Zdarzenia niepożądane: dlaczego w medycynie korzystamy z doświadczeń lotnictwa

Autor: Wojciech Kuta/Rynek Zdrowia • • 14 kwietnia 2014 13:35

Polski rejestr kardiochirurgiczny, prowadzony centralnie w Warszawie, obejmuje wszystkie operacje przeprowadzone od 2006 roku. Pacjenci są analizowani zarówno we wczesnym okresie leczenia, jak i pod kątem odległych wyników terapii - przypomina prof. Marek Jasiński, zastępca ordynatora Oddziału Kardiochirurgii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 7 SUM, Górnośląskim Centrum Medycznym im. prof. Leszka Gieca.

Rynek Zdrowia: - Górnośląskie Centrum Medyczne jest dopiero piątym szpitalem klinicznym w kraju, który uzyskał certyfikat akredytacyjny Ministra Zdrowia. Czy istnieje zatem jakaś specyfika lub wręcz trudność w akredytacji właśnie w tak dużych jednostkach uniwersyteckich?

Prof. Marek Jasiński: - Akredytowanie naszego szpitala wymagało od nas ogromnego wysiłku - organizacyjnego oraz logistycznego - a przede wszystkim opisania oraz przestrzegania w każdym aspekcie poszczególnych procedur obejmujących zapewnienie pacjentom szeroko pojętego bezpieczeństwa. To m.in. sfera bezpieczeństwa okołooperacyjnego, w tym wdrożenie karty bezpiecznej chirurgii, procedur aseptycznych, a także związanych z dystrybucją sprzętu.

Wydaje się, że nie wszystkie duże szpitale, w tym placówki kliniczne, są w stanie przeprowadzić taki proces pod względem logistycznym. Rzeczywiście jesteśmy obecnie jednym z kilku największych szpitali posiadających akredytację Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.

Warto też pamiętać o genezie akredytacji klinicznej, której rozwój zapoczątkowała Światowa Organizacja Zdrowie poprzez uruchomienie mechanizmów zapewniających bezpieczeństwo pacjenta - stosowanych już wcześniej w dojrzałych systemach ochrony zdrowia, m.in. w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii - które istotnie zmniejszają liczbę zdarzeń niepożądanych.

Generalnie wszystkim wydaje się, że pracują na dobrym jakościowo poziomie. Jednak akredytacja pozwala ów poziom efektywnie kontrolować, właśnie poprzez: tworzenie procedur, możliwość weryfikowania wyników w tzw. obowiązkowym audycie i obowiązkowe zgłaszanie zdarzeń niepożądanych. Analizując przyczyny takich zdarzeń, jesteśmy w stanie identyfikować ich przyczyny.

- Jaki element składający się uzyskanie akredytacji był w przypadku GCM najtrudniejszy do zrealizowania?

- Bez wątpienia najtrudniejsze było to, że akredytacja w naszym przypadku dotyczyła bardzo dużej jednostki z ogromną liczbą oddziałów, obejmujących prawie pełny zakres medycyny zabiegowej, wewnętrznej. Wszędzie musiały być wprowadzone te same procedury jakościowe - zarówno na kardiochirurgii, jak i np. na geriatrii.

Trudnym zadaniem, które także udało się nam wykonać, było powołanie specjalnego zespołu ds. jakości, którym współkieruję, a ściślej to, że zespół ten w ciągu roku przygotowań do akredytacji śledził każdy szczebel całego procesu. Spotykaliśmy się z kierownikami wszystkich oddziałów, koordynując wdrażane zmiany w całym szpitalu - od sfery zarządczej po czysto medyczną. Zmiany dotyczyły m.in. zasad raportowania powikłań, radzenia sobie z nimi oraz analizowania zdarzeń niepożądanych.

- W polskiej rzeczywistości szpitalnej oraz kulturze prawnej nie jest to dominujące podejście. Wśród lekarzy występuje duży lęk przed ujawnianiem powikłań czy też zdarzeń niepożądanych, w obawie przez penalizacją. W przeciwieństwie np. do modelu szwedzkiego, u nas ewentualny błąd medyczny bardziej kojarzony jest z karaniem, niż analizowaniem czy szukaniem przyczyn niepowodzenia w terapii.
- Pojęcia powikłań i zdarzeń niepożądanych wprowadzone zostały właśnie wraz z wdrażaniem systemów akredytacyjnych i potężnym ruchem rozwijającym się w ostatnich 20 latach, a któremu patronuje WHO.

Analizowanie zdarzeń niepożądanych powinno odbywać się na trzech poziomach. Po pierwsze przyjmujemy założenie, że wszystkie takie zdarzenia muszą być odpowiednio zanotowane, wyszczególnione. Także bardzo rozwinięte dzisiaj systemy - np. holenderski, szwedzki, brytyjski czy amerykański - latami dochodziły do szczelności w tej materii. Ale Polska pod względem samego raportowania zdarzeń nie ma się już czego wstydzić, skoro co siódmy szpital ma akredytację.

Drugi poziom polega na samym sposobie analizowania zdarzeń niepożądanych. Nie chodzi tu jedynie o statystykę sprowadzającą się do podania liczby powikłań czy reoperacji. Rzecz natomiast w tym, aby w każdym oddziale na bieżąco, co miesiąc, komisje audytowe analizowały te wyszczególnione zdarzenia niejako ad hoc. Zamiast o penalizowaniu, mówmy o rzetelnym raportowaniu tego, co się wydarzyło, aby nie doszło do powtórki.

Wreszcie trzeci poziom sprowadza się do zrozumienia i praktycznego wykorzystania istotnych analogii między zdarzeniami niepożądanymi w medycynie a wypadkowością w lotnictwie. Bo właśnie procedury bezpieczeństwa wdrożone w awiacji są odpowiednikiem dla procesów akredytacyjnych w szpitalach. Mentorzy akredytacji, analiz i walki ze zdarzeniami niepożądanymi w szpitalnictwie oraz specjaliści w zakresie bezpieczeństwa lotów wzajemnie wymieniają się swoimi doświadczeniami.

Każda zaskakująca sytuacja w trakcie lotu jest lub powinna być dokładnie opisana, a wraz z nią opracowana i ćwiczona jest odpowiednia procedura postępowania załogi. Efektem jest fakt, iż obecnie samoloty stały się najbezpieczniejszym środkiem transportu. Według danych WHO zdarzenia niepożądane występują u ok. 20% wszystkich hospitalizowanych. Stanowi to więc ogromny zakres sytuacji, które powinny być opisane, i którym trzeba przyporządkować odpowiednie procedury.

- Na przykładzie zakażeń wewnątrzszpitalnych widać jednak, że wciąż mamy chyba w Polsce problem z rzetelnym raportowaniem tego typu zdarzeń. Niektóre placówki wykazują wręcz absurdalnie niski wskaźnik takich infekcji.
- Wynika to m.in. ze sposobu „śledzenia” zakażeń szpitalnych. Jeżeli te infekcje mają być we właściwy sposób opisywane i analizowane, to muszą być spełnione rygorystyczne warunki. Pacjenci powinni mieć bardzo często wykonywane posiewy, praktycznie każdy hospitalizowany musi mieć właściwie ocenioną florę fizjologiczną - w przypadku pacjentów planowych należy to zrobić jeszcze przed hospitalizacją, a w trackie hospitalizacji wszystkie wcześniejsze wyniki należy zweryfikować poprzez kolejne badania.

Tylko dzięki takiemu wysiłkowi organizacyjnemu i wykonaniu naprawdę znacznej liczby badań i czynności, także administracyjnych, jesteśmy w stanie skutecznie walczyć z infekcjami w szpitalach, bo zawsze będziemy mieć antybiogram i możliwość zastosowania celowanej antybiotykoterapii. Do tego wszystkiego potrzebne jest odpowiednie przygotowanie logistyczne i finansowe.

- Być może najważniejszym wskaźnikiem jakości pracy szpitala są wyniki leczenia, także te odległe. Jakie więc znaczenie ma ich monitorowanie, w tym tworzenie rejestrów chorób i wyników terapii? Mamy takie narzędzia?

- W kardiochirurgii dysponujemy tego rodzaju rozwiązaniem. Polski rejestr kardiochirurgiczny, prowadzony centralnie w Warszawie, obejmuje wszystkie operacje przeprowadzone od 2006 roku. Pacjenci są analizowani zarówno we wczesnym okresie leczenia, jak i pod kątem odległych wyników terapii. Wszystkie ośrodki kardiochirurgiczne są zobligowane do raportowania swoich wyników. W tym przypadku audytowanie skuteczności leczenia odbywa się na poziomie rejestru wszystkich procedur kardiochirurgicznych.

- Co praktycznie wynika z prowadzenia takiego rejestru?
- Z jednej strony mamy możliwość porównywania między ośrodkami. Nie chodzi jednak o publikowanie tych porównań w mediach, ale o wzajemne konfrontowanie doświadczeń podczas spotkań w środowisku kardiochirurgów i wyciąganie merytorycznych wniosków służących poprawie wyników leczenia oraz bezpieczeństwa pacjenta - nie tylko w danym ośrodku, ale i w obrębie określonej procedury - na przykład operacji zastawki aortalnej, naprawy zastawki mitralnej, naprawy zastawki aortalnej.

Okazuje się, że naprawy niosą ze sobą mniejsze ryzyko okołooperacyjne i dają lepsze wyniki odległe. Ocena wyników klinicznych jest jednak bardzo trudna, choćby dlatego, że do naszych ośrodków trafiają pacjenci o bardzo różnym stopniu ryzyka.

Wracając do akredytacji klinicznej - nie zapominajmy, że jednym z jej elementów jest właśnie obserwacja odległa pacjenta przy określonych procedurach, dzięki czemu wiemy, co z tą osobą dzieje się po roku od opuszczenia szpitala. Rejestr kardiochirurgiczny jest natomiast jedynym pełnym tego typu rejestrem w Polsce. Byłoby znakomicie, gdyby podobne narzędzia zostały wdrożone także w innych dyscyplinach medycyny.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum