za tym iść pewien strumień pieniędzy na innowacje.

Nie da się w sposób kompleksowy i odpowiedzialny tworzyć polityki lekowej i polityki zdrowotnej przy tak ograniczonym budżecie, jaki jest w Polsce. Wówczas ta polityka opiera się na wybieraniu mniejszego zła, co obserwujemy od wielu lat w naszym kraju. Wciąż aktualne jest pytanie, jak to zmienić. Pojawia się szereg pomysłów, w tym podział kontrybucji do budżetu na zdrowie pomiędzy państwo, pracodawców i pracowników.

- Jednym z pomysłów na zwiększenie wpływu firm na gospodarkę oraz międzyresortową współpracę, był tzw. refundacyjny tryb rozwojowy (RTR). Jak go Pan ocenia?
- Idea wydawała się dość atrakcyjnym narzędziem do przyciągania inwestycji do Polski. Zgodnie z prezentowanymi koncepcjami, firmy - w zamian za inwestycje dokonane w Polsce - miałyby dostęp do m.in szybkiego trybu refundacji leków.

Uważam, że powinniśmy iść w kierunku nowoczesnych instrumentów podziału ryzyka (RSS), opartych na skuteczności i efektach leczenia. Szukajmy takich rozwiązań, gdzie będziemy w stanie ocenić efekty leczenia, a firmy będą w stanie wziąć na siebie część ryzyka związanego z refundacją, np. zwrócić koszt leczenia tych pacjentów, którzy nie odpowiedzą na terapię.

Oczywiście realizowanie tego typu porozumień wymaga pewnych zmian i dodatkowej infrastruktury oraz nakładów po stronie NFZ, by płatnik mógł mierzyć rzeczywiste efekty zastosowanej u pacjentów terapii oraz wysokość nakładów poniesionych na diagnostykę.

Z perspektywy Ministerstwa Zdrowia wdrażanie narzędzi podziału ryzyka pozwala na optymalizację kosztów terapii dla danego pacjenta i wydatków na refundację. Za jeden milion wydanych złotych, można osiągnąć różne efekty, zawsze jednak chodzi o to, aby były one jak najlepsze.

Wróćmy do pytania, co ma być istotą RTR? Jeśli tym celem ma być to, że w Polsce powstawać będą innowacyjne leki, to pojawia się element jakościowy oceny. Zatem najpierw porównajmy, kto i ile wydał na innowacje w zdrowiu oraz zdefiniujmy, jak ma być rozumiana innowacja tak, aby nie nadużywać tego pojemnego znaczeniowo sformułowania.

Dużo zależy też od tego, co będzie zachętą do wysokich wydatków na innowacje w Polsce. Dotychczas nie było to doprecyzowane. Mieliśmy wyższe ceny na etapie oceny przez AOTMiT, które następnie były przedmiotem negocjacji z Komisją Ekonomiczną. Nikt nie był w stanie zagwarantować, jakie będą oczekiwania zespołu negocjacyjnego po stronie Ministerstwa Zdrowia i jak bardzo trzeba będzie je obniżyć po etapie oceny w Agencji.

Ostatnio pojawiła się ciekawa koncepcja zapewnienia szybszego dostępu do rynku. Jeżeli średni czas oczekiwania na decyzję (refundacyjną - red.) w Polsce wynosi, według jednego z badań, dwa lata, to przyspieszenie decyzji o refundacji do 6 miesięcy byłoby bardzo atrakcyjne.

* Cały wywiad ukaże się w listopadowym wydaniu miesięcznika Rynek Zdrowia (nr 11/2017).