HCC 2019: sesja "Bezpieczny szpital, bezpieczny pacjent"

RELACJA

- Personel medyczny nie może obawiać się kar za zgłoszenie zdarzenia niepożądanego. Sprzyjające temu regulacje powinny znaleźć się w projektowanej ustawie o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwie pacjenta - uważa RPP Bartłomiej Chmielowiec. Podobne zdanie mają i inni eksperci.

Dla pacjenta najistotniejsze jest to, żeby po zdarzeniu niepożądanym ktoś się nim zaopiekował. Żeby np. szybko przeprowadzić operację naprawczą, rehabilitację, żeby szybko wypłacić zadośćuczynienie. Kwestia karania personelu jest dla niego drugorzędna - przekonywał Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec w czasie panelu „Bezpieczny szpital, bezpieczny pacjent” w ramach IV Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (Katowice, 7-8 marca 2019 r.).

Jak przypominali eksperci, zgłaszanie zdarzeń niepożądanych w szpitalach jest bardzo istotne, gdyż pozwala uczyć się na błędach - analizować przyczyny i nie popełniać ich ponownie.

Naprawiać, nie penalizować
- Jak najszybciej powinniśmy stworzyć system, który zawierałby takie elementy, jak: rejestr zdarzeń niepożądanych, brak penalizacji personelu zgłaszającego zdarzenia niepożądane, rzetelna analiza tych zdarzeń oraz zagwarantowanie pacjentowi szybkiej wypłaty należnej kwoty odszkodowania - RPP Bartłomiej Chmielowiec nakreślił zasadnicze zręby systemu gwarantującego bezpieczeństwo w placówkach medycznych.

Powinny one znaleźć się w projektowanej ustawie o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwie pacjenta (jest na etapie konsultacji wewnętrznych). - Personel medyczny nie może obawiać się kar za zgłoszenie zdarzenia. Najważniejszy jest bowiem proces naprawczy, żeby zdarzenia niepożądane nie występowały w przyszłości. Tymczasem proces kryminalizacji, który postępuje obecnie w kraju nie sprzyja bezpieczeństwu pacjenta - ocenił Chmielowiec.

Przypomniał, że w 2012 r., kiedy weszła w życie ustawa o prawach pacjenta i RPP, wprowadzono także komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych. - Mankamenty związane z komisjami zostały opisane precyzyjnie w raporcie NIK - podkreślił i wskazał, że ocena RPP jest zbieżna z wnioskami Izby.

- Tylko w 20 proc. przypadków przyjmowana jest propozycja szpitala bądź ubezpieczyciele dotycząca wypłaty odszkodowania. To pokazuje, że model komisji nie sprawdza się. Trzeba się zastanowić nad nowym modelem pozasądowego dochodzenia roszczeń odszkodowawczych - kontynuował.

Zaznaczył, że chodzi o model bez orzekania o winie. Kwestią do dyskusji pozostaje sposób finansowania. Pieniądze mogą pochodzić z budżetu państwa, z polisy ubezpieczeniowej lub z kontraktu. Jakie kwoty mogą wchodzić w grę?

- Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w latach 2012 - 2017 w sądach z tytułu procesów związanych z błędami medycznymi zostało zasądzonych 100 ml zł zadośćuczynień i odszkodowań (bez uwzględnienia rent i kwot zasądzonych przez sądy karne). Taki byłby rząd wielkości finansowania - ocenił.

- Najczęstsze sygnały, jakie zgłaszają pacjenci związane są z lecznictwem szpitalnym i dotyczą bezpieczeństwa. Rodzaje świadczeń, w stosunku do których najczęściej zgłaszane są zastrzeżenia, to: ortopedia, neurologia, ginekologia i położnictwo oraz szpitalne oddziały ratunkowe - wyliczał RPP.

Zgłoszenie bez konsekwencji
RPP odniósł się również do dyskusji nt. terminologii związanej z bezpieczeństwem w ochronie zdrowia i odpowiedzialnością prawną, o czym podczas sesji mówił Stefan Kopocz, Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej ze Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach. Analizował on pojęcia: błąd medyczny, zdarzenie niepożądane, zdarzenie medyczne, powikłanie, które - jak stwierdził - nie są dobrze znane nawet wśród prawników.

Stefan Kopocz zgodził się z oceną RPP, że komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych nie sprawdziły się (był członkiem takiej komisji). - Idea szybkiej ścieżki dochodzenia do roszczeń nie sprawdzała się - oświadczył.

Barbara Kutryba, główny specjalista w Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia, wróciła do sprawy zgłaszania zdarzeń niepożądanych i podkreśliła, że "największy ich wolumen dotyczy upadków pacjentów, oddaleń i awarii sprzętu medycznego, czyli zdarzeń które de facto personelu bezpośrednio nie obciążają".

W tym kontekście wskazała na problem ochrony pracowników zgłaszających zdarzenia. Jej zdaniem powinno się ich chronić tak, jak jest to od 2003 r. w Danii. Tam każda osoba zatrudniona w szpitalu ma obowiązek zgłaszania zdarzeń niepożądanych, zarządy szpitali mają obowiązek wprowadzenia działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa (po analizie zgłaszanych przypadków), osoba zgłaszająca zdarzenie nie może być represjonowana.

Z jej doświadczeń wynika, że daje się zauważyć wśród lekarzy brak woli do zgłaszania zdarzeń niepożądanych i cedowanie tego obowiązku na pielęgniarki. - Takie obserwacje płyną z wizyt akredytacyjnych w szpitalach- wyjaśniła specjalistka z CMJ.

Nie zgodził się z tym dr Tadeusz Urban, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach (ginekolog i położnik). - Lekarze zawsze zgłaszali i opisywali takie zdarzenia w publikacjach naukowych - powiedział.

Stwierdził, że najłatwiej oskarżać biały personel. Tymczasem jest jeszcze kategoria błędu organizacyjnego, o czym się zapomina. - Błędów organizacyjnych jest coraz więcej. Na to, że do nich dochodzi ma wpływ m.in. ustawodawstwo i wysokość nakładów na ochronę zdrowia. Biorą się one również z nadmiernej biurokracji, co prowadzi do tego, że personelowi medycznemu zabrano czas na leczenie.

Paragraf się znajdzie?
Dtr Tadeusz Urban poruszył również sprawę odpowiedzialności prawnej lekarzy i relacji między lekarzami i prokuratorami.

- Polska to dziwny kraj, gdzie ktoś wpadł na pomysł penalizacji zawodu lekarza. Jedyny kraj na świecie, gdzie w prokuraturach stworzono specjalne wydziały do spraw błędów medycznych, takie jak do walki z przestępczością gospodarczą. Przecież to chore. Żaden lekarz nie idzie do pracy, żeby skrzywdzić pacjenta. Nigdzie nie penalizuje się działalności leczniczej - stwierdził.

Do czego to prowadzi? Prezes Urban odwołał się do przykładu jednego ze szpitali, który poprosił o pomoc Okręgową Izbę Lekarską, gdyż lekarze tak często wzywani byli na wielogodzinne przesłuchania, że sparaliżowało to pracę lecznicy. - Prosili tylko, żeby przesłuchiwano ich w szpitalu - wyjaśnił.

Dodał też, że nikt nie chce być położnikiem w Polsce. - To zbyt ryzykowna specjalizacja, na sali porodowej lekarze nie chcą pracować, odchodzą do lecznictwa otwartego - powiedział. - Polska idzie inną drogą niż cywilizowany świat - ocenił.

Dr Jerzy Gryglewicz, ekspert rynku medycznego z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego w Warszawie, który moderował sesję, zauważył, że problemy prawne w zakresie ginekologii i położnictwa nie są czymś specyficznym, występującym tylko w Polsce. Przykładem ich sytuacja w Stanach Zjednoczonych.

Podkreślił, że w Polsce, w przypadku zdarzeń niepożądanych w położnictwie, każde takie zdarzenie jest traktowane w sposób szczególny przez nadzór merytoryczny i konsultanta krajowego. - Dzięki temu mamy dobre wyniki. Śmiertelność noworodków należy do najniższych w UE. Dobrze zorganizowana i finansowana jest u nas neonatologia - stwierdził.

Zranienia i zużyte narzędzia
Paweł Witt, prezes Polskiego Towarzystwa Pielęgniarek Anestezjologicznych i Intensywnej Opieki, poinformował, że Towarzystwo zainicjowało w 2018 r. badania dotyczące implementacji unijnej dyrektywy z 2010 r. nr 32 o zapobieganiu zranieniom w jednostkach ochrony zdrowia. Wzięło w nich udział prawie 4 tys. pielęgniarek - 70 proc. czynnych zawodowo. Badania dotyczyły oddziałów zabiegowych i niezabiegowy, intensywnej terapii i bloków operacyjnych.

- Badaliśmy zranienia w minionym roku. Okazało się, że u prawie 70 proc. pielęgniarek doszło do 5 zranień, w większości przypadków szklanymi ampułkami, co nas bardzo zaskoczyło. Na 2 miejscu był brak używania igieł bezpiecznych, czyli zakłucia igłą, a na 3 miejscu - pobieranie krwi w systemie otwartym - relacjonował wyniki badań.

Poinformował również, że tylko w 50 procentach personel z tytułem doktora nauk medycznych lub doktora nauk o zdrowiu zgłasza zdarzenia. Jeśli chodzi o szpitale, to 60 proc. zgłasza zdarzenie, 40 proc. tego nie robi. - Wychodzimy z założenia, że nie ma bezpiecznego pacjenta, jeśli personel nie jest bezpieczny - podsumował.

Dorota Kudzia-Karwowska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Sterylizacji Medycznej, kierownik Centralnej Sterylizatorni w Szpitalu Klinicznym im. Andrzeja Mielęckiego w Katowicach dodała, że część krytycznych sytuacji, które mogą zakończyć się zdarzeniem niepożądanym u pacjenta, ale i dla personelu, wynika z oszczędności. Jak mówiła, niejednokrotnie narzędzie, które straciło swoją żywotność, jest dalej wprowadzane w obieg, bo nie ma pieniędzy na zakup nowego, co stanowi zagrożenie zarówno dla pacjenta, jak i operatora.