Rady społeczne szpitali: mierne, bierne, ale wierne?

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 18 sierpnia 2014 06:20

Po listopadowych wyborach samorządowych rozpocznie się proces wymiany składów rad społecznych szpitali. Nie wszędzie i nie z dnia na dzień. Tylko tam, gdzie nowi burmistrzowie i prezydenci będą chcieli pozbyć się dyrektorów samorządowych szpitali. Członkowie rad mogą wnioskować o ich odwołanie.

Czteroletnie kadencje rad społecznych szpitali nie pokrywają się z terminami wyborów samorządowych (w najbliższych wyborach wybierzemy blisko 47 tys. radnych gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich oraz blisko 2,5 tys. wójtów, burmistrzów i prezydentów miast). Rewolucji personalnej nie będzie, bo jedno nie przekłada się na drugie. Tym niemniej pochodzące z rekomendacji lokalnych polityków rady społeczne szpitali mają polityczny rodowód i są czułe na polityczne zawirowania.

Narzędzie w rękach polityków
- Ogromnym problemem jest upolitycznienie rad społecznych. Rady są po części narzędziem w rękach polityków. Są potrzebne, ale bywają wykorzystywane do bieżących celów - uważa Bolesław Gębarski, prezes zarządu Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich.

Ma dobre rozeznanie w sprawach rad społecznych. Jest członkiem rady społecznej Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. Przez lata jako dyrektor Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich współpracował z radą społeczną. Teraz, po przekształceniu szpitala w spółkę, współpracuje z radą nadzorczą.

- Raczej nie będzie automatycznej wymiany. Jeśli gdzieś dojdzie do zmian we władzach samorządowych, to rady mogą być wykorzystane do zmian na stanowiskach dyrektorów szpitali, ponieważ mogą wnioskować o ich odwołanie. Jeśli rada jest posłuszna, to można się nią posłużyć - twierdzi prezes Gębarski.

Dodaje, że potwierdza to wiele przykładów, nie tylko na poziomie większych lub mniejszych placówek ochrony zdrowia. Przypomina sytuację, gdy na Śląsku odwoływano dyrektorów NFZ. Gdy jedna rada społeczna oddziału wojewódzkiego NFZ nie zgodziła się, odwołano ją i powołano nową, która zaakceptowała odwołanie dyrektora oddziału i powołanie następnego.

Zwraca też uwagę, że aby zostać członkiem rady, nie trzeba spełniać wymogów merytorycznych. Trafiają do nich również osoby przypadkowe. Tymczasem stopień skomplikowania problemów w ochronie zdrowia jest tak duży, że osoby zasiadające w radach, które nie miały związku z ochroną zdrowia, są jak dzieci we mgle.

Nie ma fachowców, są znajomi
- Tego nie można nauczyć się w tydzień - mówi Bolesław Gębarski i zwraca uwagę, że inaczej jest z radami nadzorczymi. Żeby w nich zasiadać, trzeba zdać egzamin państwowy (w przeciwieństwie do rad społecznych ich członkowie pobierają wynagrodzenia - red.). Jednakże nie ma kadry, którą można zasilać rady społeczne i rady nadzorcze.

Przekonał się o tym burmistrz Miastka Roman Ramion. W styczniu ogłosił konkurs na członków rady nadzorczej Szpitala Miejskiego w Miastku, utworzonego z podziału Szpitala Powiatu Bytowskiego, który także był spółką. Zgłosiło się dwóch kandydatów (rada miała być trzyosobowa). Żaden nie spełnił oczekiwań burmistrza. Pod koniec czerwca zapowiedział ogłoszenie kolejnego konkursu. Po wielu miesiącach znalazł wreszcie odpowiednich ludzi.

- Łatwo nie było. Brakuje osób z odpowiednim przygotowaniem i egzaminem państwowym upoważniającym do zasiadania w radach nadzorczych. Musiałem jednak mieć kompetentną radę nadzorczą, ponieważ jesteśmy na etapie rozliczeń finansowych ze Szpitalem Powiatu Bytowskiego - mówi nam burmistrz Ramion.

- Osoby zasiadające w radach społecznych, w przeciwieństwie do członków rad nadzorczych, nie muszą mieć żadnych kwalifikacji merytorycznych. W niektórych większych ośrodkach organizuje się dla nich szkolenia, ale w mniejszych nawet o tym się nie wspomina - zauważa dr Maciej Dercz, prawnik i naukowiec związany m.in. z Uczelnią Łazarskiego w Warszawie, ekspert Instytutu Spraw Publicznych w zakresie organizacji systemu ochrony zdrowia.

- Bywa, że zasiadają w nich osoby powiązane rodzinnie, towarzysko lub biznesowo z lokalną władzą. Natomiast ludzie z pasją, którzy chcieliby coś zmienić, nie mają na nic wpływu, bowiem kierownicy SPZOZ-ów nie muszą się z ich zdaniem liczyć - dodaje.

Dlatego, w jego opinii, rady społeczne są instytucją fasadową. - Jedyna twarda prerogatywa polega na tym, że ustalają nagrody roczne dla dyrektora, który bez pozytywnej opinii rady ich nie dostanie - zauważa dr Dercz.

Dodajmy, że ani zarząd szpitala, ani organ założycielski (podmiot tworzący) nie muszą z własnej inicjatywy zwracać się z wnioskiem do rady społecznej o wydanie opinii, a brak takiego wniosku nie narusza prawa.

Przegapiono szanse na wzmocnienie rad

Był jednak moment, kiedy można było wzmocnić rady i nadać im większe uprawniania. Mowa o okresie, kiedy debatowano nad ustawą o działalności leczniczej (zadania rad społecznych są określone w art. 48 ust. 2 ustawy z 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej). Ostatecznie jednak większość uregulowań tej ustawy pozostawiono w takim kształcie jak w poprzednio obowiązującej ustawie o zakładach opieki zdrowotnej. Wprowadzono tylko kosmetyczne korekty.

- Można było doprowadzić do wzmocnienia społecznej kontroli w szpitalach, gdy tworzono ustawę o działalności leczniczej. Niestety, z ustawy o ZOZ-ch do nowej ustawy automatycznie przeniesiono - z niewielkimi modyfikacjami - przepisy o radach społecznych. Zapomniano o tym, że rady społeczne powinny bardziej reprezentować pacjentów niż publiczne podmioty tworzące szpitale - uważa Maciej Dercz.

Twierdzi, że rady nie realizują interesu pacjenta, bo mają szczątkowe uprawnienia związane z wykonywaniem świadczeń zdrowotnych - nie mają np. realnego wpływu na ocenę dostępności i jakości świadczeń. Są jedynie organami inicjująco-opiniującymi.

Ekspert zwraca też uwagę, że w ustawie nie wyeliminowano nawet ewidentnych błędów. - W radach mogą zasiadać osoby z konkurujących między sobą podmiotów leczniczych. Prawo tego nie zabrania. Wystarczy odpowiednia rekomendacja polityczna, by w radzie publicznego szpitala znalazła się osoba będąca np. właścicielem prywatnej lecznicy - mówi Dercz, który jako jeden z pierwszych badaczy w Polsce naukowo zajął się funkcjonowaniem rad społecznych szpitali. Później w jego ślady poszli inni.

Badania socjologiczne potwierdzają jego obserwacje.

W roli konia trojańskiego
”Aż 38 proc. ankietowanych wskazało, że wśród członków rady są pracownicy konkurencyjnych podmiotów medycznych, którzy w większości znajdują się tam z nadania organu założycielskiego (sic!). Co prawda podmioty medyczne danego organu założycielskiego nie powinny prowadzić pomiędzy sobą działalności konkurencyjnej, jednak praktyka wskazuje, że do takiej konkurencji dochodzi. Członkowie rady społecznej mają dostęp do danych finansowych i planów strategicznych swoich konkurentów, mogą więc stanowić cenne źródło informacji dla macierzystych jednostek, rywalizujących o środki publiczne w tym samym zakresie działalności” - czytamy w opracowaniu dotyczącym badań przeprowadzonych w 2011 r. nt. znaczenia rad społecznych w zarządzaniu szpitalem (autorzy: Marcin Kautsch, Ewelina Woderska, Rafał Staszewski). Ich celem było określenie, na ile rady społeczne wpływają na zarządzanie szpitalem.

Zapytano dyrektorów 50 najlepszych polskich m.in. o to, kto inicjuje wydawanie opinii. Aż 92 proc. respondentów wskazało, iż to dyrekcja szpitala w głównej mierze inicjuje działalność opiniodawczą. Co znamienne, w zdecydowanej większości (84 proc. przypadków) rady społeczne nie wydały żadnej negatywnej opinii.

Okazało się również, że nie zajmowały się skargami pacjentów korzystających z usług szpitala, ”co potwierdza, że rada społeczna nie spełnia swojej społecznej roli organu nadzorującego działalność szpitala. Analiza skarg pacjentów winna być jednym z podstawowych obowiązków pracy rady społecznej, zważywszy na rosnącą świadomość pacjentów dotyczącą przysługujących im praw i zwiększającą się liczbę skarg” - postulują eksperci

 

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum