Eksperci chcą doradzać jak walczyć z Covid-19, ale czy rządzący naprawdę ich słuchają?

Autor: RR/Rynek Zdrowia • • 22 października 2020 06:00

Trudno uwierzyć, że we wszystkich podejmowanych w ostatnim czasie decyzjach uwzględniono uwagi specjalistów do spraw zdrowia publicznego, lekarzy zajmujących się tymi zagadnieniami czy epidemiologów - stwierdził prof. Andrzej Fal, prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego. Czy opinie i uwagi specjalistów brane są pod uwagę przez rządzących?

Eksperci chcą doradzać jak walczyć z Covid-19, ale czy rządzący naprawdę ich słuchają?
Czy Ministerstwo Zdrowia w walce z Covid-19 bierze pod uwagę wiele opinii ekspertów? FOT. PTWP

Nie sposób określić, ilu specjalistów zajmujących się zdrowiem publicznym, epidemiologów, wirusologów czy lekarzy chorób zakaźnych uczestniczy w obradach gremiów decydujących o przebiegu walki z Covid-19. Nie ulega jednak wątpliwości, że w sytuacji, kiedy na różnych szczeblach trzeba szybko podejmować decyzje wpływające na życie milionów obywateli, z ich doświadczenia i wiedzy warto korzystać. Nasi rozmówcy są jednak zdania, że opinie ekspertów w niewielkim stopniu wpływają na ostateczne rozstrzygnięcia władz związane z przeciwdziałaniem pandemii.

- Trudno uwierzyć, że we wszystkich podejmowanych w ostatnim czasie decyzjach uwzględniono uwagi specjalistów do spraw zdrowia publicznego, lekarzy zajmujących się tymi zagadnieniami czy epidemiologów. Niektóre decyzje nie noszą znamion przewidywalnej, przemyślanej, prospektywnej strategii, a za taką opowiadają się specjaliści - ocenił prof. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA.

Uwagi ekspertów trzeba traktować bardziej serio
- Wiemy na przykład, że duże skupiska są niebezpieczne z uwagi na rozprzestrzenianie się wirusa. Przed podjęciem decyzji o uruchomieniu szkół podstawowych należało wysłuchać rad epidemiologów i specjalistów zdrowia publicznego. Bo te szkoły można było otworzyć, ale w inny, racjonalny sposób; inaczej organizując zajęcia, wyznaczając pewne limity uczniów przebywających w klasach, organizując „ruch” wewnątrz szkoły.

Jego zdaniem na efekty tego, że w gremiach doradczych nie było specjalistów albo że ich zdanie nie było dostatecznie brane pod uwagę, długo nie trzeba będzie czekać. - Mogę tylko zaapelować, żeby w przyszłości rady i uwagi ekspertów traktować bardziej serio. Powinni doradzać na każdym szczeblu administracji samorządowej czy rządowej.

Prof. Fal zwrócił uwagę, że mamy duży zasób kadrowy specjalistów zajmujących się zdrowiem publicznym, z którego nie korzystamy. Jest to około 1000 osób, w tym niewielka grupa lekarzy. Ich opinie i sugestie w niewielkim stopniu są brane pod uwagę - ocenił.

- Nie twierdzę, że wszystkie należy uwzględniać w ostatecznych decyzjach. Są przecież jeszcze uwarunkowania polityczne, gospodarcze, społeczne, z którymi decydenci muszą się liczyć. Ale jeśli teraz dobrem podstawowym jest zdrowie publiczne, to oczywiste, że trzeba wysłuchać ekspertów od zdrowia publicznego - podkreślił.

W poszukiwaniu złotego środka
Dodał: - Nikt z nas, specjalistów, nie mówi o zatrzymaniu, wygaszeniu gospodarki. Mówimy o złotym środku, czyli wyborze pomiędzy nadmierną i niepotrzebną ekspozycją ludzi na kontakt z koronawirusem a koniecznością funkcjonowania gospodarki. Na przykład ograniczenie wyjazdów weekendowych nie powali całej gospodarki. Uderzy jednak w tych, którzy z tego żyją - w hotelarzy, restauratorów, którym zdecydowanie trzeba zrekompensować straty wynikające z absencji turystów. To są wyważone argumenty.

Zapytaliśmy profesora, czy w związku umiarkowanym zainteresowaniem gremiów decyzyjnych propozycjami ekspertów, można mówić o zniechęceniu panującym w tym środowisku? - Nie. Cały czas towarzyszy nam stara rzymska maksyma: dum spiramus, speramus (dopóki żyjemy, mamy nadzieję - red.) - odpowiedział.

- Natomiast widoczne jest ogromne zmęczenie lekarzy, ratowników, pielęgniarek, którzy są na pierwszej linii frontu. Będzie ono narastało, bo jesteśmy na krzywej wznoszącej. Na tej pierwszej linii potrzebne jest wsparcie, a nie kolejne dyskusje unde venimus… - ocenił.

- Proszę pamiętać, że to, czego doświadczamy dzisiaj, jest efektem tego, co robiliśmy 10 dni, dwa tygodnie temu. Jeśli wtedy nie izolowaliśmy się, nie nosili maseczek, to efekt mamy dzisiaj - stwierdził Andrzej Fal i dodał: - Zanim poznamy rezultaty obecnie wprowadzanych restrykcji, minie 10 - 14 dni. Najwcześniej około 30 października - jeżeli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy i będziemy stosować się restrykcji - możemy spodziewać się złagodzenia sytuacji epidemicznej. Ale wcześniej będzie ciężko.

Podobne zdanie na temat korzystania przez rządzących z eksperckiej wiedzy ma prof. Mirosław Wysocki, były dyrektor NIZP-PZH, były konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego, który nie tak dawno sam trafił do szpitala z powodu koronawirusa.

- Do opinii publicznej przebijają się eksperckie wypowiedzi na temat zdrowia publicznego, m.in. prof. Włodzimierza Guta, specjalisty w zakresie mikrobiologii i wirusologii, dr. Pawła Grzesiowskiego, immunologa, eksperta w dziedzinie terapii zakażeń, czy dr. hab. Tomasza Dzieciątkowskiego, mikrobiologa i wirusologa. Nie jestem jednak przekonany, że ich oceny i uwagi są brane pod uwagę przez rządzących - zaznaczył.

- Wiem natomiast, że Ministerstwo Zdrowia korzysta z prognoz przygotowanych przez Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW przy udziale Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny. Powstały 4 modele rozwoju pandemii. Wydaje się, że dziś najbardziej prawdopodobny jest ten najmniej optymistyczny - stwierdza prof. Wysocki.

Mimo krytycznej opinii
Jego zdaniem, MZ w niewielkim stopniu wykorzystuje uwag i rekomendacje Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. - W maju NIZP-PZH wydał negatywną opinię o zakupionych w Korei testach antygenowych. Dają one inne wyniki po 10 minutach, inne po 30. Dają całą masę fałszywie dodatnich i fałszywie ujemnych wyników. Po prostu nie nadają się do użytku - stwierdził Wysocki.

- Miarodajna opinia w tej sprawie została wysłana do resortu zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego. Tymczasem mimo krytycznej oceny NIZP-PZH i konsultanta krajowego w dziedzinie epidemiologii, od niedawna są one rozsyłane do szpitali. To szkodliwe działanie, bo bezwartościowe testy wprowadzają w błąd. Nie jest to właściwa odpowiedź decydentów na apele o zwiększenie dostępu do testów na koronawirusa - zaznacza prof. Wysocki.

Zdaniem profesora innym przykładem nieliczenia się z opiniami różnych środowisk, w tym specjalistów w dziedzinie zdrowia publicznego, jest pomysł włączenia tzw. zembalowego do budżetu szpitali.

- Przypomnę, że od 2015 r. (za kadencji ministra Mariana Zembali), pielęgniarki dostają dodatek w wysokości 400 zł. Teraz dyrektorzy szpitali mają nim dysponować, co w praktyce może oznaczać odebranie tego dodatku. Moim zdaniem może grozić nam protest pielęgniarek. Mało zarabiają, a pracują bardzo ciężko. Nie myślę nawet o obecnej pandemii. Pielęgniarek od dawna brakuje. Bywa, że 70-łóżkowy oddział obsługują 3 pielęgniarki.

Jak podsumował prof. Wysocki, z powodu niedoboru kadry medycznej - lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych - system ochrony zdrowia nie ma możliwości adekwatnej reakcji na pojawiające się problemy. Przykładem jest choćby brak personelu, który potrafi obsługiwać respiratory.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum