Leki refundowane wciąż nie dla uchodźców. Lekarze rodzinni alarmują: to wierzchołek góry problemów

Autor: oprac. SzB • Źródło: Porozumienie Zielonogórskie, Rynek Zdrowia12 kwietnia 2022 10:57

Lekarze rodzinni z Porozumienia Zielonogórskiego opowiadają o doświadczeniach w leczeniu pacjentów z Ukrainy. - Nie przysługują im jeszcze – mimo hucznych zapowiedzi rządu – leki refundowane - alarmują medycy. W efekcie, często ciężko chore osoby nie wykupują drogich leków. Ale to niejedyny problem.

Leki refundowane wciąż nie dla uchodźców. Lekarze rodzinni alarmują: to wierzchołek góry problemów
Lekarze rodzinni: pomoc dla obywateli z Ukrainy jest niezbędna. Fot. PAP/Darek Delmanowicz
  • Każdego dnia ukraińscy pacjenci zgłaszają się po pomoc medyczną do lekarzy rodzinnych, którzy udzielają im porad i wystawiają recepty
  • W wielu przypadkach zdarza się, że lekarze POZ te leki wykupują, bo obywatelom Ukrainy nie przysługują jeszcze – mimo hucznych zapowiedzi rządu – leki refundowane - informuje Porozumienie Zielonogórskie
  • - Nierefundowane leki są nieraz bardzo drogie. Leki na cukrzycę, astmatyczne - kosztują na tyle dużo, że od razu wiemy, że nie będą przez uchodźców wykupione - wyjaśnia Joanna Zabielska-Cieciuch, wiceprezes PZ

Lekarze rodzinni: obywatelom Ukrainy wciąż nie przysługują leki refundowane

Jak informuje Porozumienie Zielonogórskie każdego dnia ukraińscy pacjenci zgłaszają się po pomoc medyczną do lekarzy POZ, którzy udzielają im porad i wystawiają recepty.

- W wielu przypadkach nawet te leki wykupują, bo obywatelom Ukrainy nie przysługują jeszcze – mimo hucznych zapowiedzi rządu – leki refundowane - informują lekarze PZ. 

- Nierefundowane leki są nieraz bardzo drogie. Leki na cukrzycę, astmatyczne - kosztują na tyle dużo, że od razu wiemy, że nie będą przez uchodźców wykupione. Pomagamy my albo rodziny, u których się zatrzymali - wyjaśnia Joanna Zabielska-Cieciuch, wiceprezes Podlaskiego Związku Lekarzy Pracodawców Porozumienie Zielonogórskie.

Najwięcej ukraińskich pacjentów w przychodniach to dzieci

Lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego, przyznają, że  najczęstszymi pacjentami z Ukrainy w przychodniach są dzieci. 

- Matki przychodzą z nimi, bo są przeziębione, mają gorączkę, katar, czasem problemy żołądkowe. Lekarze dobrze wiedzą, że na jednej wizycie raczej się nie skończy - wskazują.

I dodają: w pobliskim Augustowie, w ośrodku dla uchodźców, jest 280 osób. Wielu z chorobami przewlekłymi. Większość – bez żadnych dokumentów. Na szczęście na ogół to nic poważnego. W każdym regionie jest inaczej. Na Warmię i Mazury dotarło wielu naprawdę chorych pacjentów z Ukrainy. 

- Wśród uchodźców są pacjenci onkologiczni, osoby po przeszczepach narządów, pacjenci psychiatryczni. Większość bez dokumentacji medycznej. W Kętrzynie lekarka przyjęła w przychodni pacjentkę po operacji brzusznej. Kobieta poinformowała, że "lekarze wszystko usunęli" oraz że miała mieć kolejną wizytę i dalsze leczenie – po prostu dramat - przyznaje Anna Osowska, prezes Warmińsko-Mazurskiego Związku Lekarzy Pracodawców Porozumienie Zielonogórskie. 

Koszt wykupu leków to duże obciążenie dla uchodźców 

Problemy mają mają również pacjenci zakwalifikowani w Ukrainie do przeszczepów wątroby, nerek. Byli leczeni, czekali już w kolejce do przeszczepu, ale nie zabrali dokumentacji. Są jednak zdeterminowani i chcą kontynuować leczenie w Polsce.

- W Olsztynie zgłosił się pacjent po przeszczepie nerek, bez leków. Lekarka próbowała ustalić, czy wykupił wypisane przez nią leki, niestety nie wykupił - informują w PZ.

- Często koszt wykupu leków to duże obciążenie uchodźców i rodzin, które je przyjęły. Dlatego z pomocą przychodzą lokalne stowarzyszenia, które za pozyskane wsparcie finansowe od darczyńców wykupują uchodźcom recepty - dodaje Małgorzata Stokowska-Wojda z Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych-Pracodawców.

Im dalej jednak na zachód Polski tym wydaje się, że - pod tym względem - jest spokojniej.

- Każdego dnia mam 2-3 pacjentów. Ostatnio zgłosiła się do mnie młoda mama z niemowlakiem i chęcią zaszczepienia dziecka na wszystko co jest przewidziane w kalendarzu szczepień. Najczęściej rodzice nie mają dokumentacji medycznej, książeczki szczepień - mówi Agata Sławin, wiceprezes Dolnośląskiego Związku Lekarzy Rodzinnych-Pracodawców.

- Gorzej, gdy bez takich dokumentów trafia do mnie mama z nastolatkiem, którego chce zaszczepić, tylko my nadal nie znamy szczegółów, na co już został zaszczepiony - dodaje.

Jak podkreślają przedstawiciele Porozumienia Zielonogórskiego, w wielu miejscach w kraju lekarze sami zakładają dzieciom książeczki zdrowia i zaczynają je szczepić, ale... "nadal precyzyjnych wytycznych brak".

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum