Tabletki w klozecie, czyli jak pacjent nie stosuje się do zaleceń

Autor: Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia • • 24 kwietnia 2010 08:07

Z leczeniem chorób przewlekłych jest taki problem, że pacjenci nie mają przekonania do terapii, bo najczęściej ich choroba nie boli... Dlatego trudno jest zdyscyplinować chorego, aby stosował się do zaleceń lekarza.

Ta współpraca lekarza z pacjentem dotycząca przestrzegania przez tego drugiego zaleceń terapeutycznych nosi nazwę compliance: – To odsetek dawek przyjętych przez pacjenta – przypomina dr Radosław Szczęch, z Katedry Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Szacuje się, że jeśli w terapii przewlekłej pacjent przyjmie ok. 70 proc. zapisanych leków, to ta terapia przynosi już zasadnicze korzyści.

Lekiem w kota
Zdarzają się pacjenci, którzy mają compliance na poziomie... 140 procent. Badania SCOUT (Sibutramine Cardiovascular Outcome Trial), które dotyczyły badania sibutraminy (preparatu stosowanego w otyłości), pokazały, że kiedy pacjentki zauważyły korzystne efekty w postaci obniżenia ciężaru ciała, przyjmowały więcej tabletek niż wynikało to z zaleceń.

To przykład, kiedy compliance wynosił powyżej 100 proc. Nota bene sibutramina jest już wycofana z rynku... Okazało się bowiem, że po stosowaniu leku w dużej populacji, ujawnił on efekty działań niepożądanych, niewykrytych w czasie przedrejestracyjnych badań klinicznych.

Częściej jednak pacjent nie zażywa przepisanych tabletek, a pomysłowość pacjentów, co z nimi zrobić, nie nie zna granic. Lekarze opowiadają sobie do dziś historię, która zdarzyła się prof. Peterowi Sleight’owi z Uniwersytetu w Oxfordzie.

Kiedy podszedł do pacjenta, biorącego udział w badaniu klinicznym randomizowanym, podwójnie zaślepionym (ani pacjent ,ani lekarz nie wie, czy podawana jest substancja aktywna czy placebo), pacjent spytał profesora Sleighta, dlaczego w ubiegłym tygodniu został mu zmieniony lek. Na pytanie zdziwionego profesora, skąd chory o tym wie, pacjent odparł, że lek podawany w ubiegłym tygodniu po wrzuceniu do klozetu tonął, podczas gdy tabletki podawane aktualnie pływają po wierzchu.

– To kwintesencja tego, jak niedoskonałym narzędziem jest compliance – zauważa dr Radosław Szczęch.

Inną historię opowiadał prof. Piotr Kuna, kierownik Katedry Pneumonologii i Alergologii UM w Łodzi: – W Wielkiej Brytanii pewien chory, mając do użycia aerozol przeciwko astmie, postanowił spryskiwać tym aerozolem swojego kota, na którego był uczulony. Jeden z polskich pacjentów uparł się, że chce mieć zamienioną insulinę na... słodycze.

Zgoda buduje

Nową koncepcją w relacji lekarz – pacjent, jest teoria concordance, według której pacjent i lekarz są odpowiedzialni za decyzję terapeutyczną. Lekarz musi przekonać pacjenta do korzyści ze stosowania się do zaleceń. Przypominać przy okazji każdej wizyty o konieczności przyjmowania przepisanych leków.

Można np. zaangażować chorego do własnoręcznego zapisania sobie zaleceń, jak przyjmować dany lek. Pacjent z kolei musi chcieć współpracować ze swoim lekarzem. – Chory powinien zrozumieć, dlaczego musi przyjmować lek do końca życia, nawet jeśli jego choroba nie boli. Na takim „wyedukowanym“ pacjencie, lekarz może polegać i warto nad tym pracować – mówi dr Szczęch.

Informowanie pacjenta o chorobie w taki sposób, by zrozumiał, na czym polega, nie jest łatwy: – W międzynarodowym prawie lekarskim istnieje pojęcie kompetentnej zgody pacjenta, czyli lekarz musi sprawdzić, czy chory zrozumiał – przypomina etyk i psycholog Barbara Czerska.

Często jednak zdarza się, że dopiero przy braku wystąpienia u pacjenta pewnych objawów, które powinny mieć miejsce w trakcie leczenia, możemy przyjąć domniemanie, że pacjent się nie leczy. – Kto za to odpowiada, pacjent czy lekarz? To jest problem kompetencji – stwierdza doktor Czerska.

Zadanie nie jest więc łatwe, szczególnie, gdy na studiach medycznych nie mówi się o tym przyszłym lekarzom. Studenci są często zdziwieni pytaniem o problem compliance, bo ich zdaniem, sam autorytet lekarza powoduje, że pacjent zrobi to, co każe mu lekarz.

Kto jest dobrym lekarzem
Tymczasem prawda jest zupełnie inna. – Treść, która dociera do pacjenta, to jedynie 7 proc. komunikatu, jaki wychodzi od lekarza. Ponad 90 proc. to obraz i ton głosu – informuje Zbigniew Kowalski, ekspert ds. relacji lekarz – pacjent i sekretarz grupy roboczej ds. edukacji pacjentów Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego.

– Nieważne, co mówisz, ważne, żebyś ładnie wyglądał – brzmi motto polityków. W medycynie należy tego unikać. Ale patrząc, jaki odsetek percepcji kierowany jest na obraz, nawet ważne wartości merytoryczne i najlepsza porada medyczna może nie wystarczyć do osiągnięcia celu, jeśli będzie w niewłaściwy sposób przedstawiona – przypomina doktor Kowalski.

Równie mylny dla lekarzy może być sposób, w jaki pacjenci oceniają ich pracę. Według badań grupy roboczej ds. edukacji pacjentów PTNT, ponad 50 proc. pacjentów za „dobrego lekarza“ uznaje tego, który właściwie traktuje pacjentów. 22 proc. docenia umiejętność przekazania informacji. Jedynie dla niecałych 13 proc. ważne są specjalizacje i tytuły naukowe. Prawie co dziesiąty pacjent powie o lekarzu, że jest dobry, sugerując się opinią innych pacjentów.

Dla pacjenta największe znaczenie ma troska okazywana o jego zdrowie przez lekarza. Ponad 12 proc. pacjentów docenia poświęcony mu czas.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum