Protest szpitali powiatowych: "Przyciśnięci do muru wołamy o pomoc"

Autor: Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia • • 19 grudnia 2018 05:52

Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych w ostrych, wręcz dramatycznych słowach opisuje fatalną kondycję finansową placówek, spowodowaną rosnącymi obciążeniami i niską wyceną świadczeń. - To krzyk rozpaczy naszego środowiska - wskazują dyrektorzy szpitali.

Protest szpitali powiatowych: "Przyciśnięci do muru wołamy o pomoc"
Podczas konferencji Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych; FOT. Daniel Kuropaś/PTWP

Zarząd Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych złożył 18 grudnia br. w siedzibie Ministerstwa Zdrowia na ręce szefa resortu protest dotyczący pogarszającej się sytuacji finansowej szpitali powiatowych. - Obecnie, z powodu pewnych ruchów ministerstwa, nasze placówki stanęły  pod ścianą - stwierdził Waldemar Malinowski, prezes OZPSP.

Rosnące koszty
Chodzi przede wszystkim o wzrost kosztów związanych m.in. z wynagrodzeniami wprowadzonymi przez regulacje, które nakładają na szpitale obciążenia finansowe, a nie przekazują placówkom dodatkowych środków z budżetu lub NFZ, czy rekompensują straty tylko częściowo.

- Pierwsza z tych zmian to ustawa z 8 czerwca 2017 r. o wynagrodzeniach zasadniczych w ochronie zdrowia, dalej ustawa o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, która weszła w życie w styczniu 2018 r. i planowany wzrost najniższej płacy krajowej w przyszłym roku, podwyżki pielęgniarskie, a następnie regulacja z lipca br., gwarantująca wzrost pensji lekarzy specjalistów do poziomu 6750 zł, brutto, o ile będą pracować tylko w jednej placówce - wylicza Waldemar Malinowski.

Np. w tym ostatnim przypadku NFZ zwraca jedynie część kosztów wzrostu wynagrodzeń lekarzy, nie uwzględniając pochodnych od zwiększonego wynagrodzenia. - Podwyżki dla lekarzy specjalistów pracujących na etacie spowodowały uzasadnione roszczenia lekarzy pracujących na kontrakcie, co spowodowało następną falę żądań płacowych - dodaje Waldemar Malinowski.

Na trudną sytuację finansową szpitali powiatowych wpływa również wzrost cen prądu i postępująca inflacja. Organizacja pracodawców szpitali powiatowych przypomina ponadto, że NFZ nie tylko nie podniósł wyceny świadczeń zdrowotnych, ale w sposób istotny obniżył wycenę świadczeń w zakresie np. chorób wewnętrznych.

Zbyt niskie finansowanie
W efekcie niebagatelnego wzrostu kosztów funkcjonowania szpitala każdy dyrektor zauważył w tym roku, że niedoszacowanie wyceny procedur jest kolosalne. - Jeden z naszych dyrektorów powiedział na spotkaniu w ministerstwie, że jeśli już miał stratę, to nigdy nie przekraczała poziomu ok. 2 mln zł, a amortyzacji - 4 mln zł, więc płynności de facto nie tracił. W tym roku może jednak osiągnąć stratę na poziomie 10 mln zł, więc taka jest skala problemu - wskazuje Malinowski.

Pracodawcy podkreślają, że przy tej wycenie świadczeń stoją już pod murem, nie są w stanie dalej tak funkcjonować, a organy założycielskie nie będą w stanie pokryć strat, które wygenerują  szpitale.

- Od roku 2017 r. nasze ryczałty de facto zwiększyły się do 2 proc. To nie jest procent, który nas zadowala, dlatego że koszty wzrosły o wiele więcej. Np. koszty leków, obsługi, wzrost wynagrodzenia minimalnego w gospodarce powoduje od razu podniesienie cen usług outsourcingowych, bo firma zewnętrzna ma prawo do takich podwyżek - przypomina szef OZPSP.

W rezultacie, choć dyrektorzy szpitali nie zamierzają łamać ustawy o finansach publicznych, do tego w tej chwili zmierzają. - Na razie możemy zwiększyć przychody szpitali wyłącznie przez zwiększenie ilości świadczeń. Ale personel szpitalny ma swoje granice wytrzymałości. Lekarze czy pielęgniarki więcej pracować nie są w stanie. Muszą wzrosnąć ceny świadczeń - wskazuje Jerzy Friediger, członek Naczelnej Rady Lekarskiej.

Pielęgniarki czy łóżka szpitalne?
Największym jednak problemem, przed którym stoją wszystkie szpitale, jest wejście w życie od 1 stycznia 2019 r. nowych minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek i położnych.

- Wiadomo doskonale, że w Polsce brakuje pielęgniarek. Nagle pojawia się rozporządzenie, które zwiększa liczbę zatrudnionych pielęgniarek dość znacznie, bo w przeciętnym szpitalu o ok. 60 osób. Skąd mamy wziąć tych pracowników? Ale rozliczani z tych wymogów będziemy jak najbardziej - mówi Jerzy Friediger.

- Jakie będą konsekwencje wprowadzenia tego rozporządzenia? Nasza ankieta przeprowadzona w 100 szpitalach powiatowych wykazała, że albo zlikwidujemy 4,5 tys. łóżek, albo będziemy musieli zatrudnić 3,5 tys. pielęgniarek, co jest nierealne - zaznacza z kolei prezes OZPSP.

Pracodawcy zastanawiają się, czy jeśli szpital z powodu braku pielęgniarek będzie musiał ograniczyć swoją działalność, załóżmy z oddziału internistycznego 40-łóżkowego zrobi 25-łóżkowy, z chirurgicznego 30-łóżkowego zrobi 15-łóżkowy itd., to czy taka placówka będzie miała w ogóle rację bytu? Ich zdaniem nowe normy mogą spowodować, że niektóre placówki przestaną spełniać funkcję szpitala powiatowego.

- Nic nie przyniosły także apele dyrektorów o to, żeby zawód opiekunki pojawił się w świadczeniach koszykowych, bo pielęgniarka naszym zdaniem, już niedługo stanie się zawodem elitarnym i świadczenia opiekuńcze będą wykonywane przez inne zawody. Ale nasze argumenty nie znalazły posłuchu, a mamy duże braki kadrowe i jeśli pójdzie na emeryturę większa liczba pielęgniarek, to będziemy mieli za chwilę potężny problem - przypomina Waldemar Malinowski.

Niekontrolowana czy celowa likwidacja?
Prezes OZPSP podkreśla, że związek bardzo aktywnie uczestniczył w konstruowaniu reformy wdrażającej sieć szpitali. - W tym momencie musimy powiedzieć, że jesteśmy zawiedzeni rozwojem sytuacji, tak naprawdę nie wiemy, dokąd zmierza ta reforma, nie wiemy też jaka jest w niej nasza rola - podsumowuje prezes Malinowski.

Niepokój pracodawców budzi to, że może dojść do niekontrolowanego zamykania oddziałów, a nawet szpitali. Wprowadzane regulacje, bez zapewnienia środków finansowych na ich realizację, mogą doprowadzić w konsekwencji do znacznego ograniczenia dostępności świadczeń w szpitalach powiatowych. Nikt oficjalnie nie zrobił żadnej symulacji, jakie skutki może przynieść np. rozporządzenie o normach pielęgniarskich.

Co więcej, w liście otwartym do ministra zdrowia przedstawiciele powiatowych lecznic wprost wyrażają swoje opinie, że „działania te podejmowane są w sposób celowy, a celem  ich jest doprowadzenie do likwidacji łóżek, a nawet części szpitali powiatowych bez oglądania się na skutki społeczne takich decyzji, ponieważ nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że Ministerstwo Zdrowia nie zdaje sobie sprawy z oczywistych skutków prowadzonej wobec naszych Szpitali polityki” - czytamy  w liście.

- Rozumiem, gdy minister mówi, że jest za dużo łóżek szpitalnych w naszym kraju. Ale w takim razie trzeba powiedzieć otwarcie, że część szpitali musimy zamknąć - podkreśla Waldemar Malinowski.

Podobnego zdania jest Jerzy Friediger z Naczelnej Rady Lekarskiej: - Nie wierzę, że wprowadzając pewne zasady rozliczeń i finansowania, ich twórcy nie wiedzą, po co to robią. Tylko że cieszyłbym się, gdyby to było jasno powiedziane - podkreśla.

Chodzi o to, że do takiego rozwiązania trzeba przygotować powiat oraz pracowników placówki. - Dlatego, że w takim powiecie opieka zdrowotna w odpowiednim wymiarze poradni POZ i AOS mus odpowiednio funkcjonować, aby pacjenci mieli dobrą opiekę medyczną - zaznacza szef OZPSP.

Kukułcze jajo?
Jak stwierdza Krzysztof Żochowski, wiceprezes OZPSP, przy okazji takiego spotkania, jak to wtorkowe (18 grudnia) w ministerstwie, które było krzykiem rozpaczy środowiska, ciężko wypracować konkretne rozwiązania.

- Ważny jest jednak dialog. Wszystkim zależy na bezpieczeństwie zdrowotnym Polaków, a cechą dyrektorów szpitali powiatowych jest to, że jesteśmy blisko ludzi, na pierwszej linii frontu. I tą wiedzą chcemy wspierać działania resortu w kierunku większej skuteczności, efektywności wydawania pieniędzy publicznych - wskazuje.

Andrzej Bujnowski, członek zarządu OZPSP zwraca uwagę na to, że związany z poziomem finansowania szpitali narasta: - Wiemy, że w systemie znajdują się pieniądze na wybrane dziedzin. Z drugiej strony istnieje w tej chwili bardzo duże zagrożenie ciągłości dla funkcjonowania szpitali powiatowych i bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów.

- Dzisiaj czujemy się takim podrzuconym kukułczym jajem, którym się nikt nie zajmuje. Z jednej strony dbamy o jakość i efektywność, bo w tej biedzie musimy sobie jakoś radzić. Ale z drugiej strony, przyciśnięci do muru, wołamy o pomoc. To nasz krzyk rozpaczy, żebyśmy ani my, ani NFZ nie musieli wypowiadać umów - podsumowuje Andrzej Bujnowski.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum