Czym jest śmierć lekarza dla lekarza? Liczbą w statystykach czy osobistym przeżyciem?

Autor: Ryszard Rotaub • Źródło: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia01 listopada 2021 06:00

W Polsce z powodu koronawirusa zmarło 231 lekarzy i 185 pielęgniarek. Czy to już tak znaczna skala, żeby mówić o tym, że śmierć w środowisku medyków stała się czymś powszechnie doznawanym, zauważalnym? – zapytaliśmy prof. Krystynę de Walden-Gałuszko, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego.

Kiedy myśli się o wykonaniu zadania, nie ma czasu na rozterki i refleksje na temat umierania. Trzeba ratować życie innych Fot. Shutterstock
  • W porównaniu z liczebnością środowiska medycznego skala zgonów wśród lekarzy i pielęgniarek nie jest na tyle duża, żeby mówić o masowym wstrząsie, który wpłynąłby na codzienną działalność placówek medycznych
  • Jako środowisko najbardziej przeżywaliśmy pierwszą falę pandemii. Zresztą wszyscy byli wtedy przerażeni. Niewiele wiedzieliśmy o koronawirusie. Dominowało poczucie zagrożenie, niepewności, obawy o najbliższych - uważa prof. Krystyna de Walden-Gałuszko
  • Zespół stresu pourazowego może wystąpić wśród personelu medycznego. Tymczasem o pomocy psychologicznej zapomnieliśmy. Trzeba było ją uruchomić, kiedy fala covidu ustępowała, np. w ostatnie wakacje – wskazuje wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego

Rynek Zdrowia: - W Polsce z powodu koronawirusa zmarło 231 lekarzy i 185 pielęgniarek (dane z czerwca br.). Czy to już tak znaczna skala, żeby mówić o tym, że śmierć w środowisku medyków stała się czymś powszechnie zauważalnym, doznawanym? Czy na skutek zgonów wśród lekarzy mogło się zmienić ich postrzeganie śmierci?

Prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, psychoonkolog i psychiatra, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego: - Wiadomość o zgonie kolegi czy koleżanki z pracy zawsze robi wrażenie. Ale skala zgonów nie jest tak duża, porównując z liczebnością środowiska medycznego, żeby paraliżowała, żeby była tematem codziennych rozmów. Owszem, na Śląsku była seria zgonów wśród personelu medycznego. Wtedy dużo się o tym mówiło, szczególnie wśród pielęgniarek. One są bardziej otwarte, spontaniczne. Lekarze są bardziej zdystansowani, ostrożni w wypowiedziach.

Teraz panuje inny nastrój. Atmosfera jest taka, jak na wojnie, kiedy ludzie nastawieni są zadaniowo i nie zastanawiają się nad swoimi uczuciami i emocjami. Swoją drogą, zbytnie koncentrowanie się na sobie bywa niebezpieczne, bo łatwo można się rozkleić. Natomiast kiedy myśli się o wykonaniu zadania, nie ma czasu na rozterki i refleksje na temat umierania. Trzeba ratować życie innych ludzi.

Czytaj: O czasie pracy lekarzy ostatecznie zadecyduje pacjent. Bo on jest wyborcą

Dodatkowo chroni nas mechanizm psychologiczny, polegający na przeświadczeniu, że żyjemy pod bezpiecznym kloszem. Zilustruje to przykładem. Często pytam pacjentów z chorobą nowotworową, czy uważają swoja chorobę za poważną. Odpowiadają, że za bardzo poważną. I zadaję drugie pytanie: czy czują się bezpośrednio zagrożeni chorobą. Odpowiadają, że nie. Mamy bowiem wewnętrzne przeświadczenie, że akurat nam nic się nie stanie. Mechanizmy psychologiczne ratują nas w groźnych sytuacjach. Z drugiej strony, nadmierne przeświadczenie, że nic nam nie grozi też jest niebezpieczne - stępia naszą czujność. Właśnie teraz mamy z czymś takim do czynienia. Ludzie przestali się bać koronawirusa. Tymczasem skala zachorowań jest przerażająca.

Przeżycia z pierwszej fali pandemii pozostaną na zawsze

Jako środowisko najbardziej przeżywaliśmy pierwszą falę pandemii. Zresztą wszyscy byli wtedy przerażeni. Niewiele wiedzieliśmy o koronawirusie. Dominowało poczucie zagrożenie, niepewności, obawy o najbliższych - o rodzinę, dzieci, rodziców. Może za dużo się o tym wówczas nie mówiło, ale lekarze, którzy szli na dyżur, zabierali ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, bo liczyli się z tym, że mogą nie wrócić do domu, gdyż zostaną odizolowani, gdy się zarażą. Panowała atmosfera lęku, wyczekiwania, niepewności i poczucie braku bezpieczeństwa. Brakowało środków ochrony osobistej, kombinezonów, maseczek - wszystko było spinane na sznurek.

- A teraz?

- Jako ludzie szybko przyzwyczajamy się do nowych sytuacji, nawet tych bardzo trudnych. Teraz jest spokojniej. Lekarze mają poczucie, że potrafią się obronić, bo są zaszczepieni, mają wiedzę, jak postępować. W większości, jako personel medyczny, jesteśmy zaszczepieni.

Jak na froncie

- Czy ktoś oferuje lekarzom „z pierwszej linii frontu” pomoc psychologiczną? O ile jest ona jeszcze potrzebna, skoro mimo wzrostu liczby chorych, nie ma już tego napięcia i przerażenia charakterystycznego dla pierwszej fali pandemii?

- „Na pierwszej linii frontu” nie ma miejsca na psychologa. Ale jego pomoc jest konieczna w późniejszym okresie. Zespół stresu pourazowego nie pojawia się, kiedy trwa walka – walka z koronawirusem – ale później, do 6 miesięcy „po okresie utajenia”. Na froncie żołnierz – by pozostać przy wojskowej terminologii - nie może odreagować, ale i tak musi przerobić traumatyczne doświadczenia. Nie jest powiedziane, czy podobnego zjawiska nie będziemy obserwowali wśród naszego personelu medycznego. O pomocy psychologicznej zapomnieliśmy. Trzeba było ją uruchomić, kiedy fala covidu ustępowała, np. w ostatnie wakacje.

Teraz z lękiem myślę o młodych ludziach kończących studia medyczne, którym chce się darować odbywanie stażu podyplomowego, przygotowującego od strony praktycznej do wykonywania zawodu. Mają zostać od razu wrzuceni na głęboką wodę, na pierwszą linię frontu. Myślę z troską o ich psychicznej odporności, bo przecież nie mają doświadczenia. W szpitalach zostaną sami, bez opiekunów. Znów przegapiono odpowiedni moment, żeby ich przygotować. W czasie wakacji można było zorganizować dla nich warsztaty, żeby wiedzieli, że spotkają się z trudnymi sytuacjami, z pacjentami umierającymi.

Czytaj: Dyrektor Piskorz- Ogórek popiera pomysł likwidacji stażu dla lekarzy. "Szybciej "otrzymam" rezydenta"

W Naczelnej Izbie Lekarskiej w połowie kwietnia br. odsłonięto tablicę upamiętniającą lekarzy i lekarzy dentystów zmarłych na COVID-19. Pamiątkowa tablica jest hołdem i symbolem ich oddania oraz misji niesienia pomocy drugiemu człowiekowi.

Z szacunkowych danych Światowej Organizację Zdrowia wynika, że od stycznia 2020 roku do maja 2021 z powodu COVID-19 zmarło od 80 do 180 tys. osób pracujących w placówkach ochrony zdrowia. Dane ze 119 krajów sugerują, że średnio dwóch na pięciu pracowników ochrony zdrowia jest w pełni zaszczepionych.

Czytaj: W Polsce zmarło 231 lekarzy i 185 pielęgniarek. Wszyscy przez koronawirusa. Zgony są też wśród dentystów i farmaceutów

1 listopada. Tych wybitnych postaci związanych z ochroną zdrowia już z nami nie ma

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum