Polacy chodzą do 100 tys. uzdrowicieli, bo zapotrzebowanie na nadzieję jest ogromne

Autor: Katarzyna Gubała/Rynek Zdrowia • • 20 kwietnia 2019 08:02

Uzdrowiciele nigdy nie zastąpią zaawansowanej diagnostyki czy technik operacyjnych, jakie oferuje medycyna. Ale oni dają coś innego - zrozumienie, ciepło, zaangażowanie. Chorzy dostają nadzieję, zapewnienie, że uda się pokonać chorobę, a na to zawsze będzie zapotrzebowanie - mówi nam Katarzyna Janiszewska, autorka książki "Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów".

Polacy chodzą do 100 tys. uzdrowicieli, bo zapotrzebowanie na nadzieję jest ogromne
Katarzyna Janiszewska, autorka książki ''Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów''. Fot. Andrzej Banaś

Rynek Zdrowia: - Informujemy o pionierskich operacjach, nowych lekach i technologiach w medycynie, supernowoczesnym sprzęcie diagnostycznym, dlatego trudno się czytało o watce, w którą dmucha bioenergoterapeuta, a potem przykłada się nią bolące miejsca i jątrzące rany. Albo o rodzicach, którzy za poradą znachora karmią swoje kilkumiesięczne dziecko  jedynie kilkoma kroplami koziego mleka co kilka godzin. Kim są osoby, które w Polsce korzystają z usług ponad 100 tysięcy uzdrowicieli? Czy to ludzie, którzy nie otrzymali pomocy w systemie opieki zdrowotnej?

Katarzyna Janiszewska: - To przede wszystkim osoby, które straciły nadzieję. Tradycyjne leczenie nie przyniosło rezultatów i kiedy pojawia się ostatnia deska ratunku w postaci uzdrowiciela, chcą z niej skorzystać. Jeśli medycyna bezradnie rozkłada ręce i pojawia się ktoś, kto mówi: ja ci pomogę, to racjonalne wybory tracą sens. Dla ratowania zdrowia i życia człowiek jest gotów spróbować wszystkiego.

Często jest również tak, że ludzie się boją. Leczenie onkologiczne jest bolesne i wyniszczające. Każda operacja wiąże się z jakimś ryzykiem, ewentualnymi powikłaniami, koniecznością późniejszej rehabilitacji. Człowiek wybiera więc coś, co w jego przekonaniu jest bezpieczniejsze, mniej inwazyjne, mniej bolesne.

Medycyna boryka się z licznymi problemami. Brakuje lekarzy, są przepracowani, nie mają czasu, by porozmawiać z pacjentem, wytłumaczyć im na czym będzie polegał proces leczenia. A chory tego oczekuje: zrozumienia, empatii, troski. Poza tym, na miejsce w szpitalu czy na specjalistyczne badanie czeka się miesiącami. A uzdrowiciel jest dostępny od ręki. Na spotkaniach ze znachorami widziałam głównie ludzi starszych, przewlekle chorych, z małych miejscowości. Ale wśród pacjentów są też celebryci, osoby znane z pierwszych stron gazet.

- Sąsiad szwagra miał przyłożone ręce i wyzdrowiał, a lekarze już na nim położyli krzyżyk; znajoma piła energetyzowaną wodę i cofnęła się jej choroba albo jeszcze efektowniej: zniknął guz, raka nie ma - można zauważyć, że w opowiadaniu o efektach działania bioenergoterapeuty wiele jest historii innych znajomych znajomych albo z internetu. Łączy je też brak szczegółów dotyczących historii choroby. Czy to cecha wspólna sukcesów bioenergoterapeutów i innych uzdrowicieli?
- Na tym właśnie polega marketing szeptany, czyli - jak podkreślają eksperci od biznesu - najskuteczniejsza forma reklamy. Ludzie coraz mniej wierzą mediom, autorytetom. Ale jeśli sąsiadowi pomogło, znajomej, to są gotowi zaryzykować i sprawdzić. Bo tak twierdzi ich znajomy, a nie jakiś tam anonimowy dziennikarz. Uzdrowiciele nie pokazują się zbyt często w mediach głównego nurtu, a jednak w swoim środowisku są znani. Chorzy bez problemu do nich trafiają. Ludzie przekazują sobie z ust do ust, że ten czy inny jest dobry i warto do niego pójść. Jeśli komuś nie pomógł, to się tym raczej nie chwali.

Rozmawiałam z bardzo wieloma pacjentami, którzy byli gotowi własnym przykładem zaświadczyć o skuteczności danego znachora. Chętnie dzielili się historiami swoich chorób. Opowiadali o tym, jak uzdrowiciel wyciągał ich z różnych dolegliwości, gdy już całkiem stracili nadzieję.

Ale prawda jest taka, że idąc do bioenergoterapeuty nie pokazują mu przecież wyników badań lekarskich. Ani też nie posiadają badań stwierdzających jednoznacznie, że ten uzdrowiciel uleczył ich z takich, a takich to dolegliwości. Mimo to są przekonani, że właśnie znachor im pomógł. Lekarze mówią tutaj o ogromnej sile sugestii, efekcie placebo. Który skądinąd rzeczywiście może przynieść pozytywne rezultaty w procesie leczenia. Mobilizacja organizmu, systemu immunologicznego powoduje, że chory częściej wychodzi z choroby.

- Kim są uzdrowiciele? Czy jest coś wspólnego w schemacie ich działania? Wydaje się, że część naprawdę wierzy w swoje "moce uzdrawiania" i ma misję, dla innych to sposób zarobkowania. A może na końcu zawsze jest biznes? Dodajmy, że biznes wart miliony złotych.
- Tak, jak w każdym innym zawodzie, tak samo i tutaj nie jest to jednorodne środowisko. Dla dużej części jest to po prostu biznes. Sposób zarabiania dobry jak każdy inny. A można zarobić całkiem nieźle. Jeden z moich bohaterów mówi, że nie każdy bioenergoterapeuta wyciągnie 40 tys. zł miesięcznie, ale każdy ma kolegę, który tyle zarabia. Za wizytę u bioenergoterapeuty trzeba zapłacić od 120 do 250 zł. Do tego dochodzą różnego rodzaju "gadżety": zioła, kalendarze z podobizną uzdrowiciela, deseczki do energetyzacji wody, książki, filmy z poradami i wskazówkami, miody.

To są bardzo przedsiębiorczy ludzie i doskonale potrafią wyczuć potrzeby rynku. Niektórzy stworzyli ogromne, bardzo dochodowe imperia, kliniki oferujące rozmaite zabiegi. Ale taki cynizm, że ktoś robi to wyłącznie dla pieniędzy, chyba jednak rzadko się zdarza.

Większość uzdrowicieli, przynajmniej spośród tych, z którymi ja rozmawiałam rzeczywiście wierzy, że ma uzdrawiające moce i chce pomóc innym. Zarabiają na tym, ale jest w tym misja, dla niektórych to nawet rodzaj posłannictwa - dostali energię "z góry" i chcą się nią dzielić. Traktują to bardzo poważnie i profesjonalnie. Kończą kursy, szkolenia, zdają egzaminy czeladnicze, mistrzowskie. Bo trzeba też powiedzieć, że bioenergoterapia to zawód rzemieślniczy.

- No właśnie, istnieją cechy, izby rzemieślnicze, w których można się zrzeszać.
- Można, ale nie trzeba. Ostatecznie, aby wykonywać ten zawód wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą. I można otwierać gabinet. Bioenergoterapia ma swój własny kod w rejestrze Polskiej Klasyfikacji Działalności, pod którym kryje się działalność paramedyczna. Uzdrawiacze podlegają tym samym zasadom, co personel medyczny średniego szczebla, czyli pielęgniarki, fizjoterapeuci, technicy, ratownicy medyczni.

- W swojej książce oddała pani głos również lekarzom, psychologom, etykom i duchownym. Z rozmów z lekarzami wynika, że w zestawieniu z uzdrowicielami stoją na niejako przegranej pozycji. Do uzdrowiciela łatwiej się dostać niż do specjalisty. Lekarz proponuje leczenie i ma nadzieję, że przyniesie ono efekt. Uzdrowiciel przykłada ręce i zapewnia, że chory wyzdrowieje albo chory sam to wie, bo słyszał o cudownych uzdrowieniach. Czy oznacza to, że biznes uzdrowicielski mimo postępu medycyny będzie się wciąż miał dobrze?
- Myślę, że tak. Liczba uzdrowicieli od lat sukcesywnie rośnie. A kolejki do specjalistów się wydłużają. Spada zaufanie do lekarzy. Uzdrowiciele nigdy nie zastąpią zaawansowanej diagnostyki czy technik operacyjnych, jakie oferuje medycyna. Ale oni dają coś innego. Chorzy znajdują u znachorów zrozumienie, ciepło, zaangażowanie. Dostają nadzieję, zapewnienie, że uda się pokonać chorobę, a na to zawsze będzie zapotrzebowanie.

Zmienia się styl życia, ludzie otwierają się na duchowość, ezoterykę. Pacjenci coraz częściej zauważają potrzebę holistycznego podejścia do leczenia, podczas gdy medycyna tradycyjna skupia się na danej chorobie, konkretnym organie, który niedomaga. Poza tym, uzdrowiciele są tak zaradni, że będą umieli się dostosować do zmieniających się potrzeb pacjentów i sytuacji na rynku medycznym.

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum