Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia | 04-09-2018 05:50

Lekarze z oddziału ratunkowego: nas już chyba nic nie zaskoczy...

Rozpiętość nietypowych zgłoszeń i pomysłowości ludzkiej jest tak ogromna, że po kilkunastu latach pracy na oddziale ratunkowym ma się wrażenie, że widziało się niemal wszystko, ale pacjenci i tak potrafią zaskoczyć - oceniają specjaliści medycyny ratunkowej.

Ukrywanie przyczyny problemu zwykle się źle kończy, bo lekarze i tak dochodzą do prawdy. Fot. archiwum/mat. prasowe, Szpital Miejski w Rudzie Śląskiej Sp. z o.o.

- Nie mówimy o sytuacjach, gdy pacjenci po prostu regularnie do nas przychodzą, żeby przedłużyć im leki, wyjąć kleszcza, zmienić opatrunek, dać skierowanie do jakiejś poradni, czy wręcz zastąpić jakąś poradnię - stwierdza dr Jacek Górny, prezes zarządu Porozumienia Lekarzy Medycyny Ratunkowej i kierownik SOR w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. J. Strusia w Poznaniu.

Przebita włosem, podziobana przez kurę…
Zgłaszanie się na oddziały ratunkowe pacjentów, którzy nie powinni tam trafiać, bo cierpią na choroby przewlekłe i nie mogą np. dostać się do poradni, to codzienność SOR-ów. Zdarzają się oczywiście jednak bardziej dziwne, nietypowe, wręcz kuriozalne interwencje lekarskie.

- Np. taka sytuacja z ostatnich dni, gdy pacjent stwierdził, że połknął kleszcza i teraz boli go gardło z powodu reakcji alergicznej na tego połkniętego kleszcza - opisuje Patryk Konieczka, koordynator SOR w Szpitalu w Puszczykowie im. prof. S.T. Dąbrowskiego SA.

Jak dodaje, w rzeczywistości było to zapalenie gardła, natomiast gdyby pacjent faktycznie kleszcza połknął, to pewnie zostałby on po prostu strawiony. Nie było więc obaw, że narobiłby szkód.

Bardziej odległa czasowo historia: fryzjerka, która twierdziła, że ma przebitą stopę. - Spodziewaliśmy się, że może przebita prętem, a okazało się, że włosem. Faktycznie był wbity w naskórek włos,  co prawda sztywny, nalakierowany, ale czy wymagało to interwencji w SOR? Bardzo wątpliwe, bo wystarczyło go wyjąć - opisuje lekarz medycyny ratunkowej.

Patryk Konieczka opowiada też, jak to w nocy została przywieziona z bardzo daleka przez pogotowie kobieta 12 godzin wcześniej podziobana przez kurę.

- Miała drobny ślad na skórze podudzia, ale sąsiadka jej naopowiadała, że musi mieć podaną anatoksynę tężcową i to natychmiast. W związku z tym zadzwoniła na pogotowie, został wysłany zespół, który stwierdził, że anatoksyny nie mają, więc przywieźli ją szpitala - relacjonuje.

Eksperymentatorzy na oddziale
Oczywiście chyba najbardziej spektakularne historie to cała masa różnego rodzaju obiektów w otworach naturalnych ciała. Jak opisują lekarze, zdarzają się osoby po różnych zabawach tego typu, wracające po raz kolejny z przedziurawieniem jelita. Prócz wibratorów w sezonie korzystają np. z… warzyw.

- Wyjmowaliśmy np. marchew 62-letniemu mężczyźnie, który postanowił poeksperymentować z żoną, spróbować czegoś nowego, ale nie wyszło. Marchew miała dobre 30 cm i strasznie trudno było ją wyjąć, ponieważ się rwała. Trudno było uchwycić warzywo, które w tych warunkach robiło się kruche. Zrobiła się z tego w sumie dość poważna dwugodzinna interwencja - opowiada jeden ze specjalistów medycyny ratunkowej.

W innym przypadku pacjent wprowadził dezodorant do odbytu i kapsel od dezodorantu zahaczył się tam i to już wymagało leczenia operacyjnego na oddziale chirurgicznym.

Jak się zachowują pacjenci, kiedy w sytuacjach dość wstydliwych muszą skorzystać z pomocy lekarskiej?

- Na pewno triaż okazuje się wtedy nieskuteczny, bo nie chcą na ten temat rozmawiać z ratownikiem czy pielęgniarką, skrywają powód zgłoszenia się do SOR-u do samego końca, co w sumie rozumiem - opowiada dr Patryk Konieczka.

W pewnym momencie trzeba jednak już powiedzieć, co się stało, więc najczęstsze tłumaczenie pacjentów jest takie, że się przewrócili czy usiedli i ten obcy obiekt sam się jakoś umieścił czy wchłonął.

- Przystępujemy wtedy do działania. Najczęściej wymaga to w sumie takiego już poważnego podejścia, z sedacją, bo jednak są to zazwyczaj obiekty dość duże, pacjenci wymagają czasami nawet leczenia operacyjnego - ocenia koordynator SOR w Szpitalu w Puszczykowie.

Kąpiel w Morzu Czarnym
Ukrywanie przyczyny problemu zwykle się źle kończy, bo lekarze i tak dochodzą do prawdy. Np. pacjenci ze tzw. złamaniem bokserskim, czyli złamaniem piątej kości śródręcza notorycznie opowiadają na oddziale ratunkowym, że np. coś spadło im na rękę.

- A my widzimy w rentgenie typowy obraz złamania i wystarczy dać im to do zrozumienia. Po chwili pacjent mówi, że, faktycznie, uderzył pięścią w ścianę. Pozostaje zawsze pytanie, czy ta "ściana", ta osoba też za chwilę się zjawi i będziemy szyć łuk brwiowy albo coś innego - opowiada Patryk Konieczka.

Nietypowe przypadki na oddziale ratunkowym wiążą się więc z tym, że pacjenci koloryzują czy wyolbrzymiają, przychodzą ze stłuczeniami czy drzazgami w palcu, oparzeniami pierwszego stopnia na małej powierzchni, oparzeniami słonecznymi itd.

- Pewna kobieta przyszła na oddział i opowiedziała, że kąpała się tydzień temu w morzu, ale po tygodniu jej stopy zrobiły się ciemne, wręcz czarne. Te stopy były po prostu brudne, a pielęgniarka, która chciała rozluźnić sytuację nieszczęśliwie zapytała, czy kapała się w Morzu Czarnym. Pacjentka  się obraziła i wyszła - opowiada dr Jacek Górny.

Nietypowe wydarzenia na oddziale ratunkowym mogą być tez efektem niewiedzy bądź świadomego oszukiwania pacjenta.  Zdarzyło się np. kiedyś, gdy USG nie było jeszcze tak rozpowszechnione, że kobieta z dolegliwościami bólowymi brzucha, stanowczo przeczyła sugestiom lekarzy.

- Podpisała oświadczenie, że absolutnie nie może być w ciąży, zażywa tabletki antykoncepcyjne itd. Wymagała zatem rentgena brzucha. Wspaniale pokazał, że jednak w tej ciąży jest. Rentgen w takich sytuacjach powinien być stosowany rozważnie. Płód był już jednak w takim okresie rozwojowym, kiedy na powstanie wad wrodzonych jest już na szczęście za późno - relacjonował kierownik SOR w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. J. Strusia w Poznaniu.

SOR to nie poradnia
Wiele osób trafia na oddział ratunkowy z czymś niestandardowym i w ogóle niepotrzebnie, często nawet nie z własnej winy. Specjaliści medycyny ratunkowej szczególny żal mają do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej.

Mówią z przekonaniem, że nierzadko jest tak, że to lekarz rodzinny kieruje pacjenta z przewlekłym schorzeniem do SOR, np. chociażby z przewlekłymi owrzodzeniami kończyn dolnych.

- Zajmuję się medycyną ratunkową, a ktoś przychodzi oczekując, że zdejmę opatrunek, ocenię proces gojenia się rany podczas gdy mam pacjentów umierających, którym nikt za mnie nie udzieli pomocy. Są przecież poradnie zajmujące się tego typu rzeczami - podkreśla dr Jacek Górny.

Jak ocenia Szymon Michniewicz, kierownik SOR w Szpitalu Uniwersyteckim im. K. Marcinkowskiego w Zielonej Górze, trudno jest mieć jakieś pretensje do pacjenta, bardziej można je mieć do lekarza, który nie zna ścieżki, jaką powinien pacjent z takim rozpoznaniem pójść.

Jego zdaniem to, że na oddziały ratunkowe trafiają pacjenci, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć, to efekt niewydolności systemu na poziomie podstawowym.

- Jakkolwiek absurdalnie to brzmi - skierowanie do oddziału ratunkowego przez lekarzy rodzinnych dalej istnieje. Zdarzają się takie przypadki, jak kierowanie pacjenta z bólem głowy z podejrzeniem guza mózgu na oddział ratunkowy czy na diagnostykę choroby nowotworowej na oddziale ratunkowym pacjenta z dolegliwościami bólowymi brzucha - opisuje dr Michniewicz.

Na dodatek, pacjenci trafiają na SOR mając czasami w ręku 3 albo 4 druki skierowań: do pierwszej poradni, drugiej, skierowanie na oddział - i zapobiegliwie,  jak się nie uda, czy terminy będą długie - właśnie skierowanie do oddziału ratunkowego.

Z drugiej strony niekiedy przychodzi pacjent od lekarza rodzinnego z błędnym rozpoznaniem albo wręcz bez rozpoznania.

- Pamiętam mężczyznę ze skierowaniem od lekarza POZ, który miał na nim napisane, że cierpi na zespół bólowy barku lewego. Po dokładniejszym dopytaniu okazało się, że ma typowe cechy bólu wieńcowego, co potwierdza EKG. Po prostu lekarz rodzinny nawet nie podniósł się zza biurka, wpisał to co mu powiedział czy pokazał pacjent i skierował do oddziału ratunkowego na diagnostykę barku - opisuje kierownik SOR w szpitalu w Zielonej Górze. Pacjent miał ostry zespół wieńcowy i chwilę potem był w pracowni koronografii na pilnym zabiegu wewnątrznaczyniowym.