Specjalistów nie oddamy, czyli lojalność w czasach konkurencji

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 24 czerwca 2013 06:15

Szczególnie głośna w 2011 i 2012 roku kwestia zakazu podejmowania pracy przez lekarzy w placówkach, z którymi konkurują o kontrakt ich pracodawcy, nie poszła całkiem w zapomnienie. Ostatnio sześciu neurochirurgom z Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu oświadczono, że mają podpisać umowy z klauzulą o zakazie konkurencji. Odmówili.

Specjalistów nie oddamy, czyli lojalność w czasach konkurencji

- Dyrekcja ustąpiła, nie wprowadzono zakazu podejmowania pracy w innych placówkach - mówi nam Dariusz Łątka, ordynator Oddziału Neurochirurgii WCM w Opolu, który - gdyby sprawa przybrała inny obrót - zostałby na oddziale jedynie z rezydentami i mógłby zajmować się tylko najbardziej pilnymi przypadkami.

- Chciałbym podkreślić, że nasi lekarze nie zamierzają korzystać z tego, że nie mają zakazu konkurencji. Zarabiamy dobrze w naszym szpitalu i nie chcemy pracować gdzie indziej - deklaruje.

Prawo wyboru
Tłumaczy, dlaczego neurochirurdzy postawili się dyrekcji: - Dla nas to bardzo ważna sprawa. Uprawiamy wolny zawód i nie wyobrażam sobie nakładania na nas tego rodzaju ograniczeń. Tym bardziej, że kształcimy się za własne pieniądze, podnosimy kwalifikacje, mimo że rzuca się nam kłody pod nogi - twierdzi ordynator i dodaje, że najkrótszy kurs neurochirurgiczny kosztuje w granicach 2-3 tys. dolarów.

- Ja byłem na kilkudziesięciu takich kursach, nie wspominając o dłuższych wyjazdach. To są olbrzymie pieniądze. Nikt nigdy nie proponował, że zapłaci za moje szkolenie - mówi Dariusz Łątka.

Nie chodzi mu tylko o to, że lekarze kosztem osobistych wyrzeczeń zainwestowali w siebie i niejako kupili sobie prawo wolnego wyboru miejsca i sposobu wykonywania zawodu. Przekonuje także, że możliwość podejmowania pracy u dowolnych pracodawców oznacza większą dostępność do świadczonych przez nich usług.

- Dlaczego ktoś ma operować stu pacjentów na niewydolnym bloku operacyjnym określonego pracodawcy, kiedy może zoperować w jednym miejscu 50 pacjentów, a w innym kolejnych 50. To nie problem przejechać z jednego bloku na drugi - tłumaczy neurochirurg.

Jego zdaniem zakaz podejmowania pracy przez lekarzy u różnych pracodawców stanowi formę nieuzasadnionej ochrony publicznej służby zdrowia przed konkurencją i ogranicza dostępność do specjalistów w ramach świadczeń z NFZ. W przypadku neurochirurgów chodzi o grupę 460 osób. Nie ulega wątpliwości, że ich umiejętność powinny być maksymalnie wykorzystane.

Przywiązani do uczelni
Problem związania specjalistów z podstawowym miejscem pracy najboleśniej odczuwają szpitale kliniczne. Pracują w nich wysokiej klasy fachowcy, są rozchwytywani przez placówki, które chciałyby pochwalić się współpracą z nimi w ofertach przedstawianych Funduszowi. Przypomina to trochę transfery piłkarskie i szefowie szpitali klinicznych, podobnie jak prezesi piłkarskich klubów, muszą wykazać się nie lada dyplomacją, żeby przekonać utytułowanych lekarzy, by pracowali tylko dla nich.

- Nie może być tak, że pracownik kliniki podejmuje pracę w niepublicznym ZOZ-ie, który też ma kontrakt z NFZ - mówił nam w lutym 2011 r. dr Włodzimierz Matysiak, rzecznik prasowy Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, który jako pierwsza uczelnia medyczna w Polsce wprowadził tzw. klauzule lojalnościowe dla profesorów, adiunktów i asystentów. Powodem była utrata kontraktów przez kliniki na rzecz innych podmiotów, w których dorabiała uczelniana kadra.

Czytaj: W Lublinie chcą walczyć z pracą u niepublicznych konkurentów za pomocą lojalek

Dziś pytamy go o efekty uchwały Senatu UM w Lublinie z 2011 roku w sprawie podejmowania przez nauczycieli akademickich działalności konkurencyjnej względem szpitala.

- Jednostki kliniczne podległe Uniwersytetowi w roku 2012 wykonały dużo więcej (wzrost o ponad 40 mln zł) świadczeń w stosunku do roku 2011, co z pewnością jest efektem większego zaangażowania w pracę pracowników szpitali klinicznych - odpowiada Włodzimierz Matysiak.

Dodaje, że ”w newralgicznych zakresach świadczeń od roku 2011 obserwujemy wzrost ich liczby - głównie w zakresie neurochirurgii, kardiologii, hematologii i programów terapeutyczno-lekowych, w chemioterapii, w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej”.

Rzecznik zaznacza jednocześnie, że uchwała ma charakter intencyjny, to znaczy wskazuje, iż obowiązkiem nauczycieli akademickich jest dbałość o należyte funkcjonowanie szpitala klinicznego, w którym realizują ustawowe zadania dydaktyczne i naukowe w powiązaniu z udzielaniem świadczeń zdrowotnych.

- Wynika z niej jasno, iż realizacja tego obowiązku wymaga niepodejmowania działalności konkurencyjnej wobec szpitala klinicznego, który ma prawo chronić swój realnie zagrożony interes w związku z realizacją przez jego kadrę medyczną świadczeń zdrowotnych na rzecz innego podmiotu - mówi Matysiak i przypomina o zapisach w kodeksie pracy.

W imię kontraktu
Podobnie było w Łodzi. Tam również jednostki Uniwersytetu Medycznego potraciły kontrakty. Zdaniem władz rektorskich z tej przyczyny, że kadra pracowała dla konkurencji. Lekarze nie musieli zgłaszać, że po pracy na uczelni dorabiają gdzie indziej. W efekcie okazało się, że specjaliści z UM w Łodzi figurowali w dokumentacji ofertowej kilku, a nawet kilkunastu przychodni. Miało się to przyczynić do ograniczenia kontraktów dla oddziałów klinicznych czy renomowanych przychodni uniwersyteckich.

- Część obecnych problemów z dostępnością świadczeń zdrowotnych w Łodzi związana jest z ich niewłaściwym kontraktowaniem przez NFZ - mówił podczas ”Regionalnego spotkania menedżerów ochrony zdrowia" w Łodzi (22 stycznia 2012 r.), organizowanego przez wydawcę portalu rynekzdrowia.pl, rektor Uniwersytetu Medycznego prof. Paweł Górski. W jego ocenie, kontrakty otrzymywało wiele podmiotów nieprzygotowanych do ich realizacji.

- Odbywało się to na takiej zasadzie, że powstawała placówka X i nagle miała wszystkie możliwe parametry niezbędne do zawarcia kontraktu, czego nikt w Łodzi nie sprawdzał. Potem okazuje się, że parametry te zostają wypełnione dzięki zawarciu kontraktów z podmiotami publicznymi albo przez podstawianie tzw. słupów - wyjaśniał prof. Górski.

W przypadku tzw. klauzul lojalnościowych wprowadzonych przez Uniwersytet Medyczny w Łodzi chodzi o faktyczną konkurencyjność w zakresie objętym kontraktowaniem. Nie tyle o przypisanie etatowe pracownika, co o jego rzeczywistą działalność, która może niekorzystnie wpływać na funkcjonowanie podstawowego miejsca pracy, jakim jest szpital kliniczny.

Uchwała Senatu w tej sprawie nie ogranicza możliwości podejmowania pracy w gabinetach i NZOZ-ach, które nie mają kontraktów z NFZ. Dodajmy, że wśród nauczycieli akademickich zatrudnionych w uczelni jest 171 profesorów tytularnych, 192 doktorów habilitowanych oraz 872 doktorów. Na złożenie stosownych oświadczeń w sprawie dodatkowych etatów mieli czas do marca 2013 r.

Mimo próśb kierowanych do dyrektor Biura Rektora Joanny Orłowskiej, która jednocześnie pełni funkcję rzecznika prasowego, nie uzyskaliśmy odpowiedzi na temat złożonych oświadczeń i wpływu wprowadzenia zakazu konkurencji na wysokość kontraktów dla szpitali klinicznych w Łodzi.

Trudny wybór
Bez względu na ocenę efektów przeprowadzonej akcji, trzeba zgodzić się tym, że każdy pracodawca musi zabiegać o własne interesy, w tym przypadku o kontrakt z NFZ i jego wysokość. Z tego punktu widzenia klauzule lojalnościowe jakoś się tłumaczą. Ale sprawa przestaje być tak oczywista, gdy w grę wchodzi interes pacjenta. A jest nim możliwość skorzystania z pomocy wybitnego specjalisty niezależnie od tego, dla kogo pracuje.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum