Choroby zawodowe muzyków: boli tylko wtedy, kiedy gram

Autor: Ryszard Rotaub • Źródło: Rynek Zdrowia20 czerwca 2021 05:51

Sportowcy w razie kontuzji mogą liczyć na fachową pomoc – mają medycynę sportową. Profesjonalni muzycy, których również dopadają najróżniejsze schorzenia, mogą o tym tylko pomarzyć.

Nie widzę powodów, dla których nie miałaby powstać medycyna muzyczna – przekonuje Krzysztof Majchrzak. Fot. Marcin Szpądrowski.
  • Zawodowi muzycy, podobnie jak sportowcy, cierpią na liczne choroby i kontuzje wynikające z wykonywanej pracy
  • Leczą się domowymi sposobami, zasłyszanymi od innych muzyków lub korzystają z pomocy lekarzy, którzy niewiele wiedzą o prawdziwych przyczynach ich dolegliwości
  • W przeciwieństwie do sportowców, nie mają specjalistycznej opieki medycznej; czy potrzebne jest stworzenie medycyny muzycznej, na wzór medycyny sportowej

Problemy zdrowotne wynikające z uprawianego zawodu miał Krzysztof Majchrzak. W Wikipedii można przeczytać, że jest to „jeden z najbardziej twórczych gitarzystów basowych w Europie, współtwórca formacji Weston - Majchrzak - Gembalski "Magic Hands", Labirynt, Tie Break i Sunset. Współpracował z New Jazz Band, Street Blues, Symphonic Sound Orchestra Jarosława Śmietany. Od roku 1988 mieszka i tworzy we Francji”. We Francji przeszedł też leczenie.

- Mają tam kilka klinik, które leczą muzyków. Jedna z nich jest w Lyonie. Trafiłem tam, bo nie mogłem grać. W latach 90-tych, z powodu stresu, miałem potworne napięcia mięśniowe. Mogłem grać tylko 20 minut, potem niesamowicie bolały mnie ręce. Granie koncertu to był koszmar - wspomina. Dodaje, że u gitarzystów typowe schorzenia dotyczą nadgarstków, palców, przedramienia.

- Na czym polegało leczenie?

- Przyjął mnie profesor Travers, właściciel i założyciel kliniki. To bardzo dobry pianista po konserwatorium, jednocześnie chirurg. Kazał mi się rozebrać od góry i grać na basie. Ocenił, że napięcia mięśni są u mnie pięciokrotnie za duże, że źle wykorzystuje swoje możliwości. Powiedział: „pan naciska gryf basu, jakby chciał pan soki wycisnąć. To niepotrzebne. Mięśnie się męczą. Trzeba płynąć po gryfie”. Dr Traevrs skierował mnie do Dfminique Duliege, który w Loynie założył filie Instytutu Eutoni Gerdy Alexander – opowiada nam muzyk i wyjaśnia, że eutonia to optymalny stan napięcia mięśniowego.

Muzyku, wyluzuj

- Kuracja trwała 3 miesiące. Dominique Duliege uczył mnie jak dotykać instrument, używając minimum siły, bez wywoływania dodatkowych napięć. Jak wykorzystywać tylko potrzebne grupy mięśni do wykonania danego ruchu. Dzięki niemu uniknąłem poważnej operacji chirurgicznej, która mogła skończyć się tym, że już nigdy nie mógłbym grać. Później przez 7 lat uczęszczałem na seanse sofrlogii, mam nawet teraz uprawnienia do jej nauczania.

- Sofrologia. Co to takiego?

- To inaczej relaksacja dynamiczna. Korzenie tych technik tkwią w kulturze Dalekiego Wschodu. Ucząc gry na instrumencie, uczę jednocześnie wykorzystywania oddechu i optymalnego gospodarowania napięciami mięśniowymi, gdyż są one związane z prawidłowym oddychaniem. Tak więc część lekcji przeznaczałem na zajęcia nie związane stricte z nauką instrumentu. Takie podejście daje niesamowite rezultaty. W Polsce, jak i na Zachodzie nikt nie zwracał uwagi na rozluźnienie mięśni. Dominowało przekonanie, że palce powinny być spięte. Tymczasem kiedy są spięte, pojawia się napięcie ogólnomięśniowe – twierdzi Majchrzak.

Muzyk zauważa, że z tych samych technik korzystają najlepsi sportowcy, m.in. Robert Lewandowski, który – jego zdaniem - bardzo dobrze pracuje nad ciałem. - Ma 33 lata, a gra coraz lepiej. Przykładem sportowca, który zrozumiał znaczenie elastyczności mięśni i ścięgien jest też Jonathan Edwards, doskonały brytyjski trójskoczek, który pobił wszystkie światowe rekordy, i co znamienne - skakał zupełnie wyluzowany.

- Sportowcy mają medycynę sportową. Nie widzę powodów, dla których nie miałaby powstać medycyna muzyczna – przekonuje Krzysztof Majchrzak.

Muzyk i sportowiec to wyczynowcy

Porównywanie zawodowych muzyków do wyczynowych sportowców jest uprawnione. Wystarczy sięgnąć do fachowej literatury, żeby dowiedzieć się, jak wysoko mają ustawioną poprzeczkę wymagań i na co są narażeni.

„W słynnym „Bolerze” Ravela jednostajny rytm wybijany na werblu wymaga od perkusisty ogromnego skupienia i dokładności (…) W 14-minutowym utworze pałeczki uderzają w membranę 5144 razy! V symfonia Mahlera w samych partiach wiolonczel zawiera 940 taktów zapisanych ósemkami. Skrzypce mają ich jeszcze więcej. W czwartej części utworu daje to w sumie aż 6400 ruchów lewej ręki. W poemacie symfonicznym „Oceanidy” Sibeliusa partia smyczków wymaga 589 ruchów smyczkiem w zaledwie 22 taktach. „Taniec ziemi” ze „Święta wiosny” Strawińskiego to natomiast 360 nut, które orkiestra musi zagrać w około 36 sekund” (Maciej Łukasz Gołębiowski, Źródło: HFiM 06/2013).

Medycyna muzyczna?

Prof. Jarosław Fedorowski, specjalista chorób wewnętrznych i kardiologii , sceptyczne podchodzi do pomysłu medycyny muzycznej. Jako osoba muzykująca (w amatorskim zespole Kardioband jest perkusistą, a także gitarzystą ), bez namysłu wymienia długą listę schorzeń, które dotykają instrumentalistów.

Najbardziej narażone są narządy słuchu i ruchu. Gitarzyści mają problemy z nadgarstkami, dłońmi, łokciami, a perkusiści skarżą się na kłopoty stawami barkowymi. U skrzypków mamy z kolei do czynienia z nienaturalną pozycją głowy podczas gry - cierpi ich kręgosłup szyjny. U osób, które grają na instrumentach dętych może pojawić się rozedma płuc. U pianistów jest niebezpieczeństwo wystąpienia choroby zwyrodnieniowej dłoni czy zespół ciśnienia nadgarstka - wylicza.

Podkreśla, że nie są schorzenia, których nie można leczyć w sposób interdyscyplinarny.

Zwraca uwagę, że jeśli nawet uznać je za typowe choroby zawodowe, to cierpią na nie także przedstawicieli innych profesji, zupełnie nie związanych z muzykowaniem. - Ostrożnie podchodzę do tego, żeby tworzyć np. specjalistyczne kliniki dla muzyków. Mamy wielu lekarzy, którzy są muzykami, oni byliby w stanie zaoferować odpowiednią interdyscyplinarną opiekę – uważa.

- Owszem, przy dużych orkiestrach dobrze by było, gdyby był lekarz medycyny pracy lub lekarz rodzinny. Mógłby stosować odpowiednią profilaktykę – dodaje Fedorowski.

Bolesne akordy

Historia muzyki zna wiele przykładów chorób nieodłącznie związanych z uprawianiem zawodu muzyka. Mówi się np. o tzw. kurczu muzyków, z którym zmagał się w XIX w. Robert Schumann. ,,Potykam się jednym palcem o drugi. Sprawia mi to ogromny ból" – skarżył się kompozytor.

Odwoływano wiele koncertów z powodu zapalenia kciuka u pianistów czy utraty głosu u słynnych tenorów. Z kolei przekleństwem trębaczy są poranione wargi. Ciekawą historię Freddiego Hubbarda, jednego z największych trębaczy jazzowych ostatniego półwiecza, opisał swego czasu w Jazz Forum Paweł Brodowski.

Hubbard zlekceważył z pozoru drobne zdarzenie, kiedy to podczas koncertu w Filadelfii pękła mu górna warga. Grał w najlepsze jeszcze przez tydzień w jednym z nowojorskich klubów, a następnie poleciał do Europy na występy z big bandem (w roku 1979 po raz pierwszy wystąpił w Polsce, na Jazz Jamboree). Tymczasem wkradła się rozległa infekcja, z której nigdy się nie wyleczył. Na wardze miał pęcherze i blizny.

Najciekawsze jest jednak jego podejście do poranionych ust. Hubbard był przekonany, że tak ma być, że blizny na ustach to koszty własne, które trzeba ponieść, gdy jest się zawodowym instrumentalistą.

„Wszyscy mówili, że gram zbyt mocno” – przyznał Freddie w jednym z wywiadów. „Ale przecież wielu starszych trębaczy ma blizny, więc sądziłem, że to naturalne, jeśli grasz jazz. Widzieliście blizny Armstronga? To był po prostu krater! Miles mówił mi, że gram za mocno i zbyt długo, że powinienem rozgrzewać się przed koncertem. Miles rozgrzewał się przez godzinę, żeby uzyskać właściwe zadęcie, a potem miał dźwięk czysty i klarowny” – wspominał Freddie

Na koniec powiedział coś niezwykle ważnego:

Ostrzegam młodych muzyków, nie róbcie tego błędu co ja, nie lekceważcie zdrowia, dbajcie o siebie, uważajcie. To ostatnie przesłanie, jakie pozostawił ku przestrodze jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych trębaczy ostatnich 50 lat.

Hubbard zmarł 28 grudnia 2008 r. w wieku 70 lat z powodu powikłań po zawale mięśnia sercowego.

Mówienie o medycynie adresowanej do muzyków w czasie, kiedy ochrona zdrowia łapie oddech po trzeciej fali pandemii, to nie najlepszy moment, niewielu przekona. Pamiętajmy chociaż o poświęceniu muzyków i ryzyku, jakie biorą na siebie, żebyśmy mogli odczuwać radość ze słuchania muzyki.

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum