Medyczna strefa Schengen: kto zyska, kto straci?

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 14 grudnia 2012 06:16

Za 10 miesięcy otworzą się granice dla pacjentów. Polacy będą mogli leczyć się również także poza granicami kraju. Także do Polski będą przyjeżdżać chorzy z całej Unii Europejskiej. Czy na niecały rok przed czekającymi nas zmianami jesteśmy do nich przygotowani?

Medyczna strefa Schengen: kto zyska, kto straci?

Zapowiadane zmiany wprowadzi dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (2011/24/UE) z 9 marca 2011 r. w sprawie stosowania praw pacjentów w transgranicznej opiece zdrowotnej, która zacznie obowiązywać 25 października 2013 r. Wszyscy na równych prawach będą korzystać z usług nie tylko publicznych, ale również komercyjnych szpitali i przychodni.

Cel: równe szanse
- Ponieważ wspomniana dyrektywa powstała jako odłam dyrektywy usługowej, jej ideą jest umożliwienie swobody świadczenia usług przez świadczeniodawców. Chodzi w niej głównie o usuwanie barier dla podmiotów, które prowadzą działalność gospodarczą na terenie jednego kraju, w dostępie do usług w innym kraju - tłumaczy dr Adam Kozierkiewicz, ekspert w dziedzinie ekonomiki zdrowia.

- Oczywiście przy okazji skorzystają z niej pacjenci, dla których podstawową bolączką są kolejki do świadczeń. I nie dotyczą one tylko Polaków - dodaje.

Jak przyznaje Andrzej Sokołowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych, z takim samym problemem borykają się także Brytyjczycy i Hiszpanie, którzy mają trudności z dostaniem się na specjalistyczną diagnostykę, Niemcy, którzy muszą czekać w kolejce do specjalisty i Holendrzy oczekujący miesiącami na zabiegi kardiochirurgiczne.

Zaporowa refundacja
Dziś NFZ finansuje świadczenia opieki zdrowotnej w ramach obowiązujących przepisów o koordynacji, udzielonych w sytuacjach nagłych - na podstawie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), a w przypadku planowego leczenia - na podstawie zgody płatnika na sfinansowanie świadczeń wykonanych poza granicami kraju.

Zgodnie z założeniami dyrektywy transgranicznej, po jej wejściu w życie pacjent będzie mógł skorzystać z opieki medycznej poza granicami kraju także w sytuacjach planowych. NFZ zwróci nam jednak tylko tyle pieniędzy, ile płaci polskim placówkom za taką usługę.

Ponieważ większość badań czy operacji za granicą wyceniona jest o wiele wyżej niż w Polsce, szacuje się, że na leczenie planowe poza granicami Polski nagle nie zaczną wyjeżdżać tłumy.

Takiego zdania jest Małgorzata Koszur, rzecznik zachodniopomorskiego OW NFZ, która przyznaje, że przy wielu świadczeniach realizowanych za granicą dopłata pacjenta będzie tak znaczna, iż decyzję o skorzystaniu z tej opcji podejmą tylko naprawdę dobrze sytuowane osoby, które ponadto nie będą ograniczone barierą językową.

Resort optymistycznie
Z danych przekazanych portalowi rynekzdrowia.pl przez Krzysztofa Bąka, rzecznika  resortu, wynika, że w okresie od 1 stycznia 2011 r. do 30 czerwca 2012 r. prezes NFZ udzielił 287 zgód na leczenie zagraniczne, także poza UE, na łączną kwotę 25,9 mln zł.

- Zgodnie z założeniami przyjętymi przez Ministerstwo Zdrowia, ze świadczeń opieki zdrowotnej udzielanych w innych państwach członkowskich UE, na podstawie przepisów wdrażających dyrektywę transgraniczną, będzie skłonnych skorzystać około 16 proc. ubezpieczonych - twierdzi Bąk.

Jednocześnie tłumaczy, że szacując wzięto pod uwagę m.in. odległość miejsc zamieszkania ubezpieczonych od granicy z państwami UE, a tym samym skłonność do wyjazdu z kraju. Szacunki z roku 2008 wykazały jednocześnie, że łączna kwota refundacji leczenia za granicą, według stawek z roku 2007, wyniosłaby około 180 mln zł, czyli około 0,4 proc. ówczesnych przychodów NFZ.

W ocenie resortu polscy ubezpieczeni będą przede wszystkim skłonni wyjechać za granicę, by uzyskać te świadczenia, na które w Polsce jest najdłuższy czas oczekiwania, czyli m.in.  z zakresu kardiologii, okulistyki, ortopedii czy endokrynologii.

Atrakcyjny pacjent
W ocenie Sokołowskiego na początek polscy pacjenci będą przyjmowani z otwartymi ramionami. Gorzej, gdyby pojawiły się problemy z polskim płatnikiem.

- Na pewno z tej możliwości chętnie będą korzystały rejony przygraniczne. Liczy na to cały rejon północny. Np. usługi onkologiczne będą możliwe do osiągnięcia na północy Niemiec, m.in. w Hamburgu.  Czy to będzie miało wpływ na całe szpitalnictwo w głębi Polski?  Wątpię - ocenia Sokołowski.

Zainteresowanie polskim pacjentem potwierdza Tomasz Tomczyk, project manager z Asklepios Kliniken GmbH.

 - Mamy nadzieję, że po wejściu w życie dyrektywy transgranicznej ilość polskich pacjentów w naszych klinikach wzrośnie. Już dziś Polaków można znaleźć na wszystkich z naszych 14 oddziałów w szpitalu w Schwedt, który znajduje się przy granicy - tłumaczy Tomczyk.

Podkreśla, że szpital jest już dzisiaj całkowicie przygotowany na leczenie polskich pacjentów. Aby zapewnić im najlepsze warunki pobytu w klinice szpital posiada stronę internetową w języku polskim, funkcjonuje też 24-godzinna polskojęzyczna infolinia, a na każdym oddziale pracują polscy lekarze.

Jeśli chodzi o ruch odwrotny, czyli napływ pacjentów z zagranicy do Polski, to w ocenie Andrzeja Sokołowskiego możemy liczyć na Brytyjczyków i Hiszpanów, gdzie są długie kolejki na diagnostykę a także Holendrów, którzy chętnie skorzystają z naszej kardiochirurgii.

Z kolei dyrektor Kliniki Neurochorurgii Allenort w Warszawie, dr Krzysztof Rymuza, uważa, że możliwość przyjazdu pacjentów z innych krajów UE do Polski będzie się sprowadzała do bardzo kosztownych procedur wysokospecjalistycznych, szczególnie w tych przypadkach, w których ceny poszczególnych procedur będą zdecydowanie niższe w naszym kraju. Jednak przyznaje, że w jego ocenie dyrektywa transgraniczna nie będzie przełomem w funkcjonowaniu naszych jednostek.

Diabeł tkwi w szczegółach
Rzecznik Ministerstwa Zdrowia podkreśla, że dyrektywy pozwalają każdemu z państw członkowskich wprowadzić ograniczenia i - o ile zajdzie taka potrzeba - Polska skorzysta z tych przepisów.

- Poza tym zostanie przygotowana lista świadczeń szpitalnych i specjalistycznych, w których koszty poniesione za granicą zostaną zrefundowane przez NFZ jedynie w przypadku uzyskania przez ubezpieczonego stosownej zgody płatnika na leczenie zagraniczne - zaznacza Krzysztof Bąk.

Adam Kozierkiewicz tłumaczy jednak, że jeśli dyrektywa będzie zastosowana wyłącznie do świadczeniodawców, którzy mają siedzibę poza granicami kraju, to wprowadzałaby nierówność traktowania podmiotów w świetle przepisów konstytucji.

Ten problem najprędzej dałoby się odczuć w sektorze usług ambulatoryjnych, w placówkach, gdzie świadczenia nie są kontraktowane.

- Ponieważ pacjent zgodnie z dyrektywą transgraniczną będzie mógł skorzystać z usługi innej placówki na terenie UE, to nic nie będzie stało na przeszkodzie, żeby korzystać z  nieposiadających kontraktu placówek na terenie kraju. Chyba, że rząd polski wprowadzi takie ograniczenia. Jednak te mogą zostać zniesione jako niezgodne z polską konstytucją, bo wtedy krajowi świadczeniodawcy byliby dyskryminowani - podkreśla Kozierkiewicz.

Wówczas wszyscy świadczeniodawcy „bezkontraktowi" mogą pojawić się w NFZ z żądaniem zapłaty. - Aby ograniczyć niekontrolowane wydawanie pieniędzy płatnik będzie zmuszony wprowadzić inne niż do tej pory mechanizmy kontroli. Jednym z nich jest  system skierowań do specjalistyki pod większym nadzorem, a drugi to współpłacenie przez pacjentów - przewiduje Kozierkiewicz.

Za pięć dwunasta
Dane przekazane portalowi rynekzdrowia.pl przez resort świadczą, że na jedenaście miesięcy przed wejściem w życie wspomnianej dyrektywy Ministerstwo Zdrowia nie podjęło żadnych nowych kroków w tym kierunku.

Na ten fakt zwraca uwagę Andrzej  Sokołowski. - Wciąż nie wiadomo, jak rząd polski podejdzie do dyrektywy transgranicznej. Zapewne pomyśli o tym dopiero za kilka miesięcy. Jeśli przyjąłby dyrektywę bez żadnych ograniczeń, to wówczas moim zdaniem Polacy mogą zacząć masowo wyjeżdżać zagranicę i tam się leczyć.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum