Młodzi lekarze pakują walizki. Dlaczego nadal wyjeżdżają z Polski?

Autor: Piotr Wróbel • Źródło: Rynek Zdrowia28 kwietnia 2021 06:00

Prawie 200 młodych lekarzy odebrało w I kwartale w okręgowych izbach lekarskich zaświadczenie o prawie wykonywania zawodu, pozwalające na pracę za granicą. To rekord. Nam opowiadają dlaczego wyjeżdżają.

Młodzi lekarze pakują walizki. Dlaczego nadal wyjeżdżają z Polski?
Młodzi lekarze nie przestają wyjeżdżać z Polski. Fot. Fotolia
  • Lekarka: - W Niemczech możemy robić specjalizację z dowolnej dziedziny, w dowolnie wybranym mieście i szpitalu
  • Specjalista w dziedzinie ortopedii, przyznaje, że swój wyjazd do pracy w Wielkiej Brytanii zawdzięcza posłance Józefie Hrynkiewicz
  • Na Sardynii są piękne plaże, a mimo to doktor Grzegorz mówi, że wolałby po pracy spacerować po parkach swojego miasta. Kiedyś się przyzwyczai...

- Wyjeżdżamy do Niemiec, to w tej chwili jest już pewne - mówi z przekonaniem doktor Marta*. W tej decyzji wsparł ją mąż. W minionym roku ukończyli podyplomowy staż lekarski. Nawet nie zaczęli specjalizacji w Polsce.

- Mąż zdał w lipcu egzamin z języka niemieckiego na poziomie C1, skompletował dokumenty i pojechał do Niemiec, do wybranego szpitala na rozmowę kwalifikacyjną. Wynik - pozytywny. W marcu, w niemieckiej izbie lekarskiej po zdaniu egzaminu sprawdzającego uzyskał prawo wykonywania zawodu - opowiada o niedawnych miesiącach, w których realizują punkt po punkcie plany związane z wyjazdem.

Argumenty za emigracją

Doktor Marta planuje, że taki sam egzamin jak mąż zda w przyszłym roku, gdy tylko zakończy roczny urlop macierzyński.

Dlaczego wyjadą z kraju? - Najważniejszy argument jest taki, że w Niemczech możemy robić specjalizację z dowolnej dziedziny, w dowolnie wybranym mieście i szpitalu - tłumaczy.

Opowiada o motywacjach do wyjazdu: - Mąż chciałby robić specjalizację z endokrynologii lub kardiologii, ale to w zasadzie jest niemożliwe, bo w województwie w którym mieszkamy z endokrynologii były dwa miejsca rezydenckie, a z kardiologii tylko trzy. Do niedawna istniała taka możliwość, że za zgodą stron pracowało się na etacie, a specjalizację w razie braku miejsc można było realizować nie w ramach rezydentury, ale wolontariatu. Teraz jest to już niemożliwe.

Doktor Marta nie miałaby większego problemu, żeby dostać się na wymarzoną specjalizację z ginekologii, bo miejsc na jesieni w województwie było 12. Poza tym mało jest już chętnych do robienia tej specjalizacji zabiegowej wiążącej się dużą odpowiedzialnością.

Roszczeniowość pacjentów wraz z brakiem u nas obecnej w innych krajach zasady no-fault były w przypadku naszej rozmówczyni jednym z argumentów za wyjazdem z kraju. - Zdecydowała też zmiana przepisów - zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, brak finansowania in vitro, zły dostęp do antykoncepcji. To wszystko moim zdaniem bardzo ogranicza ginekologów i nie wiadomo czego możemy się spodziewać w przyszłości - mówi.

Jako młodej mamie bardzo podoba się jej to udogodnienie, że mając dwójkę małych dzieci będzie mogła robić specjalizację na część etatu. - Można to ustalić z pracodawcą już na etapie rozmowy kwalifikacyjnej i nikt nie widzi w tym problemu. Co prawda takie rozwiązanie jest też możliwe w Polsce, ale w większości miejsc działa to tylko teoretycznie, a szpitale nie chcą się na to zgadzać - opowiada.

Pieniądze są kwestią drugorzędną

Wymienia kolejne pozytywy pracy w Niemczech: - Tam lekarz pracuje w jednym miejscu. Nie ma biegania między prywatnym gabinetem, szpitalem a przychodnią. Co prawda pracuje się w nadgodzinach i czas pracy w szpitalu jest dłuższy niż w Polsce, ale nie traci się go na dojazdy do różnych miejsc.

Praca w jednym oddziale daje możliwość dobrego zapoznania się z przypadkami pacjentów. Mniejsze jest też obciążenie lekarzy biurokracją. Lekarze pracują bezpośrednio z pacjentem, praca biurowa jest wykonywana przez sekretarki medyczne.

Z doświadczeń koleżanek i kolegów pani doktor już pracujących w Niemczech wynika też, że w trakcie specjalizacji można liczyć w większym stopniu niż w kraju na wsparcie opiekuna specjalizacji. - Nie ma tam też takich sytuacji, jak u nas, że rezydentów wysyła się z oddziału na SOR czy izbę przyjęć pod przymusem - podkreśla.

Doktor Marta jedzie do Niemiec, bo nie chce pracować tak jak jej koleżanki ze studiów, które wykonują zawód kosztem życia rodzinnego i czasu wolnego.

Opowiada: - W październiku ukończyły staż, od grudnia zaczęły specjalizację. Pracują właściwie 7 dni w tygodniu. Mają etat rezydencki w szpitalu. W jego trakcie są 2 dni obowiązkowych dyżurów towarzyszących do godz. 20, czyli dwa dni w zasadzie wyjęte z życia. Po pracy w oddziale popołudniami dodatkowa praca, np. kwalifikacja do szczepień.

- Nie wyobrażam sobie takiej pracy mając dwójkę dzieci - mówi. Wyraźnie zaznacza: - Przy decyzji o wyjeździe pieniądze są drugorzędnym argumentem. W Polsce też da się już obecnie dobrze zarobić, tyle tylko, że kosztem życia rodzinnego, my tak nie chcemy żyć.

***

Doktor Andrzej, specjalista w dziedzinie ortopedii, ze Śląska, przyznaje, że swój wyjazd do pracy w Wielkiej Brytanii zawdzięcza posłance Józefie Hrynkiewicz z sejmowej komisji zdrowia, która w 2017 roku w reakcji na protesty rezydentów   wypowiedziała z ław poselskich słynną już sentencję „niech jadą”.

- Skoro polityk mówi, żebym sobie pojechał, to jako pokorny wyrobnik służby zdrowia, jadę - wspomina doktor. Poszedł na rozmowę z przedstawicielem firmy rekruterskiej. Pamięta dziwne pytania. Na przykład: jakie ma preferencje co do jedzenia, jakie oczekiwania co do szpitala? Odpowiedział, że szpital to najchętniej jakiś blisko lotniska. Dostał taki w odległości 4 kilometrów.

Najlepsza praca w życiu - na Wyspach

Pracował w prywatnym szpitalu 168 godzin pod rząd. Cały etat wykonywał w tydzień, jako resident medical officer, zajmując się codzienną opieką lekarską nad pacjentami po operacjach, według zaleceń konsultantów. Mówi coś zaskakującego: - To były najlepsze godziny w moim życiu zawodowym.

Tłumaczy: - Personel oddziału wykonywał zadania, a ja miałem je nadzorować i być do dyspozycji, kiedy pojawiał się problem, także nocą. A że praca była ułożona dobrze, gdybym miał całą robotę wykonywać w ciągu dnia bez przerwy, to może zajęłaby 3 godziny. Nocą wezwania były sporadyczne.

- Pracowałem tak przez rok, tydzień w miesiącu, a na 3 tygodnie przyjeżdżałem do Polski, pracując na pół gwizdka - opowiada. Powrócił do Polski na dłużej, żeby zdać egzamin specjalizacyjny. Jeszcze się zastanawiał czy nie zostać w kraju. W pracy usłyszał od szefa, że nie ma dla niego etatu. - Dowiedziałem się tego biorąc przez lata dyżury, których nikt nie chciał i robiąc robotę, której nikt nie chciał. W Wielkiej Brytanii, po kilku tygodniach pracy usłyszałem, że można na mnie polegać - podsumowuje.

Epidemia Covid-19 zastopowała wyjazdy, ale zdecydowani chce powrócić do pracy w Wielkiej Brytanii. - Nawet gdyby to miało wyglądać w ten sposób, że w Polsce bym mieszkał, a tam pracował. Praca w Polsce jest już dla mnie coraz większym obciążeniem. Szkoda mi na to własnego zdrowia - mówi doktor.

Co ma na myśli? Opowiada o sytuacjach, które kilkakrotnie przeżywał na dyżurach w szpitalach według podobnego scenariusza: - Przyjeżdża pacjent z urazem np. brzucha. Potrzebne usg lub TK jamy brzusznej. Technik radiolog jest pod telefonem, przyjeżdża po 40 minutach, wykonuje badanie. Radiologa nie ma i nie było, więc ślemy zdjęcie i czekamy aż radiolog z innego miejsca w Polsce je zdalnie opisze i odeśle. Dobrze, jeśli opis mamy po 2 godzinach. Pacjent wymaga operacji, potrzebny jest transport do innego szpitala, ale karetka z firmy transportu sanitarnego, z którą ma podpisaną umowę szpital akurat jest na wyjeździe, nie przyjedzie. Karetki systemu PRM nie wykonują przewozów międzyszpitalnych, może w drodze wyjątku, ale trzeba czekać godziny...

Myślą, że nam się w głowach poprzewracało

- Jeżeli pacjent wymaga większej pomocy, a ja nie jestem w stanie mu tej pomocy udzielić - a tak się zdarzało - i będę siedział obok patrząc jak jego stan się pogarsza, to jest to ponad wytrzymałość psychiczną kogokolwiek - mówi doktor Andrzej.

Dodaje: - Ludzie wysłuchają lamentów dyrektorów szpitali, że lekarze nie chcą pracować nawet przy stawce 200 zł za godzinę i wszyscy myślą, jak to nam się w głowach poprzewracało. Tymczasem nie można znaleźć lekarza nawet za taką stawkę, bo doskonale wiemy, że w tym szpitalu praca jest źle zorganizowana, a organizacyjne braki próbuje się zasypywać pieniędzmi, zrzucając na kogoś pracę za kilka osób.

***

Wypalony, zmęczony, zniechęcony

Doktor Grzegorz, który kończył specjalizację z ortopedii w ośrodku akademickim w centralnej Polsce opowiada bliźniaczo podobną historię. Jest we Włoszech, na Sardynii. - Koledzy pytali mnie w Polsce czy ja też czułem się na koniec rezydentury tak samo wypalony, zmęczony i zniechęcony, choć kiedyś tak bardzo kochałem swoją pracę. Odpowiadałem, że miałem to samo - mówi.

Patrzył jak kolegom sypie się życie rodzinne, jak operowali po ponad 20 i więcej godzinach pracy. On zresztą też.  - Nie chciałem tak żyć, tracić zdrowia - opowiada. Kiedy w nowym miejscu pracy przedstawił w CV, a w nim m.in. liczbę odbywanych dyżurów, wzbudził zdumienie. Ktoś zapytał nawet: - Czemu wy to sobie robicie?

Na Sardynii są piękne plaże, a mimo to doktor Grzegorz mówi, że wolałby po pracy spacerować po parkach swojego miasta. Kiedyś się przyzwyczai...

*Imiona lekarzy zostały zmienione. Kontakty za zgodą lekarzy otrzymaliśmy z Komisji ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej.

 

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum