Prof. Sławek: uchroniliśmy pacjentów z SM w czasie pandemii. Czas na uproszczenie programów lekowych

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 30 maja 2020 07:39

Ekspert, kierujący Oddziałem Neurologicznym i Udarowym Szpitala św. Wojciecha - Copernicus w Gdańsku oraz prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego  z okazji obchodzonego 30 maja Światowego Dnia Stwardnienia Rozsianego (SM) wyjaśnia, że lekarze i pacjenci oczekują, iż chorzy z SM w Polsce będą zaopatrzeni w taki sam sposób jak chorujący w innych krajach.

Chorzy z SM byli w grupie ryzyka ciężkiego przebiegu Covid-19
Jak tłumaczy prof. Sławek na początku epidemii Covid-19 neurolodzy obawiali się, że niektóre leki, które przyjmują chorzy na SM stanowią dla nich pewne zagrożenie. Były to farmaceutyki, które znacznie obniżają odporność. Z czasem jednak, kiedy pojawiły się nowe informacje, okazało się, że te obawy są nieco na wyrost. Liczne obserwacje pokazały np. że interferony beta mogą mieć nawet działanie ochronne przed rozwojem ciężkiej infekcji Covid-19 i burzy cytokinowej, która doprowadzała chorych do śmierci.

- Dziś mamy już w bazach danych chorych na SM, którzy przeszli zakażenie koronawirusem. Z analizy tych danych wynika, że nasi pacjenci nie chorują inaczej niż populacja zdrowa. Nie zaobserwowano też u nich ciężkich przebiegów Covid-19. Jednak w tym pierwszych okresie PTN sekcja SM  wydała wstępne zalecenia, żeby postępować ostrożnie szczególnie z chorymi na terapiach immunologicznych. Postulowaliśmy też, aby chorzy z SM przestrzegali zasad izolacji - wyjaśnia prof. Sławek.

To zrodziło następny problem jakim był odbiór kolejnych dawek leków. - W Polsce programy lekowe są tak skonstruowane, że chorzy przychodzą do poradni przyszpitalnej w wyznaczonym terminie po leki i osobiście kwitują ich odbiór. Na szczęście dzięki sprawnej współpracy z MZ i NFZ udało się zmienić zapisy w programach lekowych. Płatnik pozwolił, aby po lek w czasie pandemii mogła przyjść np. osoba upoważniona przez chorego. Lekarz może też wysłać lek choremu do domu. Kolejną zmianą było umożliwienie wydawanie leków na dłuższy okres niż to było wcześniej - zaznacza ekspert.

Dodał, że dzięki szybkim reakcjom poradziliśmy sobie z tym problemem organizacyjnym w czasie epidemii i nie naraziliśmy chorych na ewentualne zakażenie Covid-19. - Nie znam w Polsce, poza pojedynczymi osobami z SM, które się zaraziły koronawirusem, żadnego przypadku ciężkiego przebiegu Covid-19 w tej grupie chorych - wyjaśnia.

Problemów było więcej
Wskazuje jednak na inny problem, który w tym czasie bardzo wyraźnie dał się chorym we znaki. Jak tłumaczy, na początku epidemii we wszystkich szpitalach wstrzymano planowe przyjęcia. Ponieważ większość chorych z tej grupy jest przyjmowana w trybie planowym, to pacjenci noworozpoznani, czekający na wdrożenie do programów lekowych, zostali pozostawieni w oczekiwaniu "na lepszy czas".

- Problemem też stało się leczenie rzutów. W tym wypadku chorzy byli przyjmowani do szpitala w trybie nagłym, gdyż każdy rzut trzeba doraźnie leczyć dużymi dawkami sterydów.  Jednak później nie można ich było kierować do poradni, bo te działały tylko w formie teleporady. Dodatkowo, jak już mówiłem, obawialiśmy się włączać chorych do leczenia najsilniejszymi lekami. Nie wiedzieliśmy też, jak ta epidemia będzie przebiegać i czy chorych z Covid-19 nie będzie bardzo dużo - mówi ekspert.

Podkreśla też, że dziś neurolodzy mają już w bazie PubMed 34 publikacje na temat Covid-19 i SM, które wskazują, że w tej grupie chorych nie należy opóźniać włączania terapii, nawet jeśli wymagają oni bardziej aktywnych farmaceutyków. 

- W przypadku SM nie mieliśmy do czynienia z niezgłaszaniem się chorych do szpitali w czasie zaostrzeń. Nasi pacjenci są bardzo świadomi i kiedy pojawiał się rzut, to mimo epidemii przyjeżdżali do szpitala i byli przyjmowani. Niestety na początku wdrożenie terapii utrudniał też dość długi, kilkudniowy nawet czas oczekiwania na testy w kierunku koronawirusa. Dotyczyło to chorych z grup ryzyka, tzn. z kwarantanny czy z objawami infekcji. W tym wypadku nie mogliśmy od razu wdrażać leczenia sterydami, dopóki nie wiedzieliśmy, czy pacjent jest zdrowy, czy zakażony - podkreśla.

Wyjaśnia, że w przypadku SM jest to bardzo ważne, gdyż w okresie sterydoterapii występuje większa podatność na zakażenia. Z drugiej strony odwlekanie decyzji o podaniu sterydów groziło przedłużaniem się stanu niesprawności pacjenta.

- To był i jest nadal duży dylemat. Niektóre szpitale, np. amerykańskie, wydawały zalecenia, zgodnie z którymi chorzy po niezbyt silnym rzucie zgłaszali się do poradni, gdzie otrzymywali sterydy w dużych dawkach doustnych do leczenia w domu, tak aby nie narażać ich na kontakt ze środowiskiem szpitalnym. Niestety w Polsce nie było to możliwe, gdyż rzuty u nas zwyczajowo leczy się w szpitalu. Poza tym nie mamy tabletek zawierających duże dawki sterydów, dlatego musielibyśmy dawać pacjentowi kilkadziesiąt drażetek, co mogłoby stanowić dla chorego barierę psychologiczną - zaznacza.

Wskazuje też, że problem testowania nie został rozwiązany do dnia dzisiejszego. Jeśli pacjent ma być przyjęty planowo, to po pobraniu wymazu na obecność koronawirusa nadal czeka w niektórych szpitalach dobę - dwie na wynik.

Trzeba uwolnić porady ambulatoryjne
Obecnie neurolodzy czekają na uwolnienie procedur ambulatoryjnych w formie bezpośredniej. - Dziś możemy konsultować pacjentów zdalnie. Takie rozwiązanie sprawdza się w wypadku chorych już leczonych. Niestety, chorzy którzy przychodzą po raz pierwszy do kwalifikacji do leczenia, muszą zostać zbadani. Dlatego oczekujemy na jasny komunikat z resortu o uwolnieniu tych procedur - podkreśla. Na razie dzieje się to lokalnie, poprzez decyzje poszczególnych szpitali.

Wyjaśnia też, że z poradami ambulatoryjnymi wiąże się większe ryzyko zakażenia koronawirusem przez pacjentów. Aby je zminimalizować należy zachować pewien rygor sanitarny, tzn. przyjmować pacjentów w odstępach czasowych, tak aby nie mieli ze sobą kontaktu.

Niestety, w warunkach polskich jest to trudne, ponieważ w poradniach specjalistycznych nie ma poczekalni, które pozwalałyby zachować wspomniane wymogi odległości. Zawsze były one przepełnione. Dla przykładu, jeśli neurolog szwedzki przyjmował przed pandemią jednego pacjenta na godzinę, bo takie ma standardy, to on może nadal przyjmować taką samą liczbę chorych. U nas przyjmuje się 20-30 pacjentów w ciągu dnia. W obecnej sytuacji musimy zmniejszyć ilość pacjentów, aby spełnić zasady izolacji. Dlatego chcemy wiedzieć, jak to ma wyglądać w praktyce i jak to będzie rozliczane - zaznacza ekspert. Z tego też powodu powinno to być regulowane według zasad określonych przez MZ i NFZ.

Podkreśla też, że równie ważny jest aspekt finansowy, ponieważ szpitale mają kontrakty na programy lekowe, hospitalizacje i porady ambulatoryjne. Tymczasem w ciągu 2-3 miesięcy epidemii liczba pacjentów przyjmowanych na oddziałach zmniejszyła się o 25-50 proc., a w ambulatoriach spadła prawie do zera. - Działające teleporady są wycenione bardzo nisko, więc nie jesteśmy w stanie wyrobić kontraktu, a wycena ani sposób realizacji kontraktów w czasie pandemii nie uległy zmianie. Te straty są jednak trudne do odrobienia, ilość kadry i czasu jakim się dysponuje w zasadzie się nie zmieniły. Do tego doszło ograniczenie pracy w kilku miejscach - wskazuje.

- Oczekujemy jasnych wytycznych również po to, aby pacjenci nie skarżyli nas, jak się zarażą, oraz szybkiego i łatwego dostępu do testów dla pacjentów przyjmowanych na oddziały i szybkiego ich wykonywania, aby ścieżka do przyjęcia planowego była krótka i "przyjazna dla chorego" - postuluje prof. Sławek.

Czekamy na uproszczenie programów lekowych, lepsze wyceny i leki
Obecnie czekamy na dostępność jedynego jak dotąd leku dla chorych z tzw. wtórnie postępującą postacią SM, dla których do tej pory nie było leczenia. - Liczymy na to, że lek ten znajdzie się na nowej liście refundacyjnej, która ma się pojawić jesienią - podkreśla.

Ekspert podkreśla, że czekamy też na obiecaną opieką koordynowaną. - Obecnie trwają prace PTN i Uczelni Łazarskiego nad raportem o stanie polskiej neurologii oraz strategią dla polskiej neurologii. W raporcie i strategii chcemy określić potrzeby, wyliczyć jakie są nasze zasoby kadrowe i sprzętowe, nakreślić modele opieki nad najważniejszymi grupami chorób, oszacować zagrożenia dla systemu wynikające ze starzenia się społeczeństw, skutki napływu nowych leków i technologii. Próbujemy się też zastanowić, jakie zachęty stworzyć, żeby zatrzymać odpływ specjalistów do sektora prywatnego. Wypracowujemy modele opieki w sześciu chorobach neurologicznych o znaczeniu społecznym, do których należy SM - wylicza prof. Sławek.

- Wprawdzie w przypadku SM już taki program opieki koordynowanej powstał i nawet otrzymał pozytywną ocenę MZ, jednak niestety z powodu zbyt niskiej wyceny nie znalazł zainteresowania wśród zarządzających placówkami medycznymi - zaznacza.

Podkreśla też, że w wypadku chorych na SM niezbędna jest krótka ścieżka dotarcia pacjenta do systemu i rozluźnienie kryteriów włączania chorych do terapii. - Obecnie w Polsce programy lekowe funkcjonują w oparciu o kryteria rozpoznania choroby sprzed 10 lat i są bardzo wyśrubowane. Tymczasem obecne kryteria rozpoznawania SM pochodzące z roku 2019 r. umożliwiły większą łatwość rozpoznania tej choroby, a co się z tym wiąże szybsze wdrażanie do programów lekowych. U nas niestety z uwagi na nieco przestarzałe zapisy wciąż jest to utrudnione. Tymczasem dziś już nikt nie wątpi, że dla chorób mózgu czas ma największe znaczenie - podsumowuje.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum