Młodzi lekarze pakują walizki. Dlaczego nadal wyjeżdżają z Polski? Młodzi lekarze nie przestają wyjeżdżać z Polski. Fot. Fotolia

Prawie 200 młodych lekarzy odebrało w I kwartale w okręgowych izbach lekarskich zaświadczenie o prawie wykonywania zawodu, pozwalające na pracę za granicą. To rekord. Nam opowiadają dlaczego wyjeżdżają.

  • Lekarka: - W Niemczech możemy robić specjalizację z dowolnej dziedziny, w dowolnie wybranym mieście i szpitalu
  • Specjalista w dziedzinie ortopedii, przyznaje, że swój wyjazd do pracy w Wielkiej Brytanii zawdzięcza posłance Józefie Hrynkiewicz
  • Na Sardynii są piękne plaże, a mimo to doktor Grzegorz mówi, że wolałby po pracy spacerować po parkach swojego miasta. Kiedyś się przyzwyczai...

- Wyjeżdżamy do Niemiec, to w tej chwili jest już pewne - mówi z przekonaniem doktor Marta*. W tej decyzji wsparł ją mąż. W minionym roku ukończyli podyplomowy staż lekarski. Nawet nie zaczęli specjalizacji w Polsce.

- Mąż zdał w lipcu egzamin z języka niemieckiego na poziomie C1, skompletował dokumenty i pojechał do Niemiec, do wybranego szpitala na rozmowę kwalifikacyjną. Wynik - pozytywny. W marcu, w niemieckiej izbie lekarskiej po zdaniu egzaminu sprawdzającego uzyskał prawo wykonywania zawodu - opowiada o niedawnych miesiącach, w których realizują punkt po punkcie plany związane z wyjazdem.

Argumenty za emigracją

Doktor Marta planuje, że taki sam egzamin jak mąż zda w przyszłym roku, gdy tylko zakończy roczny urlop macierzyński.

Dlaczego wyjadą z kraju? - Najważniejszy argument jest taki, że w Niemczech możemy robić specjalizację z dowolnej dziedziny, w dowolnie wybranym mieście i szpitalu - tłumaczy.

Opowiada o motywacjach do wyjazdu: - Mąż chciałby robić specjalizację z endokrynologii lub kardiologii, ale to w zasadzie jest niemożliwe, bo w województwie w którym mieszkamy z endokrynologii były dwa miejsca rezydenckie, a z kardiologii tylko trzy. Do niedawna istniała taka możliwość, że za zgodą stron pracowało się na etacie, a specjalizację w razie braku miejsc można było realizować nie w ramach rezydentury, ale wolontariatu. Teraz jest to już niemożliwe.

Doktor Marta nie miałaby większego problemu, żeby dostać się na wymarzoną specjalizację z ginekologii, bo miejsc na jesieni w województwie było 12. Poza tym mało jest już chętnych do robienia tej specjalizacji zabiegowej wiążącej się dużą odpowiedzialnością.

Roszczeniowość pacjentów wraz z brakiem u nas obecnej w innych krajach zasady no-fault były w przypadku naszej rozmówczyni jednym z argumentów za wyjazdem z kraju. - Zdecydowała też zmiana przepisów - zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, brak finansowania in vitro, zły dostęp do antykoncepcji. To wszystko moim zdaniem bardzo ogranicza ginekologów i nie wiadomo czego możemy się spodziewać w przyszłości - mówi.

Jako młodej mamie bardzo podoba się jej to udogodnienie, że mając dwójkę małych dzieci będzie mogła robić specjalizację na część etatu. - Można to ustalić z pracodawcą już na etapie rozmowy kwalifikacyjnej i nikt nie widzi w tym problemu. Co prawda takie rozwiązanie jest też możliwe w Polsce, ale w większości miejsc działa to tylko teoretycznie, a szpitale nie chcą się na to zgadzać - opowiada.

Pieniądze są kwestią drugorzędną

Wymienia kolejne pozytywy pracy w Niemczech: - Tam lekarz pracuje w jednym miejscu. Nie ma biegania między prywatnym gabinetem, szpitalem a przychodnią. Co prawda pracuje się w nadgodzinach i czas pracy w szpitalu jest dłuższy niż w Polsce, ale nie traci się go na dojazdy do różnych miejsc.

Praca w jednym oddziale daje możliwość dobrego zapoznania się z przypadkami pacjentów. Mniejsze jest też obciążenie lekarzy biurokracją. Lekarze pracują bezpośrednio z pacjentem, praca biurowa jest wykonywana przez sekretarki medyczne.

Z doświadczeń koleżanek i kolegów pani doktor już pracujących w Niemczech wynika też, że w trakcie specjalizacji można liczyć w większym stopniu niż w kraju na wsparcie opiekuna specjalizacji. - Nie ma tam też takich sytuacji, jak u nas, że rezydentów wysyła się z oddziału na SOR czy izbę przyjęć pod przymusem - podkreśla.

Doktor Marta jedzie do Niemiec, bo nie chce pracować tak jak jej koleżanki ze studiów, które wykonują zawód kosztem życia rodzinnego i czasu wolnego.

Opowiada: - W październiku ukończyły staż, od grudnia zaczęły specjalizację. Pracują właściwie 7 dni w tygodniu. Mają etat rezydencki w szpitalu. W jego trakcie są 2 dni obowiązkowych dyżurów towarzyszących do godz. 20, czyli dwa dni w zasadzie wyjęte z życia. Po pracy w oddziale popołudniami dodatkowa praca, np. kwalifikacja do szczepień.

- Nie wyobrażam sobie takiej pracy mając dwójkę dzieci - mówi. Wyraźnie zaznacza: - Przy decyzji o wyjeździe pieniądze są drugorzędnym argumentem. W Polsce też da się już obecnie dobrze zarobić, tyle tylko, że kosztem życia rodzinnego, my tak nie chcemy żyć.

***

Doktor Andrzej, specjalista w dziedzinie ortopedii, ze Śląska, przyznaje, że swój wyjazd do pracy w Wielkiej Brytanii zawdzięcza posłance Józefie Hrynkiewicz z sejmowej komisji zdrowia, która w 2017 roku w reakcji na protesty rezydentów   wypowiedziała z ław poselskich słynną już sentencję „niech jadą”.

- Skoro polityk mówi, żebym sobie pojechał, to jako pokorny wyrobnik służby zdrowia, jadę - wspomina doktor. Poszedł na rozmowę z przedstawicielem firmy rekruterskiej. Pamięta dziwne pytania. Na przykład: jakie ma preferencje co do jedzenia, jakie oczekiwania co do szpitala? Odpowiedział, że szpital to najchętniej jakiś blisko lotniska. Dostał taki w odległości 4 kilometrów.

Najlepsza praca w życiu - na Wyspach

Pracował w prywatnym szpitalu 168 godzin pod rząd. Cały etat wykonywał w tydzień, jako resident medical officer, zajmując się codzienną opieką lekarską nad pacjentami po operacjach, według zaleceń konsultantów. Mówi coś zaskakującego: - To były najlepsze godziny w moim życiu zawodowym.

Tłumaczy: - Personel oddziału wykonywał zadania, a ja miałem je nadzorować i być do dyspozycji, kiedy pojawiał się problem, także nocą. A że praca była ułożona dobrze, gdybym miał całą robotę wykonywać w ciągu dnia bez przerwy, to może zajęłaby 3 godziny. Nocą wezwania były sporadyczne.

- Pracowałem tak przez rok, tydzień w miesiącu, a na 3 tygodnie przyjeżdżałem do Polski, pracując na pół gwizdka - opowiada. Powrócił do Polski na dłużej, żeby zdać egzamin specjalizacyjny. Jeszcze się zastanawiał czy nie zostać w kraju. W pracy usłyszał od szefa, że nie ma dla niego etatu. - Dowiedziałem się tego biorąc przez lata dyżury, których nikt nie chciał i robiąc robotę, której nikt nie chciał. W Wielkiej Brytanii, po kilku tygodniach pracy usłyszałem, że można na mnie polegać - podsumowuje.

Epidemia Covid-19 zastopowała wyjazdy, ale zdecydowani chce powrócić do pracy w Wielkiej Brytanii. - Nawet gdyby to miało wyglądać w ten sposób, że w Polsce bym mieszkał, a tam pracował. Praca w Polsce jest już dla mnie coraz większym obciążeniem. Szkoda mi na to własnego zdrowia - mówi doktor.

Co ma na myśli? Opowiada o sytuacjach, które kilkakrotnie przeżywał na dyżurach w szpitalach według podobnego scenariusza: - Przyjeżdża pacjent z urazem np. brzucha. Potrzebne usg lub TK jamy brzusznej. Technik radiolog jest pod telefonem, przyjeżdża po 40 minutach, wykonuje badanie. Radiologa nie ma i nie było, więc ślemy zdjęcie i czekamy aż radiolog z innego miejsca w Polsce je zdalnie opisze i odeśle. Dobrze, jeśli opis mamy po 2 godzinach. Pacjent wymaga operacji, potrzebny jest transport do innego szpitala, ale karetka z firmy transportu sanitarnego, z którą ma podpisaną umowę szpital akurat jest na wyjeździe, nie przyjedzie. Karetki systemu PRM nie wykonują przewozów międzyszpitalnych, może w drodze wyjątku, ale trzeba czekać godziny...

Myślą, że nam się w głowach poprzewracało

- Jeżeli pacjent wymaga większej pomocy, a ja nie jestem w stanie mu tej pomocy udzielić - a tak się zdarzało - i będę siedział obok patrząc jak jego stan się pogarsza, to jest to ponad wytrzymałość psychiczną kogokolwiek - mówi doktor Andrzej.

Dodaje: - Ludzie wysłuchają lamentów dyrektorów szpitali, że lekarze nie chcą pracować nawet przy stawce 200 zł za godzinę i wszyscy myślą, jak to nam się w głowach poprzewracało. Tymczasem nie można znaleźć lekarza nawet za taką stawkę, bo doskonale wiemy, że w tym szpitalu praca jest źle zorganizowana, a organizacyjne braki próbuje się zasypywać pieniędzmi, zrzucając na kogoś pracę za kilka osób.

***

Wypalony, zmęczony, zniechęcony

Doktor Grzegorz, który kończył specjalizację z ortopedii w ośrodku akademickim w centralnej Polsce opowiada bliźniaczo podobną historię. Jest we Włoszech, na Sardynii. - Koledzy pytali mnie w Polsce czy ja też czułem się na koniec rezydentury tak samo wypalony, zmęczony i zniechęcony, choć kiedyś tak bardzo kochałem swoją pracę. Odpowiadałem, że miałem to samo - mówi.

Patrzył jak kolegom sypie się życie rodzinne, jak operowali po ponad 20 i więcej godzinach pracy. On zresztą też.  - Nie chciałem tak żyć, tracić zdrowia - opowiada. Kiedy w nowym miejscu pracy przedstawił w CV, a w nim m.in. liczbę odbywanych dyżurów, wzbudził zdumienie. Ktoś zapytał nawet: - Czemu wy to sobie robicie?

Na Sardynii są piękne plaże, a mimo to doktor Grzegorz mówi, że wolałby po pracy spacerować po parkach swojego miasta. Kiedyś się przyzwyczai...

*Imiona lekarzy zostały zmienione. Kontakty za zgodą lekarzy otrzymaliśmy z Komisji ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej.

 

 

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH

Drogi Użytkowniku!

W związku z odwiedzaniem naszych serwisów internetowych możemy przetwarzać Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane nt. aktywności lub urządzeń użytkownika. O celach tego przetwarzania zostaniesz odrębnie poinformowany w celu uzyskania na to Twojej zgody. Jeżeli dane te pozwalają zidentyfikować Twoją tożsamość, wówczas będą traktowane dodatkowo jako dane osobowe zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 (RODO).

Administratora tych danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności pod tym linkiem.

Jeżeli korzystasz także z innych usług dostępnych za pośrednictwem naszych serwisów, przetwarzamy też Twoje dane osobowe podane przy zakładaniu konta, rejestracji na eventy, zamawianiu prenumeraty, newslettera, alertów oraz usług online (w tym Strefy Premium, raportów, rankingów lub licencji na przedruki).

Administratorów tych danych osobowych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz również w Polityce Prywatności pod tym linkiem. Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach oraz przez różnych administratorów danych.

Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą przez nas bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z naszą oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij nam swoje zastrzeżenia pod adres odo@ptwp.pl.

Zarząd PTWP-ONLINE Sp. z o.o.