Leczenie SM w Polsce: potrzebna jest refundacja nowych leków

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 28 września 2015 14:33

Polscy specjaliści zajmujący się leczeniem chorych na stwardnienie rozsiane mają do dyspozycji ograniczony zasób leków, które mogą podawać jedynie w programach lekowych. Tymczasem dzisiaj leczenie SM jest bardziej leczeniem indywidualnym niż schematycznym - wyjaśnia prof. Adam Stępień, kierownik Kliniki Neurologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Leczenie SM w Polsce: potrzebna jest refundacja nowych leków
Prof. Adam Stępień; FOT. WIM

Rynek Zdrowia: - Stwardnienie rozsiane to choroba, która z młodych, zdrowych dotychczas ludzi, w krótkim czasie potrafi zrobić niepełnosprawne osoby. Czy potrafi pan wskazać, jakie możliwości terapeutyczne oferowane są polskim pacjentom po to, by dłużej mogli zachować sprawność?
Prof. Adam Stępień: - SM jest ciężką, postępującą chorobą o podłożu autoimmunologicznym, atakującą ośrodkowy układ nerwowy. Schorzenie to nie u wszystkich pacjentów przebiega jednakowo. Ma swoje odmienne postacie kliniczne.

U większości chorych przebiega w postaci rzutów, w czasie których dochodzi do objawów dysfunkcji ruchowych oraz remisji, czyli okresów, w których następuje stabilizacja objawów lub nawet dochodzi do ich ustępowania.

Niestety, wraz z upływem lat obserwujemy stopniowy postęp niepełnosprawności u pacjentów, który odbiera chorującym możliwość pełnej i samodzielnej egzystencji. U niektórych chorych SM może już od samego początku przebiegać bez aktywności rzutowej, systematycznie postępując.

Szacuje się, że w Polsce na SM cierpi ponad 50 tys.osób. Dzięki postępowi medycyny na rynku pojawiły się leki, które zmniejszają liczbę ognisk demielinizacyjnych w mózgu, redukują liczbę rzutów, a przez to redukują postęp niepełnosprawności. Obecnie na świecie dostępnych jest dziesięć leków dedykowanych tej grupie chorych.

Niestety, w Polsce pacjenci mają do dyspozycji jedynie niektóre z nich. Dodatkowo leki te system opieki zdrowotnej podzielił na środki dostępne w ramach terapii pierwszego i drugiego wyboru.

Z danych pochodzących z NFZ wynika, że w ubiegłym roku lekami pierwszoliniowymi leczonych było blisko 7300 chorych, a lekami drugoliniowymi - niespełna 600. To najniższy w Europie odsetek chorych na stwardnienie rozsiane poddawanych tego typu leczeniu.

- Co decyduje o tak niskiej dostępności polskich chorych do specjalistycznych terapii?
- W dużej mierze jest to wynik reglamentacji leczenia. W Polsce leczenie chorych na SM odbywa się w wyspecjalizowanych ośrodkach. Problem w tym, że nie jest ich zbyt dużo. Do tego mają nałożone limity dotyczące liczby przyjęć chorych. Stąd też czas oczekiwania na pierwszoplanową wizytę sięga do kilku lub kilkunastu miesięcy.

To stanowczo za długo. U chorych na SM leczenie powinno się rozpoczynać w momencie postawienia rozpoznania. Wiąże się to z poszczególnymi fazami choroby.

U chorych na SM w pierwszym okresie choroby dominują procesy zapalne nad procesami degeneracyjnymi. Po wielu latach sytuacja się zmienia. Zaczynają dominować procesy zwyrodnieniowe, a procesy zapalne zanikają. Niestety, kiedy pojawią się procesy zwyrodnieniowe medycyna niewiele może zdziałać.

Dlatego uznaje się, że im szybciej terapia zostanie wdrożona, tym większe z niej korzyści odniesie pacjent. W naszym kraju natychmiastowe wdrożenie leczenia praktycznie jest bardzo trudne lub wręcz nie jest możliwe. Tymczasem w wielu krajach takie postępowanie uznaje się za błąd w sztuce.

Rozumiem, że leczenie chorych na SM powinno mieć miejsce w wyspecjalizowanych ośrodkach, bowiem jest to choroba, której leczenie wymaga pewnego wyczucia i specjalistycznego nadzoru. W dużych ośrodkach można lepiej dobrać leki dla określonego pacjenta, a trzeba pamiętać, że ich działanie nie jest obojętne dla organizmu chorego. Każdy z tych leków ma swoje określone działania niepożądane. Dlatego dobór chorego do odpowiedniego leku jest pewną sztuką.

Dzisiaj jednak nie znajduje uzasadnienia w medycynie praktycznej reglamentowanie terapii poprzez programy lekowe i kolejki oczekujących. Wszystko dlatego, że postać choroby szybko ewoluuje. Są także pacjenci z bardzo aktywną postacią, którzy wymagają od początku leczenie tzw. lekami drugiego rzutu.

Ponadto u większości chorych w niedługim czasie po wejściu do programu terapii lekami pierwszoliniowymi, schorzenie zaostrza się i wymagane jest przejście na leki z drugiej linii. U nas możliwość zamiany leczenia jest bardzo ograniczona.

- Czy to, że polscy pacjenci mają zbyt mało leków do wyboru, wpływa na sposób korzystania przez nich z terapii farmakologicznych?
- Zdecydowanie tak. Leki pierwszoliniowe to interferony i octan glatilameru. Leki te są dostępne w postaci iniekcji. Taka forma podania leku jest dużym dyskomfortem dla chorych. Zmusza ich do "kłucia się" przynajmniej raz w tygodniu.

Tymczasem, nowsze, zarejestrowane w Unii Europejskiej leki nie dość, że są skuteczniejsze oraz w znacznie większym stopniu hamują postęp choroby, to mają jeszcze wygodniejszą dla pacjenta formę podania. Są bowiem przyjmowane w formie doustnej.

Dla chorego przewlekle sposób przyjmowania leków jest bardzo istotną rzeczą. Znacznie mniej pacjentów zniechęca się do leczenia przyjmując tabletkę niż wtedy, gdy muszę przyjmować leki w formie iniekcji.

Szacuje się, że w chorobach przewlekłych odsetek chorych współpracujących z lekarzem w zakresie prawidłowego przyjmowania leków sięga od 50 do 70%. Stąd wniosek, że w SM jedynie ok. 70% pacjentów regularnie przyjmuje leki i godzi się na wszelkie niedogodności związane z leczeniem. Lekarze spotykają się z tym na co dzień w swej praktyce zawodowej.

Prawie jedna trzecia chorych, którzy mają zaproponowaną terapię, albo rezygnuje z leczenia już od samego początku, albo odstępuje od leczenia po pewnym okresie przyjmowania leków. Trzeba pamiętać, że dzisiaj leczenie pacjenta chorego na SM jest leczeniem indywidualnym, a nie schematycznym. Tymczasem polscy lekarze są wciąż zobligowani do posługiwania się schematami, co obniża compliance.

- Mimo oczekiwań pacjentów i środowiska lekarskiego, na wrześniowej liście refundacyjnej nie znalazł się żaden nowy lek na SM. Jak pan przyjął tę informację?
- Ze smutkiem. Dlatego, że w dalszym ciągu pozostajemy w archaicznym systemie programów terapeutycznych, które odstają od praktyki klinicznej. Jeszcze raz powtarzam, pacjent powinien być leczony indywidualnie w zależności od jego zdrowotnych potrzeb, a nie od narzuconych nam przez system opcji.

To jest nie do zaakceptowania na dłuższą metę, dlatego system ten powinien zostać albo całkowicie zniesiony, albo tak zmieniony, abyśmy mieli dość szeroki margines leczenia. Taki system jak u nas funkcjonuje tylko w 2-3 krajach, ale i tam programy lekowe nie są tak obwarowane jak w Polsce. W zdecydowanej większości krajów dostęp do leczenia odbywa się na zasadzie wolnego rynku.

Wydaje się, że rozsądniej byłoby wprowadzić wolny rynek z nadzorem nad wydawanymi lekami. Krótko mówiąc - programy lekowe powinny być przyznawane konkretnym ośrodkom, które zajmują się leczeniem chorych na SM, i to ośrodek powinien decydować o formie leczenia. Funkcjonujące na obecnych zasadach programy lekowe bardzo ograniczają skuteczność leczenia.

Aby to jednak stało się możliwe, potrzebujemy większej palety leków nowszej generacji, które weszły do arsenałów terapii dostępnych w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Na pewno potrzebne byłyby nam leki doustne, które mają zdecydowanie wyższy profil skuteczności i bezpieczeństwa.

Przydatne byłyby też nowocześniejsze leki podawane w iniekcjach, dużo rzadszych niż w przypadku obecnie dostępnych na polskim rynku. Z tego jednak co widzimy, po naszych wielomiesięcznych staraniach, szansa na rozszerzenie wachlarza dostępności do nowych leków dla polskich pacjentów jest raczej nikła.

Jesteśmy krajem o najgorszej dostępności do leczenia dla chorych na SM spośród krajów Unii Europejskiej i bez wątpienia najgorszej nawet wśród państw z dawnego bloku środkowo-europejskiego.

- Czy rozszerzenie palety leków dla polskich pacjentów poprawiłoby jakość ich życia?
- Na pewno tak. W krótszym okresie te zmiany nie są widoczne, jednak w dłuższej perspektywie koszty farmakoekonomiczne poprawiają się zdecydowanie. Doprowadzają one do mniejszego stopnia inwalidztwa w większej grupie pacjentów w danym czasie.

Dziś już wiemy, że po pięciu latach leczenia chorych lekami doustnymi, liczba pacjentów, u których zahamuje się postęp choroby, jest znacznie większa, niż po stosowaniu leków iniekcyjnych. Ta różnica jest w granicach 20-30%. Gdybyśmy mieli nowe leki, to postęp niepełnosprawności byłby zdecydowanie mniejszy.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum