Maciej Hamankiewicz: rozmawiania z pacjentem trzeba się uczyć

Autor: Wojciech Kuta/Rynek Zdrowia • • 06 kwietnia 2010 06:25

W naszym kraju można być nieprzyjemnym człowiekiem z cuchnącym oddechem, mieć psychopatyczną osobowość, a mimo to przejść przez całe studia medyczne oraz odbywać staż podyplomowy - ubolewa w rozmowie z miesięcznikiem Rynek Zdrowia dr Maciej Hamankiewicz, przewodniczący Naczelnej Rady Lekarskiej. Publikujemy fragmenty wywiadu, który ukaże się w kwietniowym numerze RZ.

Rynek Zdrowia: – Zapowiada Pan odbudowę przez Izbę dobrego wizerunku lekarzy oraz ich obrony "przed atakami pacjentów oraz mediów", m.in. poprzez szkolenia z zakresu prawa prasowego i public relations. To oczywiście ważne, by lekarz potrafił wytłumaczyć pacjentom, ich bliskim czy opinii publicznej złożoność procesu leczenia. Czy jednak nie obawia się Pan tworzenia w ten sposób syndromu oblężonej twierdzy z lekarzami osaczonymi przez niewdzięcznych, "roszczeniowych" pacjentów i żądnych sensacji dziennikarzy?

Maciej Hamankiewicz: – Nie mogę nikomu zabronić takiej interpretacji zamierzeń naszego zawodowego samorządu. Ale piąte, wysokie miejsce w rankingu zawodów świadczy, że my lekarze nie musimy wcale się okopywać.

Mówimy jednak o sytuacjach, kiedy dochodzi do konfrontacji z ludźmi nam nieprzyjaznymi, którzy za wszelką cenę starają się wytworzyć atmosferę zagrożenia i braku zaufania do lekarzy. Skutki tylko jednego, tak głośnego już zdania wypowiedzianego przez pewnego polityka o lekarzu, który „już nigdy nikogo nie pozbawi życia”, wciąż są obecne w naszej rzeczywistości. Wystarczy wspomnieć o wskaźnikach w transplantologii, które do dziś nie wróciły do poziomu sprzed kilku lat.

Zaufanie pacjenta do leczącej go osoby jest kwestią fundamentalną, gdyż zawód lekarza ma charakter kapłański. Nie da się naprawiać ciała bez naprawienia duszy. Przez tysiąclecia najpierw trzeba było zostać kapłanem, aby później posiąść wiedzę umożliwiającą pomaganie innym ludziom. W tym sensie nie ma znaczenia, czy cierpiącemu przynosi się ulgę kadzidłem, laparoskopem lub maścią żmijową. Jeżeli zaufanie do lekarzy legnie w gruzach, szkodę poniosą przede wszystkim pacjenci.

– Może bardziej niż szkolenia uczące kontaktów z mediami, lekarzom potrzebne są zajęcia dotyczące relacji z cierpiącym pacjentem i jego rodziną? Polscy lekarze potrafią rozmawiać z pacjentami?
– To rzeczywiście jest najsłabsza strona naszego systemu ochrony zdrowia. Chcemy to, jako zawodowy samorząd, zmienić. Z doc. Romualdem Krajewskim podjęliśmy już działania w dwóch kierunkach. Po pierwsze Ośrodek Doskonalenia Zawodowego Lekarzy i Lekarzy Dentystów Naczelnej Izby Lekarskiej, koncentrujący się dotychczas głównie na podnoszeniu kwalifikacji typowo medycznych, zostanie przeorientowany na kształcenie właśnie z zakresu psychologii i umiejętności kontaktu z pacjentem. W Ośrodku w tym celu powstaną m.in. dodatkowe pomieszczenia.

Po drugie, przy Naczelnej Izbie Lekarskiej tworzymy Biuro Praw Lekarza. Nasze koleżanki i koledzy coraz częściej są narażeni na agresywne zachowania pacjentów lub ich bliskich. Bardzo dobrze o lekarzach świadczy fakt, iż nie występują do sądów przeciwko tym osobom. Jednak Biuro przy NIL powstaje, aby bronić tego, co jest najistotniejsze w naszym zawodzie – zaufania. Na straży tegoż zaufania stoi szereg przepisów prawnych, m.in. w kodeksach: karnym i cywilnym. Nie wszyscy lekarze znają odpowiednie zapisy, a tym samym nie potrafią skorzystać z prawnej ochrony.

Tymczasem w zetknięciu z agresją fizyczną czy słowną, to zwykle lekarz jest słabszą stroną. Lekarze nie chcą, nie potrafią, a przede wszystkim nie wypada im się bronić. Bywa natomiast tak, że pacjenci chorobą usprawiedliwiają swoje agresywne zachowanie.

– Pomijając przypadki zwykłego chamstwa, zdarza się przecież, że np. w obliczu poważnej choroby pacjent zwyczajnie traci nad sobą panowanie. W grę wchodzą wtedy skrajne emocje. Nasi lekarze wiedzą jak reagować w takich sytuacjach?
– To właśnie jeden z wielu powodów, dla których rozpoczniemy wspomniane szkolenia m.in. z zakresu psychologii. Nie możemy reagować agresją na agresję. Można i trzeba uczyć lekarzy postępowania w takich ekstremalnych okolicznościach.

Zagraniczne badania naukowe wskazują, że pod względem określonych zachowań polski pacjent niczym nie różni się od pacjenta kanadyjskiego, amerykańskiego, itd. Co więcej, okazuje się, że np. w izbie przyjęć dużego kanadyjskiego szpitala przypadków agresji w stosunku do liczby przyjmowanych osób jest więcej niż w podobnym szpitalu w Polsce. Tam jednak problem dostrzeżony został znaczniej wcześniej, a lekarze uczą się sposobów jego rozwiązywania.

W naszym kraju w programie studiów medycznych nie ma zajęć, przygotowujących w profesjonalny sposób do kontaktów z drugim człowiekiem, także tym przeżywającym tragedię związaną z chorobą swoją lub bliskiej mu osoby.

– Nie każdego można jednak nauczyć empatii, a na medycynę nie trafiają wyłącznie osoby z powołaniem do niesienia pomocy innym. Są wśród lekarzy świetni specjaliści w swojej dziedzinie, którzy nie radzą sobie w relacjach z chorymi.
– Odpowiednie rozporządzenie ministra zdrowia mówi m.in. o tym, że w połowie trwania specjalizacji opiekun ma obowiązek ocenić, czy specjalizujący się, mówiąc kolokwialnie, nadaje się do tego, żeby zostać lekarzem w danej dziedzinie. Negatywna ocena – z którą przyznaję, jeszcze się nie zetknąłem – zamyka drogę specjalizowania się.

– Czyli mamy dobry "filtr"?
– Owszem, ten filtr się sprawdza, jednak jest zakładany zdecydowanie zbyt późno. Jak wiadomo, w Polsce brakuje lekarzy. Na studia medyczne przyjmujemy 2,5 tys. osób rocznie, a powinniśmy przyjmować ok. 6 tysięcy. Świetni maturzyści dostają się na studia, a potem zdają na nich kolejne egzaminy w formie testów. Podobnie Lekarski Egzamin Państwowy przy zdobywaniu uprawnień po studiach. Cały czas młodzi ludzie rozwiązują krzyżówki... Należy więc zadać pytanie, czy studia nie powinny kończyć się obroną pracy w formie ustnego egzaminu wieńczącego cały tok studiów, jak np. w Szwajcarii?

W naszym kraju doszło do sytuacji, w której można być nieprzyjemnym człowiekiem z cuchnącym oddechem, mieć psychopatyczną osobowość, a mimo to przejść przez całe studia medyczne oraz odbywać staż podyplomowy. Dopiero wtedy, od swojego opiekuna w szpitalu, ów adept dowiaduje się, że nie powinien być lekarzem.

Uważam, że kwalifikacja sprawdzająca także psychologiczne predyspozycje do zawodu powinna odbywać się już podczas egzaminów wstępnych na uczelnię medyczną.

Cały wywiad – w kwietniowym wydaniu miesięcznika Rynek Zdrowia.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum