Prezes Szpitala Bródnowskiego o zakażeniach: oddziały są dzielone, jedna połowa pracuje, druga czeka

Autor: PAP/Rynek Zdrowia • • 02 kwietnia 2020 19:45

- Zostaliśmy z pięćdziesiątką pacjentów na oddziale. W ciągu 1-2 godzin musieliśmy zabezpieczyć pracowników na tym oddziale, a przy absencji w pracy blisko 35 proc. personelu medycznego jest to praktycznie niewykonalne - mówi w rozmowie z PAP Teresa Maria Bogiel, prezes Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego w Warszawie. Informuje też, że w czwartek (2 kwietnia) został otwarty oddział chorób wewnętrznych i gastroenterologii, gdzie pojawiło się pierwsze ognisko zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2.

Teresa Maria Bogiel, prezes Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego w Warszawie. Fot. PTWP (archiwum)

Prezes Szpitala Bródnowskiego mówi w rozmowie z PAP, że wszyscy pacjenci, którzy uzyskali dodatni wynik testu na COVID-19, zostali przewiezieni ze Szpitala Bródnowskiego do szpitali zakaźnych, m.in. w Ostrołęce i MSWiA w Warszawie. Informuje też, że na 414 przebadanych pracowników szpitala - 61 ma dodatni wynik testu, z czego 43 to przypadki potwierdzone, a reszta wymaga powtórnego badania. W sumie to około 15 procent personelu.

PAP: Jak wygląda sytuacja w chwili obecnej w Mazowieckim Szpitalu Bródnowskim?
Teresa Maria Bogiel:
- Chyba opanowaliśmy sytuację. Oddział gastroenterologii i chorób wewnętrznych, gdzie pojawił się pierwszy zakażony COVID-19, został już wysprzątany i zdezynfekowany. W czwartek rano został ponownie uruchomiony i ruszyliśmy z przyjmowaniem pacjentów. Lekarze i panie pielęgniarki wracają do pracy z kwarantanny. Na szczęście większość z nich powraca w dobrym stanie. Tak więc, rozpoczynamy normalną pracę. W międzyczasie będziemy czyścić siódme piętro, tj. oddział diabetologii i chorób wewnętrznych, gdzie pojawiło się ognisko zapalne.

- Co się dzieje z zakażonymi pacjentami?
- Wszyscy zakażeni pacjenci zostali przewiezieni już do szpitali zakaźnych. Ostatni pacjenci, którzy są wywożeni ze Szpitala Bródnowskiego, to chorzy z siódmego piętra z oddziału chorób wewnętrznych i diabetologii. Są transportowani do Ostrołęki. Nie przewozimy pacjentów wyłącznie do szpitala MSWiA w Warszawie.

- Dochodzą sygnały, że pacjenci są przewożeni w nocy. Dlaczego to się dzieje o tak późnej porze?
- Ten dyskomfort wynika tylko i wyłącznie z faktu, że w chwili obecnej jest po prostu za mało odpowiednich środków transportu. Do przewiezienia pacjentów zakażonych koronawirusem muszą przyjechać ratownicy medyczni w odpowiednich strojach, a pacjentów zakażonych jest coraz więcej. Nasz szpital zamawia karetki, ale one mają teraz takich zamówień mnóstwo. Dlatego przyjeżdżają wieczorem, ale raczej nie w nocy. Tak więc przewoziliśmy naszych pacjentów o takich porach nie z tego względu, że baliśmy się opinii publicznej, tylko po prostu dopiero w godzinach wieczornych mieliśmy udostępniony odpowiedni transport.

- Rzecznik szpitala informował PAP kilka dni temu, że łącznie zakażonych pacjentów jest 43. Czy ta liczba jest aktualna?
- Nie. To był stan aktualny na tamten dzień. W chwili obecnej do tej liczby doszło jeszcze kilka osób z dodatnim wynikiem testu. Dwóch na oddziale intensywnej terapii, jeden na chirurgii i jeden na neurologii. W sumie nowych zakażonych było nie więcej, niż czterech pacjentów, a więc łącznie 47 w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Ale każdego dnia może się okazać, że ta liczba jest już nieaktualna. Sytuacja jest dynamiczna. Chcę też podkreślić, że nie jest też tak, że wszyscy zakażeni pojawili się w jednym dniu. To łączna liczba zakażonych od 20 marca do 1 kwietnia. I tych pacjentów już przekazaliśmy do szpitali jednoimiennych.

- Oddział, który zostanie w czwartek uruchomiony, był ogniskiem zapalnym w Szpitalu Bródnowskim?
- Tak. Pierwsze zdarzenie było na szóstym piętrze na oddziale chorób wewnętrznych i gastroenterologii, a pierwszym zakażonym pacjentem był jeden, jedyny lekarz. Nie wiadomo, gdzie miał kontakt z osobą zakażoną, był osobą bezobjawową do dnia wykonania testu. Zrobił sobie test poza naszym szpitalem. Test okazał się dodatni. Tylko że wykonał test w momencie, kiedy miał pierwsze objawy chorobowe. Natomiast przez 14 dni przed pojawieniem się objawów mógł zarażać wszystkich wokół, również w szpitalu. Nikt, łącznie z lekarzem, nie był świadomy tego ryzyka i nie mógł być świadomy.

- Jakie były działania szpitala, kiedy dowiedzieliście się, że jeden z waszych lekarzy ma koronawirusa?
- W momencie uzyskania informacji, że lekarz ma dodatni wynik testu, uruchomiliśmy procedurę zgodnie z wytycznymi Sanepidu. A więc weryfikowaliśmy personel (to tzw. określenie możliwości kontaktów), zaczęliśmy badać wszystkich pracowników tego oddziału, odsunęliśmy personel medyczny od pacjentów, następnie wysłaliśmy ich na kwarantannę. Zostaliśmy jednak z pięćdziesiątką pacjentów na oddziale. W ciągu 1-2 godzin musieliśmy zabezpieczyć pracowników na tym oddziale, a przy absencji w pracy blisko 35 proc. personelu medycznego jest to praktycznie niewykonalne. I tu dziękujemy wszystkim pracownikom za pomoc, szczególnie w tych pierwszych trudnych dniach.

- Jaka była reakcja pracowników, którzy zostali wtedy skierowani do pracy na oddział gastroenterologii?
W związku z tym, że 100 proc. personelu tego oddziału zakwalifikowało się do kwarantanny, pracownicy spoza tego oddziału dopytywali, jakim prawem oni mają pracować na oddziale gastroenterologii, gdzie bezmyślny lekarz z dodatnim wynikiem zakaził pacjentów i pracowników. Wywołało to agresję u tych pracowników. Nie chcieli chodzić na inne piętra zakażone koronawirusem. Zaczęły się szykany i niesłuszne doniesienia pod adresem spółki i dyrekcji.

- Czy prośba o pracę na oddziale, gdzie wykryto wirusa, nie narażała tych pracowników na zakażenie się wirusem?
- Obecnie istnieje ryzyko zakażenia każdego pracownika i pacjenta, nie tylko w szpitalu. Widać to w skali całej Polski. Oczywiście pracownicy, którzy zostali tam skierowani, mieli odpowiednie stroje maski, fartuchy, buty, cały niezbędny sprzęt. Ale ktoś się musiał zająć pacjentami. Po prostu nie mogliśmy odstąpić od leczenia pacjentów.

- To była prośba ze strony szpitala, czy polecenie?
- W większości to była prośba. Jedna osoba dostała polecenie na piśmie, wszyscy pozostali zostali poproszeni o możliwość pomocy. Była to właściwa organizacja pracy w oddziale dostosowana do sytuacji kryzysowej, z którą mamy do czynienia co najmniej od miesiąca. Jednak w międzyczasie zaczęły pojawiać się kolejne ogniska zapalne w szpitalu. Albo lekarze z siódmego piętra, tj. z oddziału chorób wewnętrznych i diabetologii, którzy zeszli na szóste, by opiekować się pacjentami z gastroenterologii, przenieśli wirusa na siódme piętro, albo ktoś inny przyniósł go z innego kontaktu.

Trudno teraz ustalić, w jaki sposób wirus pojawił się na siódmym piętrze. Pracownicy tego oddziału są w chwili obecnej na kwarantannie. Zakażeni pacjenci - wywiezieni do szpitali zakaźnych. A pacjenci bez dodatniego wyniku - przeniesieni na oddział kardiologii. Badania wszystkich pacjentów przyjmowanych do szpitala wskazały już trzy osoby z dodatnim COVID-19, a to pokazuje, jak różne mogą być drogi wejścia wirusa do szpitala.

- Ale kardiologia też została zakażona.
- Tak, w kolejnych dniach okazało się, że pani pielęgniarka z oddziału kardiologii po teście weryfikującym, który wprowadziliśmy jako standardy, jest dodatnia, a była bezobjawowa i to wpłynęło na zespół kardiologii. Na szczęście, pacjentów dodatnich poza 4 przypadkami na 45 łóżkowy oddział, nie było więcej. Poza tym wprowadziliśmy takie same restrykcyjne procedury jak w poprzednich oddziałach.

- To już trzeci oddział. Gdzie jeszcze pojawił się wirus?
- Potem się okazało, że też jest zakażona jedna pielęgniarka na chirurgii. Kolejną zakażoną osobą była salowa. Ale nie wiadomo, jak doszło do zakażenia. Niestety, lekarze i pielęgniarki nie pracują tylko w jednym szpitalu, mimo naszej prośby i komunikatu o ograniczenie miejsc pracy do jednego.

- Jak przedstawia się sytuacja personelu medycznego w szpitalu. Ile osób jest zakażonych?
- Na 414 przebadanych pracowników - 61 ma dodatni wynik testu (43 potwierdzonych, reszta wymaga powtórnego badania), przy czym większość to osoby bezobjawowe. W sumie to około 15 procent personelu.

- Każdy pracownik może mieć wykonywany test?
Wprowadziliśmy system testów przesiewowych u całego personelu. Jeśli jednak pracownik źle się czuje, testy wykonuje się natychmiast, nie patrząc na przyjętą kolejność. Nie możemy ryzykować, aby nawet w przypadku objawów zwykłej grypy nie wykonać testu i narazić pacjentów oraz personel.

- Który moment był najtrudniejszy dla szpitala?
- Najtrudniejszy był pierwszy tydzień. Nie mogliśmy zrobić testów pacjentom tego samego dnia po kontakcie, bo to by nic nie dało. Zrobiliśmy je wtedy, kiedy ten wynik mógł być miarodajny. Dlatego pacjenci z kontaktu musieli być do 7. dnia obserwowani w oddziale, a następnie mieli wykonane testy. W tym czasie cały personel z tego oddziału był na kwarantannie.

- Na których oddziałach jest obecnie problem?
- Działamy tak, jak wymagają tego od nas procedury. Oddziały są dzielone na połówki. Jedna połowa pracuje, druga czeka. Zminimalizujemy w ten sposób ryzyko zakażenia całych oddziałów. Problem może pojawić się w każdej chwili. Obecnie źródłem zakażenia może być każda osoba i każde miejsce. Dlatego wprowadzone przez nas ponadstandardowe procedury weryfikacji pacjentów i personelu mają zapewnić maksymalnie bezpieczeństwo. Izolacji podlegają neonatologia, kardiologia, chirurgia, ginekologia, interna, okulistyka, OIT oraz neurochirurgia.

- Kiedy zostaną uruchomione pozostałe oddziały?
- Każdy oddział jest kolejno czyszczony i uruchamiany. Limituje nas kwarantanna. Jednak w przypadku wyników ujemnych u pracowników w połowie kwarantanny występujemy do służb sanitarnych o skrócenie okresu i otwieramy na bieżąco poszczególne oddziały.

- A co z absencją wśród personelu, czy szpital daje sobie radę?
Tak, po wprowadzeniu systemowych testów weryfikacyjnych wykryliśmy 4 dodatkowe bezobjawowe osoby: w oddziale chirurgii, neurochirurgii i okulistyki. Po wykonaniu potrójnych testów okazało się, że jest dwóch dodatnich pacjentów w OIT oraz dwóch pacjentów przyjętych przez SOR do oddziału neurochirurgii. Mamy jednak podejrzenia poparte informacjami z innych szpitali, że część wyników może być fałszywie dodatnich. W związku z tym powtarzamy te badania w innym laboratorium.

Na dzień wczorajszy mieliśmy ponad 400 osób na zwolnieniach lekarskich, na prawie 1300 pracowników (wraz z osobami współpracującymi szpital zatrudnia blisko 1800 osób). To dużo, ale dajemy radę dzięki pozostałemu personelowi oraz faktowi, że nie są wykonywane planowe zabiegi. Wszyscy są zaangażowani w pracę. Jednak ze względu na narastające ryzyko zakażenia, personel pracuje w możliwie maksymalnym systemie pracy dyżurowej - 24 godziny, nie mniej.

- Czy prawdą jest, że planujecie zamknąć szpital?
- Nie. Nigdy nie było takich planów. Nie ma takiej potrzeby. Nowi pacjenci są przyjmowani. Szpital funkcjonuje. Przykład? Kiedy otworzymy na nowo gastrologię, to wyczyścimy Internę. I tak kolejno.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum