Trudne testowanie PPP, czyli o granicach ryzyka w szpitalnych inwestycjach

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 11 kwietnia 2011 06:20

Konsorcjum Inter Health Canada Limited zamierza wyłożyć w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego 138 mln zł na budowę i wyposażenie nowego szpitala w Żywcu. Partnerem ryzykownego przedsięwzięcia jest powiat żywiecki. Ryzykownego, bo gdzie pewność, że szpital dostanie kontrakt? - Gdy ktoś wykłada na stół 200 mln zł, a państwo nie daje nawet złotówki, mogłoby przynajmniej tyle zagwarantować - uważają żywieccy samorządowcy.

Trudne testowanie PPP, czyli o granicach ryzyka w szpitalnych inwestycjach

– Brak kontraktu byłby katastrofą dla obu stron – Andrzej Kalata, wicestarosta żywiecki odpowiedzialny za ochronę zdrowia, który przed podpisaniem ostatecznej umowy musi przeanalizować kilka tysięcy stron dokumentów nadesłanych przez Kanadyjczyków, nie dopuszcza czarnych myśli. Przyznaje jednak, że czuje się jak kamikadze.

Wróżenie z fusów

To, co mógł przewidzieć to ogólne założenia ryzykownej misji. Po pierwsze: trzeba budować lecznicę, bo stary Szpital Powiatowy ma ponad sto lat i remont byłby nieopłacalny. Po drugie: powiat liczy 150 tys. mieszkańców (z turystami – 200 tys.), którzy muszą się gdzieś leczyć. Po trzecie: najbliższe szpitale w Bielsku i Suchej nie byłyby w stanie ich przejąć.

Kluczowe znaczenie ma jednak kontrakt z NFZ. I tu zaczynają się schody.

– Sugerując, że dany zakres świadczeń zostanie zakontraktowany lub nie, popełnilibyśmy przestępstwo – wyjaśnia w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl Jacek Kopocz, rzecznik Śląskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ. – Kolejność jest taka: najpierw budowa szpitala, a następnie przystąpienie do konkursu. Wszystko na własne ryzyko. Nie ma mowy o jakichkolwiek wskazówkach płatnika. To jest informacja handlowa – dodaje rzecznik.

Starostwu w Żywcu, przystępującemu do pilotażowego programu PPP w ochronie zdrowia, pozostało zatem bazowanie na bardzo ogólnych przesłankach.

W listopadzie 2009 r. zainteresowanie udziałem w przedsięwzięciu wyraziło dziewięć firm, w tym Konsorcjum Szpitali Polskich SA, Mostostal, EMC Instytut Medyczny, Inter Health Canada Limited z Toronto, Strabag, General Electric Medical Systems oraz VAMED Standortentwicklung und Engineering. Ostatecznie 31 marca 2011 r. ofertę złożyło jedynie kanadyjskie konsorcjum. Dla pozostałych ryzyko było za duże.

– Gdy ktoś wykłada na stół 200 mln zł, a państwo nie daje nawet złotówki, to przynajmniej mogłoby zagwarantować kontrakt – Andrzej Kalata nie ukrywa pretensji do Ministerstwa Zdrowia za brak zainteresowania legislacyjnym uregulowaniem tej kwestii.

Potrzebna przewidywalność
Starosta nie czuje się komfortowo, bo na własnej skórze, jako pierwszy w Polsce, testuje partnerstwo publiczno-prywatne w inwestycjach w ochronie zdrowia. Ci, którzy obserwują zmagania powiatu żywieckiego (Ministerstwo Rozwoju Regionalnego stworzyło platformę internetową dla PPP, na której trwa wymiana doświadczeń) dziwią się, że nikogo nie interesują wielomilionowe inwestycje szpitalne. Rząd ma swoje inwestycje centralne, natomiast wobec reszty stosuje politykę desinteressement. Jednocześnie urzędowej regulacji lub nadzorowi podlega niemal wszystko, a za szczyt odbiurokratyzowania uchodzi częściowa likwidacja NIP.

– Najwięcej projektów PPP jest w Anglii, ale tam rząd daje nawet dwudziestoletnie gwarancje finansowe – mówi Kalata.

– W Niemczech na rynek ubezpieczeń nowy podmiot może wejść tylko w trzech przypadkach: gdy jakaś placówka przestaje istnieć i powstaje wolne miejsce, gdy zachodzi konieczność dokupienia świadczeń, wreszcie gdy inwestor kupuje placówkę z kontraktem – dodaje Jacek Kopocz. I zwraca uwagę, że Niemcy mają hermetyczny rynek, który gwarantuje bezpieczeństwo finansowe funkcjonującym podmiotom.

– U nas, gdy po trzech latach ogłaszane są konkursy dla szpitali, to okazuje się, że nowe lecznice wyskakują jak króliki z kapelusza. Przy czym wszystkie zabiegają o publiczne środki – zaznacza rzecznik.

Nietrudno wyobrazić sobie burmistrza czy starostę obiecujących w kampanii wyborczej nowe szpitale. Mają działki, budynki, kredyt dostaną. Kontrakt – niekoniecznie.

– To nie są abstrakcyjne sytuacje – mówi nam ekspert rynku medycznego, dr Adam Kozierkiewicz. – Władza publiczna ponosi ryzyko, ale na rachunek społeczności lokalnej, którą łatwo przekonać do budowy szpitala.

Ekspert zauważa, że nasz system jest pod tym względem wyjątkowo liberalny, a przy tym kosztowny. Gdy ktoś podejmuje decyzję inwestycyjną idąca w miliony i dostaje kontrakt na trzy lata, to siłą rzeczy stara się bardzo szybko uzyskać zwrot kapitału.

Jego zdaniem, gdyby rynek był przewidywalny, gdyby planowano rozwój infrastruktury szpitalnej, gdyby były długoterminowe kontrakty lub promesy kontraktów dla podmiotów, które inwestują, można byłoby zmniejszyć ryzyko, a co za tym idzie koszty oraz ograniczyć marnotrawstwo publicznego grosza.

Bogatsi planują i liczą
Adam Kozierkiewicz podaje przykłady: jeśli w Niemczech dany podmiot aplikuje o publiczne środki na świadczenie usług medycznych, musi być najpierw ujęty w sieci placówek szpitalnych tworzonej na poziome landów.

– Decyzje są trudne, zapadają długo, po dyskusjach ze związkiem kas chorych (w Niemczech jest ich ok. 200) czy szpital jest potrzebny. Ale po pozytywnym przejściu tych wszystkich etapów finansowanie jest zapewnione. Co więcej, inwestor dostaje grant na inwestycję – wyjaśnia ekspert.

Dla odmiany w Wielkiej Brytanii o budowie infrastruktury i finasowaniu 85 proc. szpitali decyduje administracja rządowa. W ciągu ostatnich dziesięciu lat popularne stało się tam partnerstwo publiczno-prywatne: zamawiana jest budowa infrastruktury szpitalnej z pełną gwarancją przychodów operacyjnych dla podmiotu, który ją uruchomi. Od początku jest to proces sterowany. Jeśli istnieje potrzeba utworzenia szpitala, rozpisywany jest konkurs i powstają konsorcja wykonawcze, które budują lecznicę.

Sieć szpitalną mają nawet nawet niektóre stany USA, np. Oregon lub New Hampshire. Tam władze stanowe regulują dostęp do rynku świadczeniodawców.

Zdaniem Adama Kozierkiewicza modelowe rozwiązanie powinno wykorzystywać brytyjskie wzorce: najpierw określenie lokalizacji infrastruktury szpitalnej i wolumenu usług koniecznych dla ludności zamieszkującej dany teren. Następny etap to konkurs na promesę umowy na określony wolumen usług, co potencjalnym inwestorom pozwoli zbilansować wydatki. Dopiero wtedy można przystąpić do budowy, a po jej zakończeniu oferować zamówione przez płatnika świadczenia.

Jako ciekawostkę, która nie ma nic wspólnego z obowiązującą praktyką, a wpisuje się w przedstawione powyżej zasady, można potraktować przykład Świętokrzyskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ, który złożył przyrzeczenie publiczne, że wyasygnuje ponad 8 mln zł na leczenie ostrych stanów zawałowych i przedzawałowych. Dzięki temu szpital w Busku-Zdroju znalazł ostatnio prywatnego inwestora.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum