Szpitale: przepisy dotyczące podwyżek płac wiążą ręce dyrektorom

Autor: RR/Rynek Zdrowia • • 11 listopada 2016 10:54

Analizując problem struktury zatrudnienia i wynagrodzenia w szpitalach, Dariusz Kostrzewa, prezes zarządu Copernicus - Podmiot Leczniczy Sp. z o.o. w Gdańsku, zwraca uwagę, że zarobki w lecznicach są bardzo zróżnicowane, a szefowie szpitali i mają coraz bardziej ograniczony wpływ na kwestie kadrowe.

FOT. Archiwum RZ; zdjęcie ilustracyjne

- Nawet w strukturze jednej spółki pomiędzy oddziałami, których mamy około 40, te wynagrodzenia bardzo się różnią - przyznał prezes Kostrzewa podczas sesji "Zarządzanie szpitalami - wybrane zagadnienia" w ramach XII Forum Rynku Zdrowia (Warszawa, 26-27 października 2016 r.).

Zauważył, że ostatnio zarządzający szpitalami mają coraz bardziej ograniczony wpływ na kwestie kadrowe. Przykładem może być rozporządzenie ministra zdrowia przyznające dodatki dla pielęgniarek, w wyniku czego pozostawiono tę kwestię poza kontrolą kierownictw szpitali.

- Efekt jest taki, że pozostałe grupy zawodowe również upominają się o podwyżki, czego należało się spodziewać, bo trudno pracownikom odmówić racji w tej sprawie - stwierdził. - Gdyby decyzje pozostawiono w naszych rękach, sytuacja wyglądałaby inaczej - ocenił.

Innym przykładem ograniczania funkcji zarządczych jest projekt ustawy dotyczący minimalnego wynagrodzenia w sektorze ochrony zdrowia. Zdaniem Dariusza Kostrzewy nowe regulacje płacowe doprowadzą do tego, że „protestów będzie niemało”.

Odnosząc się do narastającej presji płacowej, zaznaczył, że są procedury hojnie opłacane przez płatnika, a także takie, do których szpital musi dokładać z tych lepiej finansowanych.

- Personel traktował i traktuje sprawę wyceny procedur w taki sposób, że skoro oddział jest dochodowy, to należy dopominać się o korzystniejsze wynagrodzenia. Ryzyko polega na tym, że jeżeli nie będziemy dostatecznie elastyczni, to możemy stracić ten personel, a w Polsce nie ma go w nadmiarze - powiedział Kostrzewa.

- Można dyskutować, czy liczba personelu powinna mieć przełożenie na wynagrodzenia. Myślę, że tak - stwierdził. - Ale czy tego personelu rzeczywiście brakuje? - zapytał i stwierdził, że „ok. 300 tys. pielęgniarek posiada prawo wykonywania zawodu, a jednak cały czas spotykamy się z problemem deficytu”.

- Jest to jednak deficyt względny - ocenił. Przyznał jednocześnie, że niebywale wzrasta obciążenie pielęgniarek kolejnymi zadaniami.

Polemizowała z nim Lucyna Dargiewicz, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Powiedziała, że wg GUS w 2014 r. na 1000 mieszkańców Polski przypadało 5,18 pielęgniarki. W 2015 r. było to już tylko 4,82 pielęgniarki na 1000 mieszkańców.

- Jeśli chodzi o absolwentów szkół pielęgniarskich, to w 2015 r. ukończyło je 7 460 pielęgniarek, zarejestrowało się 3 200, a zatrudnionych zostało 1206 - informowała i skomentowała te liczby: - Chętnych do pracy w tym zawodzie nie brakuje. Kończą studia, ale albo nie podejmują pracy w zawodzie, albo wyjeżdżają za granicę za lepszymi pieniędzmi. Owszem, kształcimy pielęgniarki, ale nie ma programu, żeby je zatrzymać w Polsce.

Lucyna Dargiewicz przytoczyła statystyki, z których wynika, że płace polskich pielęgniarek i położnych są najniższe w całej UE. Np. w Czechach zarabiają średnio 1200-1500 euro, a w Polsce 500-700 euro.

- WHO ostrzega, że za kilka lat odejdzie z zawodu w krajach UE 40% pielęgniarek i położnych, przeważnie ze względu na wiek. W 2020 r zabraknie w Europie ok. miliona pielęgniarek i położnych - podsumowała.

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum