Angielski pacjent: co polski lekarz powinien o nim wiedzieć?

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 03 lipca 2015 06:20

Obecnie na Wyspach Brytyjskich pracuje ok. 2,3 tys. polskich lekarzy. W kraju nie ma chyba specjalisty, który choć raz nie myślałby, żeby do nich dołączyć i zarabiać w funtach. W bilansie plusów i minusów pracy w Wielkiej Brytanii nie uwzględniają jednak barier kulturowych i mentalnych w relacjach z pacjentem, którego przyjdzie im leczyć.

Angielski pacjent: co polski lekarz powinien o nim wiedzieć?
Fot. Archiwum RZ

Pacjenci są różni. Polscy bez większych zahamowań opowiadają o dolegliwościach (z wyjątkiem zazwyczaj zamkniętych w sobie pacjentów onkologicznych). Przesiadując w poczekalniach mają gwarancję systemu, że na pogaduchy o zdrowiu i niedomogach ochrony zdrowia będą mieli dużo czasu. Gdy już wejdą do gabinetu, lekarz musi wyłowić z ich słowotoku to, co istotne i tak formułować pytania, żeby błyskawicznie zorientować, co może być przyczyną choroby. Czas go goni, do dyspozycji ma zazwyczaj kilkanaście minut.

W Wlk. Brytanii lekarz rodzinny czasu ma niewiele więcej. Dysponuje jednak personelem pomocniczym. Towarzyszy mu np. pielęgniarka, która zbiera informacje o pacjencie i jest w stanie zadzwonić nawet do apteki, żeby upewnić się, czy na pewno wykupił zaordynowane leki. Recepty są elektroniczne. Lekarze nie muszą znać nawet kodów ICD (Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych), muszą za to szybko postawić diagnozę. Per saldo bardziej efektywnie wykorzystują czas, mają go więcej dla pacjenta.

Ale to tylko różnice w organizacji pracy. Są ważniejsze. Jeśli polski lekarz chciałby bazować na polskich doświadczeniach przy leczeniu Anglika - przepadnie. To zupełnie inni ludzie.

W dokumentach zaskoczeń nie ma
Lektura oficjalnych dokumentów General Medical Council (odpowiednik naszej NRL, decyduje o wpisaniu na listę lekarzy dopuszczonych do praktykowania zawodu) nie pomoże zrozumieć angielskiego pacjenta.

GMC w przewodniku dla lekarzy z kwietnia 2013 r. wyjaśnia, w jaki sposób tworzyć partnerskie relacje z chorym. Mowa jest o tym, że trzeba go wysłuchać, uwzględnić poprzedni i obecny stan zdrowia, jak również styl życia i przekonania. ”Ważne jest, aby pacjent był z lekarzem jak najszczerszy i otwarty wobec niego. Przed wizytą warto zanotować kilka informacji i wziąć kartkę ze sobą, aby nie pominąć niczego ważnego, co pomoże lekarzowi zrozumieć stan pacjenta” - doradza GMC.

O znaczeniu, jakie nadaje się dobrym relacjom z pacjentami świadczy zalecenie poddania się przez lekarza corocznej procedurze oceny, ”która ma na celu przegląd i analizę jego pracy oraz identyfikację obszarów wymagających poprawy i rozwinięcia. Nie rzadziej niż co pięć lat lekarz musi uzyskać oficjalne informacje zwrotne i opinie od swoich pacjentów. Mogą mu w tym pomóc poprzez uczciwe, rzetelne wypełnienie kwestionariuszy i ankiet”.

Niby wszystko OK. Takie podejście do chorego powinno obowiązywać w każdym cywilizowanym kraju w XXI wieku. Jest jednak jedno ”ale”, jeśli o Anglików chodzi.

”Właściwie to radziłabym lekarzom zapomnieć o tych wszystkich modnych teraz szkoleniach pod hasłem ”bliżej pacjenta”, gdzie mówi się, żeby siadali blisko chorego, nie odgradzając się od niego biurkiem, pochylali się w jego kierunku, utrzymywali kontakt wzrokowy i tak dalej - czyli robili wszystko to, co skłania przeciętnego Anglika, by skutecznie i na amen zamknąć się w sobie” - twierdzi Angielka Kate Fox, antropolog społeczny, zastępca dyrektora Centrum Badań Społecznych w Oksfordzie.

Jej zdaniem blokady przed bezpośrednimi kontaktami twarzą w twarz mogą mieć uniwersalny charakter, bo przecież - jak zauważa - ”nie bez powodu księża katoliccy od dawna są świadomi, że parawan sprzyja większej otwartości przy spowiedzi, a i wykorzystanie kozetki przez psychoanalityków, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego z pacjentem, nie może być przypadkiem”.

To ciekawe spostrzeżenia w kontekście zalewu ofert proponujących szkolenia personelu medycznego na temat, jak być bliżej pacjenta.

Oni są jednak inni
Ale wróćmy do angielskości, na temat której Fox napisała opasłe tomisko (”Przejrzeć Anglików”, Muza SA, Warszawa 2014). Omówiła zahamowania Anglików w relacjach międzyludzkich, zaś lekarski wątek zakończyła uwagą opartą na wypowiedziach tamtejszych lekarzy, że większość pacjentów o tym, co im naprawdę dolega, mówi dopiero, gdy już ma wychodzić z gabinetu, gdy odwróceni są do nich plecami i z dłonią na klamce.

Pewne jest, że bez znajomości społecznych kodów, specyficznych norm zachowania, mentalności, polskiemu lekarzowi trudno będzie leczyć Anglika. Nie wystarczy opanowanie sztuki lekarskiej i języka.

Nasi lekarze i na to znaleźli sposób. Co prawda większość pracuje w publicznych szpitalach i przychodniach należących do Brytyjczyków, tym niemniej powstaje coraz więcej klinik prowadzonych przez Polaków. Jakiś czas temu The Economist, Daily Telegraph i Daily Mail wychwalały polskich lekarzy. The Economist napisał nawet, że ”spośród wszystkiego, co przenieśli do nas Polacy, najbardziej intryguje i daje Brytyjczykom do myślenia opieka medyczna”.

Co tak ich intryguje i daje do myślenia? Oczywiście ceny i szybki dostęp do specjalistów. Np. wizyta u ginekologa w polskiej przychodni kosztuje ok. 70-100 funtów, w angielskiej klinice - 250-270.

Gdy przychodzi do płacenia różnice w mentalności schodzą na dalszy plan.

- Ale one rzeczywiście istnieją - przyznaje prof. Jarosław Fedorowski, zarejestrowany w Wielkiej Brytanii specjalista, który pracował jako konsultant (odpowiednik ordynatora) w 8 placówkach. Były konsultantem kardiologii m.in. w Manor Hospital, Walsall, Mayday University Hospital w Londynie, Queen Elizabeth II Hospital w Welwyn Garden City.

- Typowy angielski dżentelmen nie jest wylewny, ani skłonny do opowiadania o dolegliwościach, nie chce się też skarżyć na ból - dzieli się obserwacjami Jarosław Fedorowski. Zwraca uwagę, że są to jednak pacjenci, którzy bardzo dobrze znają swoje choroby i potrafią wyrecytować nawet nazwy chemiczne leków, które zażywają.

Dyscyplina i internet
- W innych krajach ludzie chętniej opowiadają o chorobach, ale nie pamiętają, co zażywają, o ile w ogóle przyjmują zapisane leki. Anglik przeciwnie. Jest świadomy swojej choroby i zdyscyplinowany, jeśli chodzi przestrzegania zalecań lekarza, na co zwróciłem szczególną uwagę, bo zawodowo interesuje mnie farmakoterapia - dodaje.

Kolejna różnica to brak przepaści związanej z miejscem w strukturze społecznej między zwykłym pacjentem a największą nawet sławą medyczną. Inny jest też stosunek lekarzy i pacjentów do internetu.

W Polsce zdumienie wywołała informacja z lutego tego roku, że brytyjski minister zdrowia Jeremy Hunt oznajmił, że sposobem na odciążenie lekarzy i pielęgniarek jest przekonanie pacjentów, aby diagnozowali się sami, na podstawie wytycznych zamieszczonych na stronie internetowej. Żeby usprawnić służbę zdrowia, zapowiedział uruchomienie specjalnej strony, na której pacjenci znajdą listę symptomów, rozpoznanie których pozwoli im ocenić, czy ich stan wymaga niezwłocznego udania się na izbę przyjęć, czy mogą poczekać na wizytę u lekarza pierwszego kontaktu.

- Korzystanie z internetu i powoływanie się przez pacjenta na informacje z tego źródła jest na porządku dziennym. Lekarze przyzwyczajeni są do tego. Wymieniają się nawet z pacjentami informacjami źródłowymi, przysyłają im artykuły na dany temat, co w Polsce byłoby nie do pomyślenia Co więcej, dyrektorzy medyczni szpitali twitują z pacjentami, wymieniają z nimi wiadomości na temat choroby - mówi Jarosław Fedorowski i dodaje, że podobnie jest w Stanach Zjednoczonych.

- W Polsce nie jest mile widziane, gdy pacjent przychodzi z własną diagnozą z internetu. Z kolei za coś kompromitującego uznaję się, gdy lekarz w czasie wizyty pacjenta sprawdza coś lub szuka czegoś w tablecie - opowiada i zauważa: - Nam się ciągle wydaje, że lekarz powinien mieć wszystko w głowie.

Nasz rozmówca podkreśla, że społeczeństwo Wlk. Brytanii jest bardzo zróżnicowane kulturowo. Polski lekarz powinien przede wszystkim być otwarty i wrażliwy na różne kultury.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum