KR/Rynek Zdrowia | 13-07-2015 11:04

Jak nie NFZ to co? Historia dowodzi, że instytucja obsługująca kontrakty jest potrzebna

Politycy liczą na to, że NFZ ma tak złą opinię, iż jeśli zadeklarują jego likwidację, to zyskają punkty u publiczności. Ludzie zdają sobie jednak sprawę, że musi być jakaś instytucja, która będzie obsługiwać kontrakty z placówkami - uważa dr Adam Kozierkiewicz, ekspert w dziedzinie ochrony zdrowia. Zapytaliśmy go: - Jak nie NFZ, to co?

Musi być jakaś instytucja, która będzie obsługiwać kontrakty z placówkami, Fot. PTWP

Jak nie NFZ, to kasy chorych albo wydziały zdrowia urzędu wojewódzkiego. Z tym, że wtedy wydział zdrowia będzie liczył kilka razy więcej pracowników niż cały urząd - mówi Rynkowi Zdrowia dr Kozierkiewicz.

Najpierw były wydziały zdrowia...
Przypomina, że przed 1998 r. było 49 województw, w ramach struktur administracji państwowej podległej bezpośrednio rządowi. W 49 urzędach wojewódzkich działały wydziały zdrowia, które według prostego mechanizmu alokacji budżetowej przydzielały pieniądze ok. 1200 ZOZ-om.

- Krytyka ówczesnego systemu była bardzo ostra. Przez dwa lata lekarze nie wypisywali dokumentów statystycznych domagając się reformy. Strajki były powszechne, placówki dostawały pieniądze bez żadnego związku z działalnością. Średni czas pobytu w szpitalu wynosił ok. 12-14 dni! Apteki miesiącami nie dostawały refundacji, masowo "hodowano" długi itd. - wymienia dr Kozierkiewicz.

Ekspert przypomina, że w połowie lat 90. zaczęły się "eksperymenty" kontraktowania, w województwach krakowskim, olsztyńskim i innych.

- W 1994 r. odchodzący rząd premier Hanny Suchockiej wprowadził pilotaż, w którym ok. 50 miast uzyskało pieniądze na niektóre usługi publiczne, w tym zdrowotne. Przygotowania do reformy trwały długo, a jednym z podstawowych dylematów było, komu mają podlegać kasy chorych, które miały odpowiadać za finansowanie świadczeń w nowych systemie - mówi ekspert.

... potem kasy chorych
W 1999 r. wprowadzono kasy chorych, a na ich czele, na pierwszy rok postawiono pełnomocnika rządu.

- Wtedy za wszystkie bolączki nowo wprowadzanego systemu obarczano, i słusznie, rząd. Po uformowaniu się samorządów wojewódzkich, władzę nad poszczególnymi wojewódzkimi kasami chorych uzyskały samorządy, głównie samorząd wojewódzki. Tam, gdzie opcja polityczna w województwie była zbliżona do rządu, współpraca z centralą i ministerstwem była dobra. Tam, gdzie władze samorządowe były z innej opcji, tam współpracy MZ nie było - przypomina.

Skutkowało to m.in. to, że nie udało się w tamtym czasie wprowadzić raty ubezpieczenia zdrowotnego ani ujednolicić sposobu kontraktowania.

Jak to z NFZ było
W 2002 r. kasy chorych zostały połączone w strukturę o nazwie NFZ.

- W pierwszej strukturze prezes NFZ był w pełni zależny od ministra zdrowia, oddziały wojewódzkie zaś w pełni zależne od Centrali NFZ. Taki stan organizacji został uznany za niekonstytucyjny w orzeczeniu TK z 2003 r,. m.in. ze względu na brak mechanizmów społecznego nadzoru nad Funduszem - przypomina dr Kozierkiewicz.

Rok później została uchwalona ustawa o świadczeniach finansowanych ze środków publicznych, w której pierwotnie ustalono, że NFZ ma dużą niezależność, a prezes powoływany jest na wniosek Rady NFZ. W taki sposób Fundusz działał ok. 2-3 lat, przy czym dochodziło do silnych tarć na linii minister zdrowia-prezes NFZ.

- W 2007 r., PiS zmienił sposób powoływania prezesa i spowodował, że minister zdrowia miał znacznie większa rolę w jego powoływaniu, ale nie absolutną, bo ostatecznie decydował o tym premier. Ten stan rzeczy przetrwał przez ok. 7 lat i został zakończony ostatnią zmianą z 2014 r., w którym minister Arłukowicz postanowił w pełni uzależnić od siebie prezesa NFZ, a tym bardziej dyrektorów OW, których jednocześnie uniezależnił od prezesa NFZ - analizuje ekspert w dziedzinie ochroni zdrowia.

Jak podkreśla, obecnie Ministerstwo Zdrowia w pełni kontroluje NFZ na każdym jego szczeblu. Jego zdaniem, stan ten trwa od kilku miesięcy, więc trudno go w pełni ocenić, ale faktem jest, że Centrala NFZ ma coraz mniej do powiedzenia.

Powrót do budżetowania?
- Propozycja PiS zatem nawiązuje do stanu sprzed 1999 r. W międzyczasie jednak wiele się zmieniło i nie wiadomo, czy PiS-owi (partia w programie wyborczym zapowiada likwidację NFZ) wystarczy determinacji, by tę zmianę wykonać. Kluczowe w tej propozycji jest to, komu mają podlegać szefowie jednostek, które kontraktują świadczenia zdrowotne - podsumowuje dr Kozierkiewicz.

Przypomnijmy, że Podczas zakończonej w niedzielę, 5 lipca trzydniowej konwencji programowej PiS w Katowicach padło wiele krytycznych, nierzadko ostrych słów pod adresem Platformy Obywatelskiej i prowadzonej przez nią polityki zdrowotnej.

Szczególnie mocno wybrzmiała podczas katowickiej konwencji deklaracja zlikwidowania Narodowego Funduszu Zdrowia, o czym z determinacją mówiła w swoim wystąpieniu Beata Szydło, wiceprezes PiS i kandydatka tej partii na premiera.

Zdaniem europosła Bolesława Piechy, rząd ma wobec NFZ ograniczone uprawnienia kontrolne.

- Władza ustawodawcza może co najwyżej opiniować sposób tworzenia i wykorzystania budżetu NFZ, nie mając w zasadzie żadnych narzędzi realnego kreowania budżetu na ochronę zdrowia i określania sposobu wydawania pieniędzy na ten cel. To trzeba natychmiast zmienić - zaznaczał polityk PiS.

Podkreślał, że NFZ trzeba zlikwidować, a rząd, przy corocznym głosowaniu absolutorium w Sejmie, musi być rozliczany z realizacji polityki zdrowotnej i sposobu wydawania publicznych pieniędzy na leczenie.

Poseł Tomasz Latos (PiS) przewodniczący sejmowej komisji zdrowia, wyjaśniał, że wg tej koncepcji budżet na ochronę zdrowia powinien być podzielony na dwie pule: centralną i w dyspozycji wojewodów.

Demontaż NFZ nie jest nowością. Takie plany PiS snuł już dziesięć lat temu, a podobny zamysł w 2007 r. głosiła Platforma Obywatelska.