Nie ugasimy pożarów w DPS-ach nakazami pracy i rzuceniem paru rękawiczek czy maseczek

Autor: Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia • • 22 kwietnia 2020 05:57

W domach opieki społecznej i zakładach opiekuńczo-lecznicznych pączkują kolejne ogniska koronawirusa. Stowarzyszenia i organizacje branżowe już od kilkunastu dni przestrzegały, że pojawienie się wirusa w zakładach opieki długoterminowej to prosta droga do katastrofy. Rząd uspokaja, że kontroluje sytuację. Czy na pewno?

Nie ugasimy pożarów w DPS-ach nakazami pracy i rzuceniem paru rękawiczek czy maseczek
Fot. Archiwum (zdjęcie ilustracyjne)

10 kwietnia br. GIS poinformował, że zachorowania w domach pomocy społecznej to 6,6 proc. wszystkich zakażeń SARS-CoV-2. Zdaniem Inspektoratu wskazuje to na pilną konieczność przestrzegania procedur i umiejętne używanie dostępnych środków ochrony indywidualnej.

Z kolei według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej obecnie (stan na 20 kwietnia 2020 r.) mamy 24 DPS-y, które są w kwarantannie, na łączną liczbę 824 takich placówek w Polsce. Zakażonych koronawirusem jest tam 311 osób, to jest 0,39 proc. ogółu mieszkańców DPS-ów. W całej Polsce w DPS-ach mieszka ok. 80 tys. osób.

Minister zdrowia kilka dni przypominał zbliżone liczby i konstatował, że „skala zjawiska na szczęście jeszcze nie jest tak drastyczna, jak by się wydawało”, choć przyznawał, że „jednostkowe dramaty w DPS są bardzo poważne”.

Jednak sytuacja w coraz większej liczbie DPS-ów jest na tyle poważna, że MZ już ponad tydzień temu zalecało, aby wszyscy pracownicy, którzy stawiają się do pracy, mieli wykonany pomiar temperatury ciała. U pensjonariuszy oprócz temperatury miała być mierzona częstość oddechów. Czy to wystarczy?

- Powinniśmy w Polsce natychmiast wprowadzić w każdym zakładzie opieki długoterminowej ograniczenia możliwości transmisji wirusa, tworząc m.in. odrębną śluzę wejścia, gdzie należy mierzyć temperaturę czy dezynfekować ręce. Tam gdzie przyjmowani są nowi podopieczni standardem powinna być 14-dniowa izolatka. Inaczej nie poradzimy sobie ze skalą zakażeń - już 11 kwietnia br. apelowała Elżbieta Szwałkiewicz prezes Koalicji „ Na pomoc niesamodzielnym” i b. konsultant krajowa w dz. pielęgniarstwa przewlekle chorych.

Kadrowy dramat
Ze względu na masowe zakażenia koronawirusem wśród podopiecznych i pracowników domów pomocy społecznej czy zakładów opiekuńczych największym bieżącym problemem w niektórych placówkach stały się braki kadrowe (jak np. w domach pomocy i domach opieki w Kaliszu, Bochni, Tomczycach, Drzewicy, Warszawie, Niedabylu).

Dlatego MZ zapewniało, że analizuje sytuację w domach opieki społecznej i wszędzie tam, gdzie to będzie konieczne, wskaże dodatkową opiekę pielęgniarską. Decyzja o ewentualnym kierowaniu personelu na podstawie tzw. nakazu pracy do tych placówek należy jednak do wojewodów.

Po takie narzędzie sięgnął m.in. wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł. Znalazły się osoby, które - zgodnie z ustawą o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi - nie powinien objąć taki nakaz.

- Z jednej strony są to zawody związane z bezpieczeństwem publicznym i wszyscy pracujący w takich zawodach muszą się liczyć z nakazami pracy - to akurat mnie nie dziwi – komentuje dla Rynku Zdrowia prezes Elżbieta Szwałkiewicz. - W dramatycznej sytuacji osoby zarządzające mają takie kompetencje, żeby powiedzieć pielęgniarce: „finansujemy pani pracę ze środków publicznych i życzymy sobie, że wykonywała pani teraz zadanie w określonym miejscu”.

Co prawda, jak obserwujemy, wiele osób, które dostało taki nakaz, nie zgłosiło się do pracy i np. poszło na zwolnienia lekarskie.

- Jeśli popatrzeć na średnią wieku pielęgniarek, na warunki ich pracy, na latami kompletny brak bhp, na dźwiganie ciężarów, na pracę na zmiany, do tego są to jeszcze często matki, to możemy się dziwić, że taka kobieta jest schorowana? - dopytuje Elżbieta Szwałkiewicz.

- Ponadto odkąd pielęgniarki, naśladując lekarzy, zaczęły pracować non stop w wielu miejscach, to mamy efekt jaki mamy. Nie można im zarzucić, że są zdrowe i ukrywają się za zwolnieniem lekarskim; wręcz przeciwnie, są schorowane, zmęczone, tyle że ciągną resztką sił, bo mają do utrzymania rodzinę - dodaje prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”.

Pomogą zakony, stowarzyszenia?
Prof. Barbara Bień, kierownik Kliniki Geriatrii na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, mówi wprost, że „z niewolnika nie ma pracownika”.

- Po pierwsze, trzeba szukać potencjału wsparcia w różnego typu stowarzyszeniach, nie tylko religijnych, np. zakonach, ale i w organizacjach pozarządowych. Wystarczy wtedy jedna fachowo przygotowana osoba, która pokieruje, natomiast nie ma potrzeby innych pielęgniarek od ich pracy odciągać - wskazuje prof. Bień. - Słyszałam, że nakaz pracy dostała nawet osoba, która skończyła licencjat pielęgniarski przed wieloma laty i ani dnia nie pracowała jako pielęgniarka - dodaje geriatra.

Po drugie, jak wskazuje konsultant wojewódzka, ważna jest forma współpracy rządu ze środowiskiem. - Wszystko można załatwić, ale tylko po dobroci, własnym przykładem, a nie nakazami, bo nie ma stanu wyjątkowego, a faktycznie jest jeszcze gorzej - ocenia prof. Bień.

Tylko w jednej placówce, ale więcej pieniędzy
Siłą rzeczy ryzyko zakażenia koronawirusem i śmierci mieszkańców instytucji całodobowych jest radykalnie wyższe niż w przypadku innych grup, gdyż podopieczni DPS-ów czy zakładów opiekuńczych są zwykle wiekowi, z wielochorobowością, już z osłabioną odpornością.

- Mamy okres bezobjawowego przechodzenia choroby, testowanie opiekunów też zawodzi, więc jak w banku możemy się spodziewać zwiększonego ryzyka zakażeń wśród podopiecznych - wskazuje Barbara Bień. Dlatego jej zdaniem trzeba byłoby wprowadzić jakąś jednoetatowość, żeby pracownicy byli na tyle usatysfakcjonowani wynagrodzeniem za pracę, aby nie musieli szukać wielu pracodawców.

W MZ już dawno zauważyli problem. - Chcemy, aby osoby, które pracują w DPS-ach, ograniczyły swoją działalność do jednego miejsca pracy; chcemy im to zrekompensować finansowo, bo wiemy, że ludzie pracują w wielu miejscach nie dlatego, że chcą, tylko zmusza ich do tego sytuacja finansowa - powiedział 21 marca br. wiceminister zdrowia Waldemar Kraska. Odniósł się w ten sposób do opublikowanego właśnie projektu rozporządzenia ministra zdrowia ws. standardów w zakresie ograniczeń przy udzielaniu świadczeń opieki zdrowotnej pacjentom innym niż z podejrzeniem lub zakażeniem wirusem SARS-CoV-2.

To rozporządzenie zakłada, że pracownicy medyczni z wykazu stanowisk określonych w rozporządzeniu nie będą mogli udzielać świadczeń zdrowotnych pacjentom innym niż z podejrzeniem lub zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. Z kolei minister zdrowia zobowiąże NFZ do przekazania podmiotom leczniczym środków finansowych na przyznanie pracownikom dodatkowych środków.

Wymogi bez finansowania
Problem w tym, że, jak tłumaczy Elżbieta Szwałkiewicz, DPS-y z natury rzeczy nie świadczyły świadczeń zdrowotnych, więc nie było takiego uzasadnienia do finansowania pielęgniarek. Generalnie nie ma teraz pielęgniarek dla DPS-ów. Nigdy nie namówi się pielęgniarki, żeby zrezygnowała z pracy w szpitalu, gdzie ma dużo większą pensję niż w DPS-ie. Nie będzie zastępstwa dla tych pielęgniarek, nie ma się co oszukiwać. W DPS-ach brakuje też opiekunów.

Do tego wszystkiego dochodzi kwestia wieloletniego sporego niedoszacowania finansowania opieki długoterminowej, przez to m.in., że jak argumentuje Elżbieta Szwałkiewicz, „NFZ narzucał wymóg zatrudniania lekarzy i pielęgniarek w nieuzasadnionych liczbach, a opiekunów medycznych bardzo długo nie rozliczał w kosztach stawki”.

- Tymczasem na zakłady opieki długoterminowej konsultant w zakresie chorób zakaźnych narzucił wymogi takie, jak na szpitale. I teraz za co te zakłady mają kupić np. środki zapobiegawcze? - dopytuje prezes Szwałkiewicz.

- Jeżeli krajowy konsultant wydaje zalecenia w stosunku do domów pomocy społecznej i zakładów opieki długoterminowej, to musi wskazać źródło finansowania. Przecież nikt z nas nie może wymagać od osób prowadzących te zakłady, żeby z własnej kieszeni pokrywały koszty - dodaje.

Szefowa „Koalicji na pomoc niesamodzielnym” już kilkanaście dni temu alarmowała, że w zakładach opieki długoterminowej brakuje maseczek, kombinezonów, przyłbic i fartuchów jednorazowych.

Sytuacja się zapewne poprawia. Minister rodziny zapewniła, że do DPS-ów trafią dodatkowe środki ochrony osobistej, a wojewodowie otrzymali też dodatkowe 20 mln zł z rezerwy budżetu państwa na wsparcie tych placówek. Jak jednak ocenia Koalicja, „zadeklarowane przez minister 20 mln zł wsparcia dla DPS-ów, czyli średnio 24 tys. zł na placówkę jest kroplą w morzu potrzeb.”

Widmo katastrofy
Podsumowując, Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” apeluje o pilne urealnienie stawki za tzw. osobodzień i uwzględnienie podniesionych cen środków ochrony przed zakażeniem.

Drugim postulatem jest zawieszenie na czas zagrożenia wirusem wygórowanych wymogów NFZ (w stosunku do płaconej stawki za osobodzień) w zakresie poziomu zatrudnienia lekarzy i pielęgniarek na rzecz wzmocnienia obsady opiekuńczej.

- Trzecim postulatem jest zweryfikowanie wymogu wykształcenia opiekunów w DPS-ach. Obecnie każdy opiekun musi mieć średnie wykształcenie - wskazuje Elżbieta Szwałkiewicz i dodaje: - Bezpieczeństwa nie zagwarantuje to, że zakład zatrudnia lekarza na cały etat, zagwarantuje to, że zamiast lekarza zakład zatrudni 4 opiekunów - podsumowuje.

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum