Lekarzy coraz mniej. To już ostatni dzwonek

Autor: PW/Rynek Zdrowia • • 25 lutego 2016 05:50

Jeśli już teraz nie zwiększymy liczby studentów medycyny i nie dokonamy zmian w organizacji szkolenia specjalizacyjnego lekarzy, to najdalej za 20 lat grozi nam zapaść systemu ochrony zdrowia. Dzisiaj Polska jest unijnym krajem z najmniejszą liczbą lekarzy przypadających na tysiąc mieszkańców. Dlaczego?

Już dzisiaj z liczbą 2,2 lekarzy na 1000 mieszkańców jesteśmy na ostatnim miejscu w krajach Unii Europejskiej. Fot. Fotolia

Struktura wiekowa polskich kadr lekarskich jest niezmiernie niepokojąca, gdyż 48 proc. czynnych zawodowo lekarzy przekroczyło 50 rok życia, a 12,5 proc. ma powyżej 71 lat.

Od dekady liczba lekarzy uzyskujących co roku specjalizację się nie zmienia, co nie zapewnia zastępowalności pokoleń i sprawia, że średni wiek specjalisty wynosi 54,5 lat - wynika z twardych danych Naczelnej Izby Lekarskiej przedstawionych na sesji "Kto nas będzie leczył? Przyszłość kadr medycznych w Polsce i na świecie" podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (Health Challenges Congress, Katowice 18-20 lutego 2016 r.).

Jak zaznaczył podczas dyskusji prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr Maciej Hamankiewicz, przy takim tempie kształcenia wkrótce rzeczywiście nie będzie miał nas kto leczyć. Z wyliczeń NRL wynika, że w większości specjalizacji - o ile nic nie zrobimy - za 20 lat czeka nas potężny niedostatek kadr.

Mamy najmniej lekarzy
Dobre wiadomości są takie, że w ciągu dwóch dekad w onkologii prognozowany jest wzrost liczby specjalistów o 77 proc., w kardiologii - o 49 proc., w nefrologii - o 81 proc., w geriatrii - o 61 proc. Przybędzie też hipertensjologów - o 151 proc. i diabetologów - o 65 proc.

W innych specjalnościach - i to nawet w tych, w których nie jest dzisiaj źle - grozi nam pogłębiający się niedobór liczby lekarzy; największy w chirurgii dziecięcej - o 157 proc. i kardiologii dziecięcej - o 40 proc. oraz w pediatrii - o 48 proc. W patomorfologii liczba specjalistów spadnie za 20 lat o 22 proc., ginekologów będzie mniej o 34 proc., specjalistów chorób płuc - o 39 proc., reumatologów - o 31 proc. Niepokojąco - o 30 proc. - zmaleje liczba chirurgów ogólnych.

Już dzisiaj z liczbą 2,2 lekarzy na 1000 mieszkańców jesteśmy na ostatnim miejscu w krajach Unii Europejskiej. W sąsiadujących z nami Czechach ten wskaźnik wynosi 3,7, na Węgrzech - 3,2, w Niemczech - 4,1, we Francji - 3,3. Średnia dla krajów OECD to 3,3 proc.

Jak dowodzili uczestnicy dyskusji podczas sesji, aby przeciwdziałać zapaści kadrowej niewątpliwie trzeba kształcić więcej lekarzy. O ile więcej?

Limity w górę
Dla porównania, w tej chwili w Niemczech na wydziałach lekarskich studiuje 87,8 tys. studentów; w Polsce - 21 tys. Przez prostą analogię można założyć (biorąc pod uwagę, iż Polska jest krajem ludnościowo ok. 2 razy mniejszym), że powinniśmy mieć na kierunkach lekarskich ok. 42 tys. studentów.

W roku akademickim 2011/12 medycynę studiowało 19 150 osób, w roku 2015/16 - 21 761. Według wyliczeń Izby, dla uzyskania wyraźnego efektu liczbę osób przyjmowanych na medycynę należałoby zwiększać o 400-600 rocznie.

Prof. Janusz Moryś, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych przypomniał, że ministerialne decyzje dotyczące tegorocznego zwiększenia przyjęć na kierunki lekarskie już zapadły. Limity są zwiększane na uczelniach od 15 do 20 proc. - Kształcimy tylu studentów, na ile pozwalają nam limity finansowania ustalone przez Ministerstwo Zdrowia - zaznaczył.

Jak dodał prof. Jan Duława, prorektor ds. nauki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, na przykład ten uniwersytet, jako jeden z niewielu zwiększył liczbę przyjęć już wcześniej. Stąd w nadchodzącym roku akademickim tam naukę na kierunku lekarskim rozpocznie o 8 - 9 proc. studentów więcej.Wyjaśnił też, że jak dotąd budżet płacił uczelnio zaledwie 60 proc. kosztów kształcenia. Resztę uczelnia miała zarobić sama.

- Dlatego pojawili się studenci niestacjonarni i zagraniczni. Stąd przyjęcia studentów zagranicznych na uniwersytety medyczne w znacznie większych ilościach niż w innych szkołach wyższych - tłumaczył prof. Janusz Moryś.

Dlaczego wyjeżdżają?
W Polsce studia na kierunku lekarskim kończy co roku blisko 3 tysiące absolwentów. Część wyjeżdża. Dlaczego?

Jak wynika z twardych danych badania naukowego przeprowadzonego wśród młodych lekarzy przez NIL w 2015 r., jako powód takiej decyzji na pierwszym miejscu deklarują biurokrację w pracy, na drugim - trudności w uzyskaniu specjalizacji, dopiero na trzecim - względy finansowe.

Jak zauważył prof. Jacek Imiela, konsultant krajowy w dz. chorób wewnętrznych, zwiększenie limitów kształcenia na uczelniach medycznych to nadal niedostateczne działanie, jeśli nie zostanie zahamowany trend wyjazdów młodych lekarzy z Polski. Tym bardziej, że efekty dzisiejszych zmian będą widoczne za 12 lat, bo tyle czasu trwa wykształcenie specjalisty. Dzisiaj 37 proc. młodych lekarzy rozważa wyjazd za granicę, co jest dużym zagrożeniem dla stabilności kadr medycznych w Polsce.

Profesor rozmawia z młodymi lekarzami. - Skarżą się, że podczas szkoleń siedzą w papierach zamiast zajmować się chorymi. Nie jest przestrzegany czas pracy rezydentów. Osoby, które kierują ich specjalizacjami nie zawsze zajmują się nimi zgodnie z oczekiwaniami, nie prowadzą należycie szkoleń - przekazuje profesor.

Rezydenci uważają też, że wynagrodzenie jakie otrzymują w trakcie szkolenia specjalizacyjnego jest za niskie. - Jeśli netto dostają 2200 zł i przez 5 lat za takie pieniądze mają pracować ucząc się i zakładając rodziny to, to jest trudne - podkreśla prof. Jacek Imiela.

Zacząć od jakości i dostępności szkoleń
Prezes NRL dr Maciej Hamankiewicz, opierając się na uwagach zebranych od młodych lekarzy podczas badania, proponował m.in. dokonanie analizy jakości szkoleń. Rodzi się bowiem pytanie czy wszędzie te placówki szkolą w identyczny sposób. Są takie, w których jest wielu rezydentów, a są i takie w których nie ma nikogo.

- Jeśli dobrze zapytać tych rezydentów, to pośrednio podają powód. Twierdzą, że powinna być ewaluacja takich szkoleń. Wielokrotnie podkreślają, że ośrodek który jest uprawniony do kształcenia niekoniecznie jest tym, który powinien takie szkolenie prowadzić - wyjaśniał.

Jakość szkolenia wiąże się też z gratyfikacją dla szkolących lekarzy. - Tu konieczne jest stworzenie systemu motywacyjnego, bo jeśli lekarz szkoli, to po prostu traci wynagrodzenie, jakie by uzyskał normalnie pracując - tłumaczył prezes Maciej Hamankiewicz. Dodawał, że ważne jest też takie kontraktowanie dla ośrodków szkolących, aby umożliwić wykonanie odpowiedniej liczby zabiegów z udziałem specjalizujących się lekarzy.

Prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca, minister zdrowia w 2015 r. nie ukrywał, że wie o rozterkach młodych lekarzy - Młody człowiek jest sfrustrowany, gdy nie realizuje programu szkoleniowego. Szczególnie widać to w specjalizacjach zabiegowych. Zarabia ten kto operuje. W strukturze feudalnej panującej na oddziałach, to sprawiło, że odsuwało się tych innych, ale to już na szczęście mija - ocenił.

Zaproponował, by zmiany w programach szkoleniowych i nadzorze nad ich realizacją w pierwszym rzędzie wprowadzać w ośrodkach uniwersyteckich. Przyznał też, że jest zwolennikiem wprowadzenia wymogu oceny kierownika specjalizacji przez rezydentów.

- Jeśli poprawimy rezydentury, zadbamy o programy szkoleniowe, to będą chętni by pozostawać w kraju, bo młodzież ma w sobie potrzebny ku temu zapał - podsumował dyskusję.

*Szersza relacja z sesji z wypowiedziami wszystkich uczestników, w tym dyskusja dotycząca możliwości kształcenia studentów kierunków lekarskich na uczelniach prywatnych, już wkrótce w marcowym wydaniu magazynu Rynek Zdrowia.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum