Karol Bączkowski: pierwsza pomoc to nie tylko umiejętność zrobienia reanimacji

Autor: Paulina Gumowska • Źródło: Rynek Zdrowia11 września 2021 05:00

Najtrudniejsze są momenty, w których mimo reanimacji człowiek umiera. Dla reanimujących to bardzo traumatyczne przeżycie. I na to też musimy tych ludzi przygotowywać. Niestety - opowiada Karol Bączkowski, ratownik medyczny. Dziś Światowy Dzień Pierwszej Pomocy.

W roku 2021 Światowy Dzień Pierwszej Pomocy przypada na 11 września. Foto: PAP/ Andrzej Grygiel

Paulina Gumowska, Rynek Zdrowia: Czy z wami - ratownikami medycznymi można porozmawiać jeszcze o czymś innym niż o proteście, wycenie dobokaretki i w ogóle o problemach w ochronie zdrowia? 

Karol Bączkowski: Można.

Porozmawiamy więc o Światowym Dniu Pierwszej Pomocy. Polacy umieją ratować czy wciąż jesteśmy tylko gapiami?

Jest coraz lepiej, ale problem jest dużo bardziej złożony. Tu nie chodzi tylko o umiejętność zrobienia sztucznego oddychania, nauka o pierwszej pomocy to element większego systemu. Mówimy o tym od lat. 

O, czyli jednak wracamy do tematu protestu. 

To wszystko się ze sobą wiąże. 

Pierwsza część wywiadu z Karolem Bączkowskim: Ratownik: na jednym dyżurze widzimy śmierć, urwane ręce, jesteśmy brudni od krwi, wymiotów i kału

Dziś nauka udzielania pierwszej pomocy została sprowadzona do namiotów, które rozstawiane są podczas festynów. Tu popcorn, tu reanimacja, tam wata cukrowa. Zaprzeczy pan?

Nie ma nic złego w tym, że uczymy poprzez zabawę, że oswajamy z tematem przy okazji festynów właśnie. Prowadzę zajęcia z udzielania pierwszej pomocy w firmach. Nie chcę, żeby moje zajęcia były udręką. Chcę żeby ludzie mnie słuchali, żeby naprawdę wynieśli coś z tego czasu. Jest więc śmiech, dobra atmosfera, moi „uczniowie” nie muszą niczego notować, zależy mi na ich zaangażowaniu. Ale te działania powinny być tylko dodatkiem do większej całości, element podstawy programowej, stałych zajęć, a nie od przypadku do przypadku. 

I czego dzieci powinny się podczas takich zajęć uczyć?

Ostatnio byłem świadkiem sytuacji, w której pielęgniarka reanimująca koleżankę nie wiedziała pod jaki numer alarmowy ma zadzwonić. I nie przywołuję tego przykładu po to, by ją ośmieszyć, ale żeby pokazać jak ogromnym stresem jest reanimacja, nawet dla ludzi, którzy pracują w ochronie zdrowia. Musimy przygotowywać na to już dzieci, oswajać z tak stresującymi sytuacjami. Znają numery alarmowe? Super, a kolejnym krokiem powinna być wiedza, jak wezwanie pomocy powinno wyglądać. Musimy wytłumaczyć im, jak może ta reanimacja wyglądać, z czym będą musiały się zmierzyć. Nie zrobimy tego podczas jednej czy dwóch lekcji. Ale znowu: nie sprowadzajmy takich zajęć tylko do udzielania pierwszej pomocy. Ich tematyka powinna być dużo szersza. W szkole trzeba rozmawiać o profilaktyce, o nowych chorobach cywilizacyjnych, jak sobie z nim radzić, gdzie szukać pomocy, jakich objawów nie bagatelizować. Ale na to pieniędzy nie ma. Bo i efektów nie zobaczymy od razu. Owszem nie zobaczymy dziś, jutro, za rok. Ale za kilka lat: świadome, wyedukowane społeczeństwo będzie mniejszym obciążeniem dla ochrony zdrowia. Jeśli dziś ludzie zgłaszają się do lekarza w czwartej fazie raka, ignorują wszystkie symptomy po drodze, to znaczy, że w ich edukacji popełniliśmy błąd. 

Gdybym chciała zapisać się na kurs pierwszej pomocy, co to co powinnam zrobić?

Przyznam, że z tym jest problem. Zebranie grupy chętnych jest wyzwaniem. A jeszcze dochodzi aspekt cykliczności. Bo znowu jedne zajęcia nic nie dają, a do tematu pierwszej pomocy powinniśmy wracać przynajmniej raz na dwa lata.

Wspomniał pan o szkoleniach w firmach. Jakieś zaskoczenia?

Np. opowiadamy sobie o tym jak reagować w razie niebezpieczeństwa, a są osoby – dorośli ludzie, którzy nigdy w rękach nie mieli gaśnicy, nie mają pojęcia jak jej użyć. I to jest dramatyczne i smutne. Dużo też czasu poświęcamy na rozprawianie się z mitami, których wokół udzielania pierwszej pomocy jest mnóstwo. Jak ułożyć pacjenta, czy odchylić głowę czy nie, w jaki sposób reagować na atak padaczki, czy można podać wodę czy nie.

Wszystko to dobrze brzmi w teorii, ale co się dzieje, gdy przyjeżdża pan na miejsce zdarzenia? Ile razy dzięki pierwszej pomocy udzielonej przez zwykłego człowieka udało się uratować czyjeś życie?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Przyjeżdżamy w różnych momentach reanimacji – zazwyczaj dzięki takim działaniom kupujemy dodatkowy czas. Po wszystkim dostajemy pytania: co mogłem zrobić lepiej, gdzie popełniłem błąd, czy nie zrobiłem żadnej krzywdy. Ale najtrudniejsze są momenty, w których mimo reanimacji człowiek umiera. Dla reanimujących to bardzo traumatyczne przeżycie. I na to też musimy tych ludzi przygotowywać. Niestety. 

 

 

 

 

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum