Wstyd się leczyć, czyli o "wstrętnej" cielesności człowieka

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 02 maja 2011 06:20

Choroby przenoszone drogą płciową, problemy z erekcją, choroby psychiczne, hemoroidy i inne choroby odbytu (w tym rak jelita grubego), nietrzymanie moczu, grzybica stóp, łuszczyca, nadpotliwość, otyłość olbrzymia, prostata, choroba Tourette’a, epilepsja - oto schorzenia najczęściej uważane za wstydliwe. Wstyd i lęk przed upokorzeniem utrudniają decyzję o podjęciu leczenia, co może spowodować liczne komplikacje i okazać się tragiczne w skutkach.

Wstyd się leczyć, czyli o "wstrętnej" cielesności człowieka

Do listy wymienionych chorób można by dopisać jeszcze inne. Na przykład gruźlicę, uchodzącą za typową dla nizin społecznych, a zatem stygmatyzowaną.

Najbardziej szczegółowo przebadane w tym aspekcie przez socjologów są choroby psychiczne. 76 proc. badanych Polaków jest zdania, że należy je ukrywać przed otoczeniem, jako rzecz szczególnie wstydliwą. Ankietowani uważają, że chorzy psychicznie są gorzej traktowani niż inni, przede wszystkim gdy chodzi o możliwość zatrudnienia (83 proc. wskazań), poszanowanie godności osobistej (67 proc.) i ochronę majątku (61 proc.).

Wstydliwa kolonoskopia

- Dlaczego bycie chorym na depresję ma być bardziej wstydliwe od żółtaczki? Dlaczego można powiedzieć: "choruję na ostre zapalenie wątroby", a do nerwicy przyznawać się nie wypada? - pyta w jednym z wywiadów pisarka Kaja Malanowska, która nie ukrywa swoich zmagań z chorobą.

Podobne pytanie dotyczy badań przewodu pokarmowego: dlaczego gastroskopia wydaje się czymś normalnym, a kolonoskopia przyprawia o dreszcz wstydu? Tym bardziej, że do najgroźniejszych chorób z naszej listy należy rak jelita grubego: śmiertelność wynosi tu aż 70 proc., przy czym częstość zachorowań wzrasta od lat, mniej więcej o 2,5 proc. rocznie. Polska, obok Węgier, ma jedną z najwyższych umieralności na ten typ nowotworu w Europie.

Wstyd zakłamuje też statystyki dotyczące zachorowalności.  Tak jest np. z rzeżączką, jedną z najstarszych znanych chorób. Alfred Samet, konsultant wojewódzki w dziedzinie mikrobiologii klinicznej z Akademickiego Centrum Klinicznego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego zwraca nam uwagę na przypadki zatajania przed lekarzami tej choroby - celem pacjenta jest zdobycie antybiotyku bez narażania się na konieczność przyznania się do schorzenia.

Inną sprawą jest skuteczność leku. Bakteria rzeżączki uodporniła się na większość antybiotyków, a do tego przyswoiła fragment genomu człowieka. Z tego powodu w USA i Wielkiej Brytanii notuje się coraz większą liczbę chorych na rzeżączkę, która nie reaguje na większość stosowanych dotychczas specyfików.

Z dziećmi jest inaczej

- Rodzice szybko szukają pomocy lekarza pediatry. Dzieci to pod tym względem specyficzna grupa, czasem można mówić o przewrażliwieniu na punkcie ich zdrowia - zauważa Grażyna Rowicka z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Grażyna Rowicka zwraca uwagę, że np. zaparcia uważane są za wstydliwy problem i nie jest wykluczone, że właśnie dlatego zaledwie ok. 1 proc. pacjentów szuka pomocy lekarza. W przypadku dzieci jest jednak inaczej.

- Małe dzieci oraz dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym są w centrum zainteresowania rodziców. Z młodzieżą jest już trochę gorzej, a z dorosłymi - źle. Jeśli coś w stanie zdrowia dziecka budzi niepokój, rodzic szybciej pójdzie z nim do lekarza, niż sam się do niego wybierze - ocenia Rowicka.

Profesor Jan Hartman, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki CM UJ, którego portal rynekzdrowia.pl poprosił o opinię w tej sprawie, przypomina, że w tradycji choroby wstydliwe wiążą się z grzesznym życiem i karą bożą. Zaś dzieci grzesznego życia nie wiodą.

Nic na siłę

- To są zaszłości, ale mogą one jeszcze, zwłaszcza na wsi, pokutować - zauważa filozof i dodaje, że choroby kulturowo stygmatyzowane to tradycyjnie: choroby weneryczne, zaburzenia psychiczne i trąd. Ludzie wstydzą się schorzeń, które budzą wstręt i brutalnie odsłaniają cielesność człowieka.

- Pozostał naturalny wstyd, który jest w zasadzie nie do przezwyciężenia. Ludzie zawsze wstydzą się tego, co dotyczy płciowości, co związane jest z wydalaniem. To ma uwarunkowania archaiczne, biologiczne, prekulturowe. Tego już nie zwalczymy - przewiduje profesor.

Jan Hartman podkreśla jednocześnie wagę przezwyciężenia wstydu i zgłoszenia się z problemem do specjalisty. W dostępie do informacji o możliwościach uzyskania pomocy bezcenny okazuje się obecnie internet. Filizof przypomina też, że lekarza obowiązuje tajemnica lekarska.

Kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki CM UJ przestrzega jednak przed próbami zmieniania na siłę granic ludzkiej wrażliwości. A w tym kierunku - ocenia - idą niektóre prozdrowotne kampanie społeczne.

- Niektórzy przesadzają w namawianiu do pozbycia się zahamowań i kompleksów związanych z chorobą. W ramach kampanii przez kilka tygodni mówi się np. o nietrzymaniu moczu. Prawdopodobne jest, że w tym czasie więcej kobiet zgłosi się do lekarza. Nie oznacza to jednak, że o nietrzymaniu moczu będziemy rozmawiać tak swobodnie, jak o katarze - przekonuje.

Nasi przodkowie nie mieli tajemnic

W czasach, gdy ludzie żyli w niewielkich, liczących kilkadziesiąt osób grupach, pojęcie choroby wstydliwej prawdopodobnie nie istniało: brakowało sfery intymności pozwalającej cokolwiek ukryć. Bliska zażyłość była podstawą funkcjonowania w grupie nie tylko z uwagi na dzikie zwierzęta, lecz także z powodu sąsiadów, wobec których należało mieć się na baczności.


Rozwój cywilizacji i przyjmowanie kolejnych norm społecznych rozwinęły w nas poczucie wstydu, czyli - jak definiują niektórzy badacze - "bolesne przeświadczenie o własnej zasadniczej ułomności jako istoty ludzkiej". Inni zwracają uwagę, że wstyd chroni ludzką godność, a wstydliwość łączy się z doświadczeniem i przekonaniem o własnej wartości.

Ceną godności bywa wstyd, a niekiedy również jego konsekwencje zdrowotne.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum