Szybka diagnoza SM kluczem do sukcesu terapeutycznego – czeskie doświadczenia

Autor: Katarzyna Mieczkowska • Źródło: Rynek Zdrowia07 października 2021 12:30

Przyspieszenie ścieżki diagnostycznej i niezwłoczne włączenie leczenia – to kluczowe potrzeby dostrzegane w postępowaniu przy stwardnieniu rozsianym w Polsce. Tylko szybka diagnoza i terapia mogą zahamować postęp choroby i utrzymać pacjentów w sprawności przez długie lata. W Czechach ten schemat funkcjonuje z powodzeniem od wielu lat, o czym podczas briefingu opowiedziała prof. Dana Horáková z Uniwersytetu Karola w Pradze, przewodnicząca Komitetu Immunologicznego Czeskiego Towarzystwa Neurologicznego.

W Polsce diagnostyka i rozpoczęcie leczenia stwardnienia rozsianego zajmuje nawet dwa lata. Fot. Shutterstock

Stwardnienie rozsiane – kiedy liczy się czas

Stwardnienie rozsiane to podstępna choroba, która, aby można było ją okiełznać, musi zostać szybko zdiagnozowana. Równie szybko należy wprowadzić odpowiednią terapię, która jest czynnikiem decydującym, jeśli chodzi o zapewnienie sprawności pacjentowi i poprawę jakości jego życia. Niestety, w Polsce wciąż diagnostyka, a wraz z nią rozpoczęcie leczenia, zajmuje nawet dwa lata.

Eksperci wytrwale pracują nad wdrożeniem usprawnień systemowych: optymalizacji ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej stwardnienia rozsianego. Tylko takie zmiany pozwolą znacząco skrócić czas od wystąpienia początkowych objawów do postawienia diagnozy i rozpoczęcia leczenia. W ocenie polskich naukowców osiągalnym w naszym kraju standardem powinno być zdiagnozowanie pacjenta i rozpoczęcie leczenia w ciągu czterech miesięcy od wystąpienia pierwszych objawów.

Istnieją jednak ujednolicone rekomendacje międzynarodowe w tym zakresie: konsensus Hobarta, którego współautorką jest prof. Dana Horáková. Zgodnie z obecną wiedzą, maksymalny czas od wystąpienia pierwszych objawów SM do postawienia diagnozy przez neurologa to dwa miesiące. Z kolei od potwierdzenia choroby do wdrożenia leczenia mogą minąć maksymalnie cztery tygodnie.

Przykład południowych sąsiadów wzorem leczenia stwardnienia rozsianego

Horáková jest neurologiem klinicznym, od 25 lat specjalizuje się w leczeniu stwardnienia rozsianego i pracuje w największym ośrodku w Czechach w klinice prof. Evy Havrdowej.

- Od 1996 roku rozpoczęliśmy leczenie stwardnienia rozsianego. Następnie na terenie Czech zostały zorganizowane specjalistyczne ośrodki z pomocą kas chorych - poinformowała Horáková.

Pozostałe leki - interferony i glatiramer - pojawiły się później i były skuteczne u zaledwie 30-40 proc. pacjentów, jednak klinicyści w tamtym czasie nie mogli zaproponować czegoś lepszego. Wraz z pojawieniem się pierwszych przeciwciał monoklonalnych w 2008 roku możliwe było osiągnięcie znakomitej poprawy: zmieniał się przebieg choroby, a następnie pojawiło się więcej opcji terapeutycznych. W ocenie Horakovej zmieniło się życie wielu pacjentów i, chociaż niektóre z tych leków są bardzo skuteczne, występują problemy związane z bezpieczeństwem terapii, a pacjenci wymagają stałego monitorowania.

W latach 90. w Czechach powstawały ośrodki specjalistyczne - łącznie jest ich 15 - opiekujące się pacjentami z SM. Częstość występowania stwardnienia rozsianego w tym kraju szacuje się na 200 przypadków na 100 tys. osób (W Polsce liczba ta wynosi 115/100 tys.), a  leczonych biologicznie w specjalistycznych ośrodkach jest 20 tys. pacjentów ze stwardnieniem rozsianym.

- Mamy podobną historię: jesteśmy krajami postkomunistycznymi; w Polsce i w Czechach musimy walczyć o to, by refundowano różnego rodzaju terapie - podkreśliła Horáková. - Jeśli mamy przekonać płatników, że leczenie jest efektywne kosztowo, musimy dysponować danymi, które to udowodnią, a także przekazać społeczeństwu informację, że to leczenie ma sens. Choroba, o której mówimy, nie jest podatna na środki zapobiegawcze - w związku z tym ci, którzy mają zachorować - zachorują - dodała, uzupełniając, że choroba często rozpoczyna się w wieku ok. 30 lat, kiedy chorzy mają jeszcze przynajmniej drugie tyle życia przed sobą.

- Jeżeli nie będą leczeni, wystąpi u nich inwalidztwo - a inwalidztwo kosztuje. W związku z tym leczenie tych osób może zmienić cały przebieg życia - zaznaczyła prof. Dana Horáková.

Dostęp do informacji kluczem do poprawy jakości leczenia

Czeskie Towarzystwo Neurologiczne przez pewien czas prowadziło wewnętrzne dyskusje na temat zapotrzebowania na twarde dane. W 2013 roku uruchomiony został rejestr przygotowany przez organizację naukową we współpracy z organizacją pozarządową - fundacją IMPULS. Krok po kroku zostały włączone wszystkie ośrodki, które w tej chwili raportują na bieżąco w sposób prospektywny. W grudniu 2020 r. dokonano ostatniego eksportu bazy danych z tego rejestru.. Jak podała Horáková, niemal wszyscy pacjenci, których można zarejestrować, są zarejestrowani.

Prowadzenie bazy danych tego typu to stała praca, dlatego szpitale, które przekazują niezbędne dane, otrzymują pieniądze stanowiące podstawę do wynagrodzenia osób, które prowadzą pracę administracyjną przy bazie danych. - Zestaw tych danych to bardzo silne narzędzie: po pierwsze wiemy, ilu mamy pacjentów, wiemy, jaki jest poziom ich niepełnosprawności, wiemy, jak są leczeni, mamy również na przykład rejestr ciąż, dowiadujemy się, jakie są zdarzenia niepożądane. Kwestia monitorowania bezpieczeństwa danej terapii jest również możliwa. Wszystkie te dane są dostępne dla naszej specjalistycznej organizacji zawodowej i posługujemy się nimi, żeby negocjować z regulatorem. Dla regulatora dane są wiarygodne. Stanowią one również źródło badań naukowych - wskazała Horáková.

Specjalistka podkreśliła, że trudno prowadzić randomizowane badanie kontrolowane przez 30 lat, a baza danych z rejestru pozwala monitorować pacjenta przez 30 lat. - Są to informacje z realnego świata, czyli z warunków nie wyizolowanych, jakie są w badaniu randomizowanym. Ponadto, jeżeli pojawia się nowy lek, jesteśmy w stanie wykazać wpływ na wskaźnik kosztów i korzyści leczenia dla płatnika. Jak wspomniałam wcześniej, Ministerstwo zdrowia również korzysta z tych danych, które im udostępniamy, a zatem mamy informacje nie tylko naukowe, ale też dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa - dodała.

- Dawniej nie dysponowaliśmy danymi i wiedzieliśmy, że to musimy nadgonić, bo kiedyś, kiedy siadaliśmy do stołu negocjacyjnego, nie mogliśmy niczego przedstawić tytułem argumentu, więc w tej chwili nasze negocjacje wyglądają zupełnie inaczej. Oprócz tego ważne jest to, że 70 proc. naszych pacjentów ma zatrudnienie, a te dane również są krytyczne - poinformowała Horáková.

- Współpracujemy również z ekspertami z międzynarodowych rejestrów  stwardnienia rozsianego.

Ośrodki specjalistyczne nie tylko z nazwy

Horáková podkreśliła, że „krytycznie ważne jest posiadanie ośrodków specjalistycznych”, które „muszą być specjalistyczne nie tylko z nazwy”.

- One również muszą być kompetentne, to znaczy muszą mieć odpowiednią kadrę lekarską, pielęgniarską; terapeuci, fizjoterapeuci muszą być na miejscu: tacy, którzy znają się na swojej pracy – podkreśliła. - Takie ośrodki mogą szybciej pomóc pacjentowi. Sytuacja w Czechach jest dobra pod tym kątem – zaznaczyła, dodając, że około 15 ośrodków jest wystarczającą liczbą na tę populację.

- Nasze ministerstwo zdrowia wyraziło zgodę na stworzenie systemu tych ośrodków – poinformowała profesor, a leczenie biologiczne jest refundowane, choć odbywa się w oparciu o dość wymagające i sztywne reguły. W ocenie Horákovej są to reguły o wiele bardziej sztywne i wymagające niż we Francji, Szwecji czy Szwajcarii.

- Dlatego wciąż walczymy i można powiedzieć, że zawsze jesteśmy w trakcie jakiejś walki o poprawę sytuacji chorych na SM. Dysponujemy na szczęście danymi. Dane są dowodem, który jest nam potrzebny: mamy za sobą wiele negocjacji, które będą wciąż trwały. Negocjujemy i z regulatorem, i z płatnikiem. Nie osiągnęliśmy takiego stanu, jaki mają bogatsze i lepsze kraje, ale to się wciąż poprawia – przyznała profesor. - Rejestr jest jednym z narzędzi, które nam w tym pomagają.

W ocenie Horákovej opieka nad chorymi na stwardnienie rozsiane musi być scentralizowana, ponieważ samo jej świadczenie jest złożone i trudne. - Mamy bardzo wiele codziennych trosk i zmartwień, wciąż mamy niedostatki kadrowe, brakuje nam odpowiednio wyszkolonego personelu i pieniędzy – przyznała profesor. - To jest niekończąca się historia.

Nie ma możliwości wyleczenia tej choroby, ale przynajmniej jest leczenie, które zmienia przebieg choroby – zaznaczyła prof. Horáková.

Jednak leczenie to nie wszystko, bo pacjenta trzeba monitorować, a to dość złożony proces. Jak powiedziała profesor, nie wystarczy przyjąć pacjenta na wizycie co trzy miesiące: wymagana jest ocena stanu pacjenta – również ilościowa – i wykonanie rezonansu magnetycznego. To z kolei niesie konieczność nieustannego szkolenia personelu i prowadzenia badań, również bezpośrednio nad pacjentami, ponieważ nie wszyscy odpowiadają na istniejące metody leczenia.

Na podstawie własnego doświadczenia prof. Horáková oceniła ponadto, że Polska, jako kraj czterokrotnie większy od Czech, powinna mieć 60, a może nawet 80 ośrodków specjalistycznych. – Potrzebna jest koncentracja bardziej wyspecjalizowanych neurologów (…). Wystarczy wykonać wysiłek na rzecz dobrej organizacji i w Polsce też może się to ziścić – zaznaczyła, dodając, że czescy specjaliści są gotowi do tego, by dzielić się własnymi doświadczeniami. Potrzebni w tym celu są przede wszystkim ludzie, którzy wierzą w możliwość zmiany.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum