Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia | 24-07-2015 14:40

Pracownicy sanepidu wyjdą na ulice. Mają dość głodowych pensji

Pracownicy sanepidów będą protestować. Ogólnopolska akcja ma się rozpocząć po wakacjach - zapowiadają związkowcy z Solidarności. Nie będzie to pierwszy protest płacowy tej grupy zawodowej. Poprzednie nic nie dały.

Pracownicy sanepidów będą protestować, mają dość głodowych pensji. Fot. PTWP

- Przeprowadzimy ogólnopolską akcję protestacyjną. Podwyżek nie było od 2009 r. Na rękę dostajemy 1 400 zł. Jak za to wyżyć? - mówi nam Dorota Walczak, przewodnicząca Sekcji Krajowej Pracowników Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych Solidarność.

Dodaje, że spotkanie Sekretariatu Ochrony Zdrowia Solidarności z przedstawicielami MZ, do którego doszło w czwartek (23 lipca), nie zmieniło sytuacji. - Planuje się podwyżki dla pielęgniarek, ale nie dla pracowników sanepidów.

MZ wydało lakoniczny komunikat o tym, że ”reprezentanci Solidarności podzielili pogląd o konieczności podniesienia płac pielęgniarek i położnych, postulując jednocześnie objęcie podwyżkami pozostałych grup pracowników medycznych”.

Po spotkaniu wiceministra Cezarego Cieślukowskiego zapowiedziano odrębną naradę, z szerszą reprezentacją związkową, o problemach Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Solidarność skomentowała obrady mniej dyplomatycznie: ”Na dzień dzisiejszy ministerstwo nie planuje objęcia regulacjami płacowymi pozostałych grup zawodowych. Minister Cieślukowski zobowiązał się jedynie do przedstawienia postulatów NSZZ Solidarność ws. wzrostu płac dla wszystkich grup zawodowych na posiedzeniu kierownictwa resortu” - można przeczytać na stronie internetowej Sekretariatu Ochrony Zdrowia.

Jednocześnie władze związku zwróciły się do ”struktur regionalnych o rozpoczynanie i kontynuowanie sporów zbiorowych dotyczących wzrostu wynagrodzeń”.

Przełomu nie było, będą protesty
Konkretne plany akcji protestacyjnych zostaną ogłoszone na początku września (przed wyborami parlamentarnymi). Będą one organizowane wspólnie z innymi związkami zawodowymi zrzeszającymi pracowników różnych zawodów medycznych.

Sprawa płac jest o tyle skomplikowana, że inspekcja sanitarna merytorycznie podlega ministrowi zdrowia (poprzez Głównego Inspektora Sanitarnego), ale jej działalność finansują wojewodowie. Dorota Walczak jest z nimi w stałym kontakcie. - Na nasze postulaty odpowiadają niezmiennie, że nie mają pieniędzy.

”Taka podległość jest niekorzystna dla państwa, nieracjonalna i utrudnia realizację zadań z zakresu zdrowia publicznego. Kto inny wydaje polecenia do wykonania, a kto inny je finansuje” - oceniono w stanowisku przyjętym w czerwcu br. podczas obrad Walnego Zebrania Delegatów Sekcji Krajowej Pracowników Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych NSZZ Solidarność w Bałtowie (woj. świętokrzyskie).

Podkreślono, że ”obszar zadaniowy inspekcji jest bardzo szeroki i może być efektywnie realizowany w przypadku zachowania jednolitej polityki w obrębie kraju z gwarancją zarządzania bezpieczeństwem sanitarnym w sposób jednolity i skoordynowany poprzez GIS i Ministerstwo Zdrowia”.

Jednym słowem, związkowcy chcą, by sanepid przeszedł na garnuszek ministra zdrowia.

Jeśli nie minister, to może premier?
Jeszcze dalej idą propozycje ekspertów Business Centre Club (BCC). Uważają, że inspekcja sanitarna (podobnie jak inne urzędy odpowiedzialne za nadzór nad warunkami zdrowotnymi żywności) powinna wchodzić w skład jednego urzędu podległego bezpośrednio premierowi.

"Powinien to być krajowy odpowiednik Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności" - postuluje BCC w przesłanym portalowi rynekzdrowia.pl w maju ubiegłego roku oświadczeniu.

Jednakże problemem na dziś są płace, a nie propozycje zmian organizacyjno-strukturalnych. W sanepidzie zarabia się grosze. Ok. 75 proc. zatrudnionych dostaje poniżej 2 tys. zł. Wg oficjalnych danych GIS, w 2014 r. średnie wynagrodzenie wynosiło 2 986 zł. Pracownicy nie mieli podwyżek od wielu lat. Trudno się dziwić, że się buntują.

Poprzednio nic nie wskórali. Np. w listopadzie 2012 r., gdy urządzili pikietę przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, na sztandarach mieli te same co dziś hasła: domagali się włączenia Państwowej Inspekcji Sanitarnej w struktury resortu zdrowia oraz podwyżki zarobków.

Dorabiają na boku
Niskie wynagrodzenia są przyczyną nadużyć, do których dochodzi czasem w stacjach sanitarno-epidemiologicznych. Swego czasu funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego nakryli szefa Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Szczecinie na tym, że płacił swym pracownikom za zlecenia, które pokrywały się z zakresem ich obowiązków. Straty budżetu państwa oceniono na prawie 740 tys. zł.

Tajemnicą poliszynela jest, że tego rodzaju praktyki nie należą do rzadkości.

Degradację tej grupy dostrzegają przedsiębiorcy, kontrolowani przez inspektorów. Pewien restaurator, jak informuje Gazeta Wyborcza, usłyszał od nich: "Będzie pieczątka, ale wcześniej chcemy dostać obiad".

Tymczasem inspektorom sanepidu przybywa zadań (ostatni przykład to akcja przeciwko dopalaczom), ale nie idą za tym pieniądze. Likwiduje się natomiast - żeby było taniej - oddziały laboratoryjne w jednostkach powiatowych.

Na razie jak grochem o ścianę
- Na dłuższą metę ten stan jest nie do utrzymania - przyznaje Jan Bondar, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego, którego zapytaliśmy, czy GIS podejmował starania o pieniądze na wynagrodzenia (choć nie jest to jego ustawowy obowiązek).

Usłyszeliśmy, że z uwagi na zwiększenie zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej wynikających z ustawy z 8 października 2010 r. o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, GIS wystąpił do ministra zdrowia o zwiększenie budżetu na 2014 r. Ograniczenia budżetu na 2014 r. nie pozwoliły jednak na realizację tego wniosku.

Podobne kroki zostały podjęte w tym roku. GIS zwrócił się do MZ z prośbą o rozważenie podjęcia działań zmierzających do poprawienia sytuacji finansowej jednostek Państwowej Inspekcji Sanitarnej, w zakresie zwiększenia wysokości wynagrodzeń pracowników stacji sanitarno-epidemiologicznych. Minister zdrowia pismem z 4 maja 2015 r. wystąpił w tej sprawie do ministra finansów.