Od słowa do słowa w ochronie zdrowia: aby język oddał to, co pomyśli głowa

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 25 stycznia 2016 05:41

Minister zdrowia chce zastąpić określenie ”przedsiębiorstwo podmiotu leczniczego” pojęciem "zakład leczniczy", bo - jak twierdzi - "wielu osobom kojarzy się ono z działalnością produkcyjną". Niby drobnostka. Są ważniejsze problemy w ochronie zdrowia niż cyzelowanie języka urzędowego.

Samorząd lekarski od lat walczy odhumanizowaniem komunikatów Ministerstwa Zdrowia i NFZ. Fot. Archiwum

Propozycję Konstantego Radziwiłła zgłoszoną w założeniach do projektu ustawy o zmianie ustawy o działalności leczniczej można by zbagatelizować, gdyby nie przypuszczenie, że to dopiero początek oczekiwanych zmian w urzędowym języku resortu zdrowia.

Obecny minister wywodzi się z samorządu lekarskiego - piastował w Naczelnej Radzie Lekarskiej wiele zaszczytnych funkcji. Zaś samorząd lekarski od lat walczy z dziwolągami językowymi i odhumanizowaniem komunikatów. Na przykład zaleca lekarzom, żeby w kontaktach z pacjentami posługiwali słowami powszechnie znanymi, takimi jak ''pacjent'', ''leczenie'', ''szpital'', a nie tymi, które zapisano w oficjalnych dokumentach.

Lekarze krytykują hermetyczny styl, jakim posługuje się MZ i NFZ w oficjalnych kontaktach z nimi, pacjentami i kadrą zarządzającą placówek ochrony zdrowia.

Są przeciwko biurokratycznemu żargonowi, gdyż utrudnia on leczenie i prowadzi do ''dehumanizacji zawodu lekarza, powoduje zagubienie się chorego człowieka w labiryncie niezrozumiałych pojęć i nazw jednostek ochrony zdrowia (np. przedsiębiorstwo podmiotu leczniczego), utrudnia leczenie i otaczanie właściwą opieką wszystkich potrzebujących'' (stanowisko NRL nr 13/11/VI z 17 czerwca 2011 r. w sprawie używania języka polskiego w ochronie zdrowia).

Minister podziela ten krytyczny osąd (w latach 2001-2010 był prezesem; w 2010-2014 - wiceprezesem NRL). Musiał być więc zaskoczony, gdy NRL w stanowisku z 15 stycznia 2016 r. oprotestowała jego pomysł wykreślenia z ustawy ''podmiotu leczniczego'', ponieważ ''nie sprecyzowano czemu konkretnie ta zmiana miałaby służyć, tym bardziej, że od wejścia w życie ustawy upłynęło blisko pięć lat i w powszechnym użyciu dla określenia dotychczasowych zakładów opieki zdrowotnej przyjęła się nazwa podmiot leczniczy''.

Czy warto zapłacić za dobre słowo?
Ponadto NRL wskazała, że wyeliminowanie jednego pojęcia i zastąpienie go innym wymusi nie tylko zmianę regulaminów organizacyjnych i statutów podmiotów leczniczych, ale także skutkować będzie dodatkowymi kosztami związanymi ze zmianą używanych druków dokumentów, pieczątek, tablic informacyjnych itp.

Może i warto by było zapłać za to wszystko, gdyby zmiana nazewnictwa używanego w ochronie zdrowia objąć miała więcej ustaw i przyczynić się do lepszego zrozumienia urzędowych komunikatów. Bo teraz chyba nikt - oprócz urzędników, prawników i menedżerów z branży - nie wie, co decydenci chcą przekazać odbiorcom.

- Skórka jest warta wyprawki - uważa Małgorzata Majer, prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Menadżerów Opieki Zdrowotnej STOMOZ. - Zgadzam się z koniecznością zmiany nazewnictwa. Pociągnie to pewne koszty, ale kierunek jest właściwy. W warstwie słownej nastąpiło bowiem całkowite odczłowieczenie opieki zdrowotnej.

Urzędnicze kwiatki
Oto jeden z urzędniczych kwiatków, na który uwagę zwróciła prof. dr hab. Ewa Kołodziejek z Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Telefonicznej i Internetowej Poradni Językowej, członek prezydium Rady Języka Polskiego.

''Obecnie resort pracy wspólnie z resortem zdrowia czynią starania aby należne świadczenia zabezpieczone były na odpowiednim poziomie i realizowane przez pielęgniarki, które do tej pory pracowały w domach pomocy społecznej, eliminując równocześnie występujące obecnie zjawisko podwójnego finansowania świadczeń zdrowotnych przez mieszkańców domów pomocy społecznej poprzez opłacaną składkę zdrowotną i w części opłat ponoszonych z tytułu pobytu w domu pomocy społecznej''.

Prof. Ewa Kołodziejek skrytykowała nadmierną długość zdań i nieznajomość zasad składni, co powoduje liczne błędy składniowe: błędy z imiesłowowym równoważnikiem zdania (brak tożsamości podmiotu w obu częściach zdania złożonego).

Ewa Kołodziejek była autorką sprawozdania Rady Języka Polskiego pt. ''Poprawność językowa i sprawność komunikatywna materiałów pisemnych kierowanych do obywateli przez ministerstwa i wybrane instytucje centralne''. Analiza obejmowała lata 2010-2011, zbiorczy raport został sporządzony w 2012 roku i przedstawiony rok później Senatowi jako ''Sprawozdanie ze stanu ochrony języka polskiego w latach 2010-2011'' (na podstawie art. 12. punkt 2 ustawy o języku polskim).

Nie trzeba dodawać, że ocena sprawności językowej urzędników była negatywna. Językoznawcy zarzucili autorom komunikatów, że asekurują się przed ewentualnymi prawnymi i finansowymi konsekwencjami jakichś niedopowiedzeń. Na pierwszym planie stawiają precyzję, czyli takie zagęszczenie szczegółów, które chroni urzędnika, ale nie służy jasności przekazu. Jednakże takie stanowisko wynika z niezrozumienia istoty komunikacji, której podstawowym celem jest osiągnięcie językowego współdziałania między nadawcą a odbiorcą - przypomnieli językoznawcy.

Czy oni muszą kaleczyć język?
Do zarzutów językoznawców odniosło się Ministerstwo Zdrowia. Przedstawicielka Biura Prasy i Promocji MZ przyznała, że pojęcia z języka potocznego nie funkcjonują w języku aktów prawnych. Ich używanie byłoby co prawda łatwiejsze w odbiorze, ale mniej precyzyjne i tym samym mogłoby wprowadzić w błąd odbiorców.

''Z tego powodu (…) zamiast o »pacjentach« jesteśmy (zbyt często) zmuszeni pisać o »osobach uprawnionych do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych«, zamiast o »leczeniu« - o »udzielaniu świadczeń zdrowotnych, zakwalifikowanych jako świadczenia gwarantowane«, zamiast o »dyrektorze szpitala« - »o kierowniku przedsiębiorstwa podmiotu leczniczego«'' - tłumaczyło się MZ.

Wtedy (w 2013 r.) w publicznej dyskusji pojawiły się nawet postulaty, aby w nowelizacji Ustawy o służbie cywilnej znalazł się zapis o ''konieczności znajomości języka polskiego przez urzędników''. Opowiedział się za tym m.in. prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN. W radiowej Jedynce (8 maja 2013 r.) przekonywał: ''To jest postulat nie tylko mój, całej Rady, a przede wszystkim profesora Pisarka, żeby w zapisie znalazło się, że urzędnik służby cywilnej, służby państwowej powinien zdać egzamin ze znajomości polszczyzny''.

Oczywiście, wraz ze zniesieniem konkursów na urzędników służby cywilnej ten wymóg nie może być wprowadzony.

W tej sytuacji trzeba docenić wrażliwość Konstantego Radziwiłła na sprawy języka, niezależnie od oceny tej konkretnej propozycji. Rzadko się bowiem zdarza, by przy tworzeniu aktów prawnych odwoływano się wprost do tradycji językowej.

Zmienia się język urzędowy
- Bardzo dużo zmienia się na lepsze w języku urzędowym, m.in. pod wpływem kampanii społecznej pn. Język urzędowy przyjaznym obywatelom, którą zainicjowała prof. Ewa Lipowicz, poprzednia Rzecznik Praw Obywatelskich - oceniła prof. Ewa Kołodziejek.

Jej zdaniem urzędy są zainteresowane zwiększeniem komunikatywności tekstów urzędowych. Spotkania na ten temat organizowała np. Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów i szef Służby Cywilnej. Wiele instytucji centralnych przeprowadza dla pracowników szkolenia z poprawnej polszczyzny, upraszczania języka urzędowego, zasad ortografii i interpunkcji.

- Ministerstwa Zdrowia nie ma na tej liście. Natomiast Naczelna Izba Lekarska była zainteresowana stopniem komunikatywności tekstów urzędowych związanych z ochroną zdrowia. Na konferencji zorganizowanej przez NIL w 2012 roku wystąpiłam z referatem, w którym analizowałam dokumenty opracowane przez NFZ oraz teksty upraszczające dokumenty urzędowe, skierowane do obywatela - powiedziała nam Ewa Kołodziejek.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum