Lekarz na misji jest jak dar z nieba. Na wizytę warto iść pieszo nawet dwa dni W egzotycznych krajach czasem pole operacyjne trzeba oświetlić latarką. Fot. Renata Popik

Dr Renata Popik, chirurg, na co dzień pracująca w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej, jest weteranką Polskiej Misji Medycznej. Wyjeżdża tam, gdzie lekarz jest jak dar z nieba.

  • Dr Renata Popik ze Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej wykorzystuje swój urlop w nietypowy sposób. Wyjeżdża na misje medyczne
  • W czasie misji lekarze niosą pomoc pacjentom całkowicie za darmo. Nie zawsze jednak miejscowi mogą w to uwierzyć
  • Na misjach, zwraca uwagę niebywała wdzięczność tamtejszych pacjentów. W zamian za to, w kraju lekarzy z misji często spotyka hejt

 

Doktor Renata Popik ma za sobą siedem misji, trwających średnio cztery tygodnie każda. Trzy razy z PMM była w Ugandzie, dwukrotnie w Mjanmie. Z Fundacją Kultury Świata wyjechała do Tanzanii a z Fundacją Redemptoris Missio do Kamerunu. Co powoduje, że decyduje się na kolejny wyjazd? Jak mówi: - Sam fakt, że mogę i chcę.

Szybka decyzja i wolontariat 

- W 2013 roku zobaczyłam ogłoszenie Polskiej Misji Medycznej o poszukiwaniach specjalisty chirurgii ogólnej na wyjazd do Ugandy. Byłam zaledwie chwilę po egzaminie specjalizacyjnym i postanowiłam się zgłosić. Miałam oczywiście obawy czy dam radę, ale postanowiłam spróbować i zdobyć kolejne doświadczenia zawodowe – mówi dr Popik.

Dodaje: - Miałam szczęście uczyć się chirurgii od świetnych nauczycieli, między innymi od prof. Macieja Zaniewskiego, dr Eugeniusza Majewskiego, dr Bogusława Handla. Niezłą szkołę dostałam też od pielęgniarek, ratowników z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Tychach. Niestety w tamtym kształcie już ten szpital nie istnieje.

Jak podkreśla dr Renata Popik, w czasie misji, a wyjeżdża się do miejsc, gdzie leczenie jest płatne i opłaty praktycznie zaczynają się od przekroczenia progu ośrodka zdrowia, lekarze niosą pomoc pacjentom całkowicie za darmo. Nie zawsze jednak miejscowi mogą w to uwierzyć. Zdarzyła się i taka sytuacja, że zaraz po operacji pacjent uciekł ze szpitala w obawie przed tym, że będzie musiał za nią zapłacić. Na szczęście przeżył.

- W tej sytuacji trudno się dziwić, że nie brakuje chętnych na spotkanie z lekarzem. Przybywają pieszo, rowerami, motorami, łódkami, czy wynajętym mikrobusem. Czasem dowożą ich misjonarze, z którymi współpracujemy. Pamiętam, że pewien starszy mężczyzna, pieszo, podpierając się kijem, szedł do nas dwa dni - mówi dr Popik.

Nieporównywalne warunki

Jak mówi dr Renata Popik, nie można porównywać wykonywania zabiegu w warunkach polskiej sali operacyjnej do tej wykonanej na sali, gdzie biegają jaszczurki, gdzie nie ma bieżącej wody, gdzie prąd tylko bywa i trzeba się często posiłkować światłem latarki czy telefonu komórkowego.

- W 2018 roku w Mjanmie operowałam poparzone dziecko. W kluczowym momencie zgasło światło... Tam operuje się solo albo z ludźmi, którzy pewne procedury widzą pierwszy raz w życiu. Do tego dochodzi bariera językowa. O ile wydukam parę słów w suahili - to raczej nie jest to język medyczny. O posługiwaniu się językiem luganda czy birmańskim nie ma mowy. Potrzebny jest więc tłumacz. Tak wygląda rzeczywistość sali operacyjnej na misji – mówi dr Popik.

Mjanma 2019 - na zdjęciu personel szpitala w Wakema w delcie Irawadi. Od prawej dr Ko Ko Lynn, dr Myat Thu Kyaw , dr Renata Popik, dr Justyna Leszczuk, medical oficer (odpowiednik felczera) i miejscowe pielęgniarki. Fot. a arch. R. Popik
Mjanma 2019 - na zdjęciu personel szpitala w Wakema w delcie Irawadi. Od prawej dr Ko Ko Lynn, dr Myat Thu Kyaw , dr Renata Popik, dr Justyna Leszczuk, medical oficer (odpowiednik felczera) i miejscowe pielęgniarki. Fot. a arch. R. Popik

Dodaje: - Nikt kto kieruje się zdrowym rozsądkiem nie wyjeżdża na misje z zamiarem wykonywania wielkich zabiegów, wprowadzania nowoczesnej medycyny w miejscach, gdzie nikt nie słyszał nawet o pyralginie. Tam często trzeba zaczynać od zupełnych podstaw. Chociażby, jak nauka poprawnego mycia rąk.

Dodatkową trudnością dla lekarza w czasie misji jest wykraczanie poza swoją specjalizację. - Nie obijałam się na stażach, ale nie mogę się przecież równać na przykład z chirurgiem dziecięcym. Na miejscu często trzeba operować również dzieci a lekarz jest od wszystkiego i wszystkich. Jest reguła – albo – albo. Albo coś zrobię ja albo nikt… Wyboru nie ma – mówi pani doktor.

Blok operacyjny inny

Jak wygląda blok operacyjny i jego wyposażenie, z którego korzysta się w czasie misji? Zawsze jest stół operacyjny, ale już z wyposażeniem sali operacyjnej bywa różnie.

- Często narzędzia są wiekowe albo nie ma ich wcale. Jest reguła – im sprzęt im prostszy tym lepszy. O brakach prądu, wody nie warto nawet wspominać. Są tylko najbardziej podstawowe leki, opatrunki. To co się da, to się zabiera ze sobą, resztę, jeśli jest taka możliwość, kupuje się na miejscu - mówi dr Popik.

Dodaje: - Współpracujemy z lokalnym personelem, wiemy co wychodzi korzystniej - kupić na miejscu czy przywieźć ze sobą. Sprawdzamy przed przyjazdem jakim sprzętem dysponuje taka placówka, czy jest sprawny, czy ktoś go używa, bo często się zdarza nikt nie potrafi się nim posługiwać albo nie ma kto….

- Wiele rzeczy przywozimy w ramach swojego bagażu. Nie potrzebuję wielu rzeczy osobistych więc dopycham go sprzętem, opatrunkami. Mam także szczęście do przedstawicieli medycznych, którzy nie żałują nam różnych próbek. To bardzo ułatwia pracę, lokalny personel ma okazję poznać nowości a pacjent szybciej zdrowieje.

Każdy wyjazd PMM to nie tylko doraźna pomoc, ale i przysłowiowa wędka. Każdy ma charakter szkoleniowy. Personel zostaje na miejscu z pacjentami musi sobie sam radzić. Dzięki FB i Whatsapp jesteśmy ze sobą w kontakcie - zresztą nie tylko na polu zawodowym. Zawsze mogą nas o coś zapytać, czegoś się dowiedzieć.

Kura jako dowód wdzięczności

Wdzięczność pacjentów w krajach, do których lekarze wyjeżdżają na misje medyczne jest przeogromna. W Afryce to poczynając od słowa „dziękuję”, którego w Polsce często można nie usłyszeć, skrzynki jajek, papaje, świeżo odrąbane kiście bananów, mango w wiadrach, czy żywe kury…

- W Mjanmie za punkt honoru postawiono sobie odżywanie personelu. Wyborne. Na koniec dostałyśmy z dr Justyną Leszczuk, która także była na misji, lokalne stroje. Na szczęście mimo ogromu pochłoniętego jedzenia udało się nam zmieścić w te stroje. Były też lokalne przysmaki, których nazw nie umiem powtórzyć. Herbatę, fermentowane liście zielonej herbaty i przepis na rewelacyjną sałatkę z owych liści – wspomina dr Popik.

Wspomina też kury, które w podzięce przynieśli rodzice dziecka, które samo zdiagnozowało u siebie przepuklinę. Poprosiło swoją matkę, żeby się zgłosili do naszego do szpitala.

- Powiedzieć, że tam ludzie żyją biednie to nic nie powiedzieć a jednak rodzice tego dziecka ostatniego dnia naszego pobytu przynieśli dla nas w pudełku żywą kurę. Mając w pamięci obraz ich domostwa nie mieściło mi się w głowie, żeby ją przyjąć. Miejscowa pielęgniarka jednak mi wyjaśniła, że po pierwsze to majętni ludzie, bo mają aż pięć kur a po drugie - ile by ich nie mieli to nie mogę ich odmową urazić – mówi dr Popik.

W Polsce w podzięce hejt

Jak mówi lekarka, niezrozumiałym jest hejt z jakim spotykają się lekarze, którzy jadą na misje i niosą pomoc tym, którzy bez nich takiej pomocy nigdy by nie otrzymali. Częstym pytaniem z jakim się spotykała było to o rodzaj „zarazy” jaką ze sobą przywiozła.

- Pojawiają się w internecie złośliwe uwagi, że jeżdżę sobie gdzieś tam a ktoś czeka rok na operację. Wyjaśniam, że na misję jadę w ramach swojego urlopu i to moja sprawa, gdzie i jak go spędzam. Często w komentarzach pojawia się motyw „luksusowych wakacji” w egzotycznych krajach, jaki pokazała kiedyś TVP – mówi lekarka.

Dodaje: - O ile poziom tamtego przekazu rządowych mediów mnie ubawił to znokautował mnie komentarz pacjenta z mojego oddziału, który powiedział: - Ja to panią nawet szanuję, ale pani to chyba nie ma świadomości co "ONI” zrobili Europie. Jacy „oni” - już nie dopytywałam.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH

Drogi Użytkowniku!

W związku z odwiedzaniem naszych serwisów internetowych możemy przetwarzać Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane nt. aktywności lub urządzeń użytkownika. O celach tego przetwarzania zostaniesz odrębnie poinformowany w celu uzyskania na to Twojej zgody. Jeżeli dane te pozwalają zidentyfikować Twoją tożsamość, wówczas będą traktowane dodatkowo jako dane osobowe zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 (RODO).

Administratora tych danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności pod tym linkiem.

Jeżeli korzystasz także z innych usług dostępnych za pośrednictwem naszych serwisów, przetwarzamy też Twoje dane osobowe podane przy zakładaniu konta, rejestracji na eventy, zamawianiu prenumeraty, newslettera, alertów oraz usług online (w tym Strefy Premium, raportów, rankingów lub licencji na przedruki).

Administratorów tych danych osobowych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz również w Polityce Prywatności pod tym linkiem. Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach oraz przez różnych administratorów danych.

Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą przez nas bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z naszą oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij nam swoje zastrzeżenia pod adres odo@ptwp.pl.

Zarząd PTWP-ONLINE Sp. z o.o.