Dominika, Bartek, Lena: dzieci ofiarami źle działającego systemu?

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 06 marca 2013 06:20

W poniedziałek (4 marca) media obiegła informacja o śmierci trójki dzieci: Dominiki, Bartka i Leny. Wszystkie maluchy były leczone z powodu - wydawałoby się - niegroźnych schorzeń, typowych dla tej pory roku. Prokuratury w województwach łódzkim, mazowieckim i lubelskim starają się wyjaśnić dlaczego do tego doszło, a minister zdrowia obiecuje, że zrobi wszystko, aby mali pacjenci byli otoczeni lepszą opieką medyczną.

Dominika, Bartek, Lena: dzieci ofiarami źle działającego systemu?

Jak podał serwis tvp.info, 3,5-roczna Lena J. była przez cały tydzień, na podstawie zaleceń lekarskich, leczona z powodu przeziębienia. Rodzice dwukrotnie zabrali ją do lekarza rodzinnego, który zalecił m.in. podawanie witaminy C i inhalacje. Gdy w piątek (1 marca) w nocy stan dziecka pogorszył się, rodzice zabrali je do placówki nocnej i świątecznej opieki. Ponieważ dziewczynka miała blisko 40 stopni gorączki, lekarz nakazał przewiezienie jej do Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim.

Według tvp.info, w szpitalu u Leny stwierdzono prawdopodobne zapalenie płuc. W sobotę (2 marca) jej stan się gwałtownie pogorszył. Mimo akcji ratunkowej dziewczynka zmarła, prawdopodobnie z powodu sepsy.

W ubiegłym tygodniu zmarł też w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Lublinie, 3,5- miesięczny Bartek. Z informacji podanych przez Gazetę Wyborczą wynika, że chłopca odesłano wcześniej z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Chełmie do miejscowej przychodni, a stamtąd do Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Do lubelskiej lecznicy dziecko trafiło w stanie skrajnie ciężkim. Nie udało się go uratować.

Najwięcej emocji wzbudziła śmierć 2,5-rocznej Dominiki, która była leczona przez ponad miesiąc najpierw z powodu zapalenia gardła, następnie oskrzeli i w końcu ucha. Gdy dziewczynka znów zaczęła gorączkować, rodzice i tym razem skorzystali z pomocy lekarza z ambulatorium nocnej i świątecznej opieki medycznej w Skierniewicach, który zalecił podawanie leków przeciwgorączkowych.

Cały następny dzień rodzina domowymi sposobami starała się obniżyć gorączkę, jednak wieczorem temperatura doszła do 41,5 stopnia, dołączyły się drgawki, biegunka i torsje. Rodzice wezwali pogotowie, dyspozytor zalecił jednak telefon do nocnej i świątecznej pomocy medycznej. Gdy lekarz odmówił przyjazdu, a dziecko znów zaczęło wymiotować, matka ponownie zadzwoniła pod numer 999. Tym razem karetka przyjechała. Kiedy dziewczynka trafiła do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 4 im. M. Konopnickiej w Łodzi, była w stanie krańcowo złym. Stwierdzono u niej obrzęk mózgu, zapalenie mięśnia sercowego oraz wątroby. Badania potwierdziły grypę typu B. Dominika zmarła dwa dni później.

Co zawiodło: system, czy człowiek?
W poniedziałek (4 marca) minister zdrowia Bartosz Arłukowicz spotkał się po całej serii  tragicznych wydarzeń z konsultantami krajowymi w dziedzinie pediatrii, medycyny ratunkowej i medycyny rodzinnej, a następnie zapowiedział zmiany w funkcjonowaniu nocnej i świątecznej opieki lekarskiej, dotyczące najmłodszych. - Zmiany wymaga sposób kontraktowania nocnej i świątecznej pomocy dla dzieci w taki sposób, aby kontrakty te były zawierane odrębnie - ocenił. Dodał, że dzięki temu opieka nad małymi pacjentami  będzie bardziej efektywna i dostępna.

Z taką oceną nie zgadzają się jednak specjaliści. W ich przekonaniu system wymaga zmian, ale gruntownych - nie kosmetycznych.

Mirosław Tarasiuk, zastępca dyrektora ds. medycznych Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku przyznaje, że ratownictwo od czasów powstania ustawy o PRM czeka na opracowanie standardów postępowania, których nadal brakuje. - O konieczności ich wprowadzenia mówi art 43 ustawy - przypomina Tarasiuk.

Podkreśla jednocześnie, że niezależnie od standardów, dyspozytorzy i tak są przygotowani do podjęcia decyzji w sprawie wysłania karetki. - To nie są przypadkowi ludzie, ale specjaliści, który minimum 5 lat pracowali w systemie, ukończyli kurs dyspozytorski i przez 3 lata obowiązkowo się szkolili - wyjaśnia dyrektor Tarasiuk.

W jego ocenie, dyspozytor nie może wysyłać karetki do każdego pacjenta - system nie byłby w stanie tego udźwignąć - ale wyjazd do dziecka z temperaturą powyżej 40 stopni, z drgawkami i torsjami, wydaje się w pełni uzasadniony.

- Nie wyobrażam sobie jednakże sytuacji, kiedy pogotowie, jak zapowiada minister zdrowia, będzie jeździło na każde wezwanie do  dziecka. Mamy zwyczajnie za mało karetek. W Białymstoku działa 5 ambulansów specjalistycznych i 4 zespoły podstawowe na 300 tys. mieszkańców, nie byłoby zatem szans na dotarcie do pacjentów z zawałami, udarami, itp - podsumowuje Mirosław Tarasiuk.

Nie wszędzie jest tak źle
Mariusz Dudkiewicz, szef firmy zajmującej się transportem medycznym w rozmowie z Gazetą Wyborczą przekonuje, że przypadek Dominiki nie jest bynajmniej wyjątkowy - obrazuje po prostu codzienność w polskiej ochronie zdrowia, a winę za ten obraz ponosi wyłącznie "chory" system: pracujący w nim ludzie dopasowują się do niego i funkcjonują tak, jak im na to pozwala.

W ocenie Dudkiewicza, dopóki pacjent będzie przynosił stratę placówce, która go leczy, nic nie zmieni się na lepsze. Bo dla wielu ogniw systemu chory to zwyczajnie strata, z powodu której lecznica zaczyna dokładać do "interesu".

Dr Renata Kasprzycka, pediatra z jednej z warszawskich przychodni uważa jednak, że nie wszędzie system działa źle. W jej jednostce nocna i świąteczna opieka medyczna zatrudnia nie tylko internistę, ale też pediatrę, ma również do dyspozycji gabinet zabiegowy. W przypadku, gdy konieczna jest nocna wizyta u pacjenta, poradnia ma podpisaną umowę z zewnętrznym świadczeniodawcą. Problemem jest natomiast bardzo duża liczba mieszkańców, nad którymi placówka sprawuje opiekę, co powoduje, że nieraz muszą oni czekać w kolejce nawet 2-3 godziny.

- Dużo gorzej jest jednak w małych ośrodkach. Każdy świadczeniodawca podpisujący kontrakt na świadczenie opieki nocnej ma obowiązek zapewnić lekarza, który w razie potrzeby dojedzie w nocy do chorego. Niektórzy wolą jednak oszczędzić i zamiast zlecić wizyty na zewnątrz, sami podejmują się zarówno leczenia na miejscu jak i wizyt dojazdowych. Czasami pogodzenie tego jest trudne lub wręcz niemożliwe - nie ukrywa doktor Kasprzycka.

Warszawski pediatra i wakcynolog dr Paweł Grzesiowski, zwraca uwagę na dwa inne aspekty. W jego ocenie, decyzji o konieczności wysłania karetki nie podejmuje się wyłącznie na podstawie wysokiej temperatury. Specjalista przypomina też, że nie wolno spychać odpowiedzialności na rodziców, jak próbuje się to czasem robić.

- Gorączka nie jest jedynym objawem, który należy monitorować. Oceniając stan dziecka trzeba sprawdzić wiele elementów, dlatego nie ma i nie będzie standardów postępowania w przypadku wysokiej temperatury. Dla lekarza ważna jest też ocena, na jak długo można odwlec badanie w czasie, a to zależy od współpracy z rodziną. Lekarz sam musi ocenić, czy są to ludzie, którym może zaufać. Lekarz nocnej opieki medycznej powinien ponadto zobaczyć dziecko, a nie podejmować decyzję na odległość - zaznacza doktor Grzesiowski.

Przestrzega jednocześnie przed forsowaniem koncepcji, że gorączka jest sygnałem do natychmiastowego "stawiania na nogi" całej ochrony zdrowia. - To jest absurd - dodaje.

Zabrakło koordynacji
Dr Wojciech Perekitko z Federacji Porozumienie Zielonogórskie jest przekonany, że zmiany należy rozpocząć od POZ. - System jest "zatkany". Pacjenci potrzebujący pilnej porady muszą zbyt długo czekać, a wszystko dlatego, że w Polsce mamy za mało lekarzy pierwszego kontaktu. Na 100 tys. mieszkańców przypada ich jedynie 10, podczas gdy np. w Niemczech - 35, a w Grecji - 50. To obciążenie lekarzy POZ przenosi się następnie na SOR-y i nocną pomoc lekarską - wyjaśnia Perekitko i zwraca uwagę, że jest to główna bolączka systemu.

Dr Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie dodaje natomiast, że najważniejsza wydaje się koordynacja leczenia pacjenta. - Spójrzmy jak było w przypadku Dominiki. Rodzice chodzili z dzieckiem od lekarza do lekarza. Pomiędzy nimi zabrakło jednak "łącznika", osoby, która zebrałaby te informacje i zdiagnozowała problem - podkreśla Krajewski.

I postuluje, aby wprowadzić, wzorem Wielkiej Brytanii, obowiązek informowania lekarza rodzinnego o wszelkich poradach medycznych, jakie uzyskał jego pacjent. - Kiedy chory w Anglii trafia do nocnej opieki, podaje nazwisko swojego lekarza prowadzącego i zaraz po wizycie wszystkie informacje trafiają do niego drogą mailową. Dzięki temu lekarz wie, co dzieje się z chorym i może zareagować - wskazuje Krajewski.

Prezes FPZ negatywnie ocenia również propozycje ministra Arłukowicza. Jego zdaniem, przy takim obciążeniu lekarzy POZ nie da się przypisać do niej nocnej opieki nad dziećmi. - Można natomiast zorganizować osobne ambulatoria nocne dla chorych do 18 r.ż. i osobne dla dorosłych, z odrębnymi kontraktami, przy rejonie dla dzieci liczącym 5-6 tys. osób i dla dorosłych 25-30 tys. To byłby jakiś kierunek. Myślę, że takie zabezpieczenie chorych byłoby realne - podsumowuje Jacek Krajewski.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum