Co dalej z obywatelskim projektem ustawy o zatrudnieniu w ochronie zdrowia?

Autor: Jacek Janik/Rynek Zdrowia • • 08 maja 2017 05:40

Członkowie Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy wraz z kolegami z pozostałych zawodów medycznych, wolne dni w kwietniu i maju wykorzystali na zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o warunkach zatrudnienia w ochronie zdrowia.

Co dalej z obywatelskim projektem ustawy o zatrudnieniu w ochronie zdrowia?
FOT. Shutterstock; zdjęcie ilustracyjne

Projekt Porozumienia Zawodów Medycznych, zrzeszającego 9 związków zawodowych wszystkich profesji ochrony zdrowia, został złożony w Sejmie 19 stycznia. By został rozpatrzony, musi go poprzeć 100 tys. obywateli do 8 maja.

Pod koniec kwietnia udało się zebrać ponad sto tysięcy podpisów pod projektem ustawy obywatelskiej o warunkach zatrudnienia w ochronie zdrowia.

Akcja zbierania podpisów będzie jednak trwała do samego końca, by z jakichś powodów formalnych ich nie zabrakło. Jeżeli wszystko się uda i podpisów będzie rzeczywiście ponad 100 tys., na 15 maja zapowiedziano konferencję prasową i złożenie podpisów u marszałka Sejmu.

- W zbieraniu podpisów wspierają nas nie tylko koledzy ze środowiska medycznego, ale także pacjenci - mówi Damian Patecki, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL.

Nie po drodze z rządzącymi?
Inicjatorzy akcji ustawodawczej zdają sobie sprawę z tego, że rządzącym nie jest pod drodze z proponowanymi rozwiązaniami i trudno się spodziewać, żeby znalazły one uznanie większości sejmowej. Mogą trafić do kosza już po pierwszym czytaniu, mimo że niemal wszyscy przyznają, że struktura wynagrodzeń zawodów medycznych wymaga zmian. Jeśli jednak tak będzie, rząd może spodziewać się znaczącej eskalacji konfliktu.

Minister Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że od lipca 2017 roku młodzi lekarze dostaną podwyżki, które mają wynieść… 100 zł w skali miesiąca, co praktycznie w ich sytuacji nic nie zmieni. Dzisiaj lekarze w trakcie specjalizacji zarabiają ok. 70 proc. średniej krajowej.

- To, na co liczymy, to przede wszystkim możliwość powiedzenia przed panią premier, parlamentem i przed kamerami telewizyjnymi o rzeczywistej sytuacji w ochronie zdrowia i o co zabiegamy. Bez mydlenia oczu, bez propagandy. Mamy nadzieję, że pani premier Szydło i wicepremier Morawiecki wreszcie wysłuchają naszych argumentów, bo do tej pory nie było ku temu okazji - mówi portalowi rynekzdrowia.pl Jarosław Biliński, wiceprzewodniczący PR OZZL.

- Chcemy przekonać, że nie walczymy o ”swoje”, jak typowy związek zawodowy, a taką łatkę próbuje nam się przypiąć. Walczymy o konkrety nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla polskich pacjentów. I to nie są hasła demagogiczne, to jest fakt - wzięliśmy na własne barki próbę zmiany systemu, zmiany całościowej, dogłębnej i co najważniejsze - racjonalnej, ponadpolitycznej, ponadpartyjnej. Czy publicznie pani premier powie wtedy, że nie stać nas na podwyżkę o 2 proc. PKB rocznie w najbliższym czasie, z czego mniej niż 1 proc. na płace personelu? - zastanawia się Biliński.

Jak przekonują rezydenci, niewolnik ekonomiczny nigdy nie będzie dobrym pracownikiem, nawet w zawodzie cechującym się misją. - Jako rezydenci domagamy się 5,5 tys. zł netto, czyli 2 średnich krajowych. Czy to duże pieniądze dla lekarza? - pyta retorycznie.

PR to nie związek zawodowy
Porozumienie Rezydentów, mimo że działa przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy, nie jest organizacją typowo związkową. To bardziej ruch obejmujący lekarzy w trakcie specjalizacji. Jak podkreśla wiceprezes PR, wybór padł na OZZL, ponieważ związkowcy zaproponowali im największą niezależność i swobodę działania oraz duże wsparcie.

Mimo że obecnie w mediach mówi się przede wszystkim o akcji związanej ze złożeniem w Sejmie obywatelskiego projektu ustawy i zbieraniu pod nim 100 tys. podpisów, nie jest to jedyny cel Porozumienia Rezydentów.

- To tylko wierzchołek góry lodowej. Większość naszych propozycji dotyczących zmian w systemie zostało zawartych w dokumencie przygotowanym przez powołany 30 marca ubiegłego roku przez ministra zdrowia zespół ekspertów, w którego pracach braliśmy udział. Powstał "Raport końcowy w sprawie zmiany systemu kształcenia podyplomowego lekarzy i lekarzy dentystów". Mimo że w zespole pracowali przedstawiciele różnych środowisk i ścierały się różne poglądy i interesy, powstał chyba najlepszy do tej pory dokument dotyczący kształcenia podyplomowego -ocenia Biliński.

Odbiurokratyzowanie i jakość w medycynie
W dokumencie opracowanym przez zespół ds. zmian systemu kształcenia podyplomowego zostały zawarte wszystkie postulaty Porozumienia Rezydentów. Jak tłumaczy wiceprzewodniczący PR, zawiera on propozycję odbiurokratyzowania medycyny z położeniem nacisku na to, żeby lekarz nie był sekretarką, a wykonywał prace ściśle medyczne i pod tym kątem się kształcił. To, zdaniem autorów opracowania, zaoszczędzi pieniędzy w systemie i podniesie jakość kształcenia.

- O jakości wszyscy zapomnieli. Dziś MZ chce produkować lekarzy niejako na akord, licząc kolejne wypuszczone sztuki, najmniejszym kosztem, byleby figurowały w zestawieniu. To się nie może udać i to jest ogromna porażka ideowa - dodaje Biliński.

Jedną z szczegółowych kwestii w opracowaniu jest część o stażu podyplomowym i naborze na specjalizacje. - Sprawa stażu podyplomowego, który już został przywrócony i naboru na specjalizacje to jedyne z proponowanych zmian, które mają szanse wejść w życie, ale nie wiadomo kiedy, bo ciągle jest odraczana nowelizacja ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Najpewniej dlatego że, gdyby została znowelizowana bez odpowiedniego zapisu o podwyżkach, stałaby się przyczyną protestów- przypuszcza Biliński.

Liczba rezydentur wystarczająca?
Tematem powracającym w kontekście informacji o braku odpowiedniej ilości specjalistów w Polsce, jest liczba miejsc rezydenckich przyznawanych przez MZ. Resort przekonuje, że jest wystarczająca i pokazuje liczby mające to potwierdzać. Porozumienie Rezydentów jednak te argumenty określa jednym słowem - manipulacja.

Na wiosenne postępowanie kwalifikacyjne MZ przyznał w sumie 1856 rezydentur (w tym 915 w dziedzinach tzw. priorytetowych). W małopolskich szpitalach na przykład wiosną szkolenie specjalizacyjne rozpoczęło zaledwie 139 młodych lekarzy. To mniej niż przed rokiem i mniej niż są gotowe przyjąć szpitale. Podnoszenia kwalifikacji nie zacznie np. żaden kardiolog, neurolog czy ginekolog. Podobnie jest w lubelskim i innych województwach, gdzie specjalizacji nie rozpocznie żaden neurolog czy kardiolog.

Jak tłumaczy Biliński, poza niewielkimi wahaniami, liczba miejsc rezydenckich jest mniej więcej taka sama jak liczba stażystów, którzy w określonym roku się o nie ubiegają. Są one przyznawane głównie w czterech dziedzinach: pediatrii, chirurgii, internie i medycynie rodzinnej.

Z niewolnika nie ma pracownika
- Dlatego trzeba zachęcać, a nie zmuszać! W ślad za tym, że przyznaje się te miejsca, nie idą jednak żadne zachęty, aby robić te konkretne specjalizacje. Przybiera to formę przymusu - albo będziesz robił specjalizację w tych dziedzinach albo wcale. We wszystkich innych dziedzinach ogranicza się miejsca, mówiąc, że miejsca rezydenckie są, tylko nikt nie chce ich wykorzystać. To jest rodzaj manipulacji - stwierdza Biliński.

Jesienią zapowiadany jest kongres rezydentów, na którym zamierzają pokazać jak pracują rezydenci w Polsce. Zaproszeni z zagranicy goście mają natomiast mówić o systemach, jakie obowiązują w ich krajach. Na kongres mają zostać zaproszone firmy zagraniczne zainteresowane zatrudnieniem polskich lekarzy.

- Przewrotnie chcemy pokazać, że jeżeli w dalszym ciągu będziemy lekceważeni, nie pozostanie nam nic innego, jak podjąć decyzję o wyjeździe z kraju. Takie decyzje są bardzo trudne, ale decydują o naszym życiu i trzeba je podejmować - wyjaśnia Biliński.

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum