Łanda: Podniesienie płacy minimalnej to polityka. AOTMiT powinna być jak najdalej od niej

Autor: Luiza Jakubiak • Źródło: Rynek Zdrowia16 sierpnia 2022 06:00

- Nie ma takiego "cudotwórcy", który by dokonał prawidłowej taryfikacji w oparciu o rachunek kosztów - mówi w rozmowie z Rynkiem Zdrowia były wiceminister zdrowia dr Krzysztof Łanda. Jego zdaniem "Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji nie powinna brać się za realizację zadań, do których nie jest predestynowana". - Powinna zajmować się pojedynczymi świadczeniami zdrowotnymi, a nie polityką - dodaje.

Łanda: Podniesienie płacy minimalnej to polityka. AOTMiT powinna być jak najdalej od niej
Dr Krzysztof Łanda (pierwszy z prawej) był wiceministrem zdrowia w latach 2015 - 2017. Fot. PAP/Radek Pietruszka

 

Łanda: Prawidłową taryfę może ustalić tylko i wyłącznie rynek

Luiza Jakubiak, Rynek Zdrowia: Ostatnie dni to zamieszanie wokół wypłaty wyższych wynagrodzeń pracownikom szpitali w związku ze wzrostem płacy minimalnej w ochronie zdrowia. Pieniądze na wzrost wynagrodzeń miała zapewnić zmiana wycen świadczeń, oparta o rekomendacje Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Pan wskazuje, że u podłoża problemu jest to, że taryfikacją zajęła się AOTMiT.

Krzysztof Łanda, wiceminister zdrowia w latach 2015-2017: Po pierwsze zlecenie dla AOTMiT wykracza poza taryfikację poszczególnych świadczeń i de facto dotyczy zasad finansowania świadczeniodawców w systemie opieki zdrowotnej, a to nie ma wiele wspólnego z misją agencji. To nie jest zadanie dla agencji oceny technologii medycznych, bo nie ma w tym nauki, natomiast jest wiele polityki, a więc zleceniem powinno się zająć MZ z NFZ – mają do tego departamenty finansowe.

Po drugie zawsze będą błędy, jeżeli taryfikacji dokonuje się metodą analizy kosztów. Nie ma czegoś takiego jak prawidłowa taryfa, jeśli nie jest ustalana w wyniku gry rynkowej. Prawidłową taryfę czy prawidłową cenę może ustalić tylko i wyłącznie rynek. Trudno zatem mówić o prawidłowej wycenie na podstawie analizy kosztów.

Podam przykład: kiedy producentka jajek idzie na targ i chce ustalić cenę jajka, to patrzy jaka jest konkurencja i czy zbliża się Wielkanoc czy nie. Jeżeli podaż jest duża, to cenę obniża. Jeżeli podaż jest mała, a popyt duży, to cena idzie w górę. Natomiast z pewnością nie robi tego w oparciu o szczegółową analizę funkcjonowania kurnika, czyli na rzecz wyceny jajka nie przeprowadza szczegółowej analizy ile zapłaciła za deski do jego budowy, ile za koguta, ile za karmę i tak dalej.

Kiedy jako wiceminister zdrowia byłem odpowiedzialny za AOTMiT, wyceny były dokonywane przede wszystkim metodą popytowo-podażową. Zaś analizy kosztów dla pojedynczych świadczeń stanowiły tylko materiał pomocniczy. Agencja wciąż twierdzi, że wykorzystuje przy taryfikacji metodę popytowo-podażową. Ale ja bardzo w to wątpię, ponieważ to, co obserwowałem z przekazów z konferencji prasowej, nadal oparte jest na analizie kosztów.

Nie ma takiego "cudotwórcy", który by dokonał prawidłowej taryfikacji w oparciu o rachunek kosztów. Równie dobrze minister zdrowia może po prostu spod dużego palca ustawić sobie taryfy i na jedno wyjdzie. A przecież w Polsce tak może. Natomiast czy to rzeczywiście odpowiada realiom na rynku świadczeń zdrowotnych?

To może AOTMiT nie powinien zajmować się taryfikacją?

Przede wszystkim AOTMiT nie powinna brać się za realizację zadań, do których nie jest predestynowana. Powinna zajmować się pojedynczymi świadczeniami zdrowotnymi, a nie polityką. W tym przypadku AOTMiT próbuje poradzić sobie de facto z całym systemem, a ten system niestety jest bardzo skomplikowany, scentralizowany, upolityczniony i osiada jak kompost. 

Na świecie agencja HTA ma jedną funkcję, tak jak na przykład SMC w Szkocji, PBAC w Australii czy NICE w Wielkiej Brytanii - obsługę procesu refundacji, który jest dobrze opisany, bazuje na podstawach czysto naukowych i danych zrealizowanych, takich jak dane kosztowe czy dane dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa leków czy wyrobów medycznych. Bazując na tym agencje HTA doradzają ministrowi zdrowia w podejmowaniu decyzji refundacyjnych.

To co się stało w Polsce za ministra Arłukowicza, czyli połączenia agencji HTA z agencją taryfikacji, uważam za błąd. A przypominam, że Arłukowicz swego czasu mówił, że NFZ z jednej strony płaci za świadczenia i ten sam NFZ ustala cenę, po której płaci. De facto niewiele się zmieniło, bo jeżeli agencja taryfikacji, która jest połączona z agencją HTA, jest podległa ministrowi zdrowia a NFZ też jest podległy ministrowi zdrowia, to jak było centralne sterowanie, tak dalej jest. Wszystko jest w jednym ręku, a minister próbuje grać na 50 fortepianach. Biega od jednego fortepianu do 30., potem wraca do 2, i tak na okrągło. Żadna dobra melodia z tego wyjść nie może. Co więcej agencja HTA kiedyś szerzej zajmie się oceną zawartości koszyka świadczeń gwarantowanych, a wtedy da o sobie znać oczywisty konflikt interesów i wartości pomiędzy decyzjami refundacyjnymi i cenowymi. Nie tędy droga.

To kto powinien zająć się taryfikacją?

Taryfikacją świadczeń zdrowotnych powinna się zająć niezależna politycznie Agencja Taryfikacji. Pomiędzy agencją HTA i agencją taryfikacji powinno panować zdrowe napięcie, wynikłe ze swoistego "benchmarkingu". Natomiast analizą systemowych konsekwencji podjętych decyzji politycznych oraz projektowaniem systemu finansowania świadczeniodawców i świadczeń zdrowotnych powinno się  zajmować Ministerstwo Zdrowia i jego departament budżetu i finansów, przy udziale NFZ. Na pewno zaś ten, kto wysłał do AOTMiT takie zlecenie, w ogóle nie rozumie jej roli.

AOTMiT powinna być jak najdalej polityki, a przecież podniesienie płacy minimalnej to czysta polityka, tak samo jak drukowanie pustego pieniądza w Polsce, co wznieca inflację.

A do degrengolady dokładają się także sztucznie pompowane ceny energii. Skoro ten system jest ręcznie sterowany, w ogromnym stopniu scentralizowany - a są przecież próby jego jeszcze większej centralizacji - to niech minister teraz ustali, w jaki sposób rozdysponować pieniądze, a nie AOTMiT.

W scentralizowanym systemie i ręcznym sterowaniu zawsze będzie ktoś niezadowolony. To jest pewne, jak również to, że Agencja w tej sytuacji stanie się po prostu chłopcem do bicia lub kozłem ofiarnym. 

AOTMiT powinna opierać się na podstawach naukowych i nie mieszać się w kwestie polityczne. A to jest czysta polityka. To co dziś się dzieje, to są konsekwencje decyzji politycznych i jeżeli AOTMiT miesza się w politykę, to od polityki "oberwie". I to jest pewne jak 2 + 2 = 4.

Ładna: Nie ma żadnych poważnych zmian, żadnych poważnych reform

Jest pan współautorem "Dekalogu mądrego ministra zdrowia". Jak pan obserwuje kolejnych ministrów zdrowia, to postępują według tych 10 przykazań?

Bynajmniej. Ten dekalog powstał w 2010 roku. Moim zdaniem, jest wyznacznikiem złotego standardu zarządzania, ale i narzędziem pomiaru, w jakim kierunku idzie ewolucja systemu opieki zdrowotnej. I muszę powiedzieć, że od momentu, kiedy powstał i został opublikowany, to ta ewolucja niestety idzie w złym kierunku. Dochodzi do pogorszenia funkcjonowania opieki zdrowotnej, a każdy kolejny minister, jak mi się wydaje, coraz bardziej nie spełnia przedstawionych w Dekalogu postulatów. 

Pamiętam, jak wszyscy "psy wieszali" na minister Kopacz. Ale z perspektywy czasu proszę zauważyć, że to ona wprowadziła dwie rewolucyjne, ważne i niezwykle ambitne ustawy. Pierwsza to ustawa koszykowa, która zupełnie zmieniła całą filozofię myślenia o systemie i druga - ustawa refundacyjna, która oczywiście zawierała błędy, które do dzisiaj nie zostały wyeliminowane, ale był to zdecydowany przełom i awangardowe – jak na ówczesne czasy - rozwiązanie. Przynajmniej w Polsce. 

A potem co się stało? Potem był minister Arłukowicz, którego oceniam fatalnie. Nie mogę wymienić ani jednej rzeczy, którą zrobił dobrze. Bardzo szeroko media rozpisywały się o pakiecie kolejkowym i pakiecie onkologicznym. I co z tych pakietów dzisiaj zostało? To Arłukowicz połączył taryfikację z Agencją Oceny Technologii Medycznych. Czy to jest osiągnięcie? Nie poprawił też błędów i nie uzupełnił braków w ustawie refundacyjnej. Pieniądze, które pojawiły się w wyniku oszczędności dzięki ustawie refundacyjnej i negocjacjom Komisji Ekonomicznej, gdzieś przepadły. Do dziś nie wiadomo gdzie. Nie mogę dobrze ocenić jego urzędowania.

Myślę, że minister Radziwiłł był tym, który próbował coś zrobić w dobrym kierunku – przynajmniej w niektórych obszarach. Przez pierwsze miesiące to się udawało, ale potem niestety beton skostniał i nic już nie dało się zrobić – dobra zmiana została zahamowana.

Potem przyszedł minister Szumowski, którego oceniam bardzo źle, bowiem nie robił nic poza tym na czym jemu osobiście zależało. Wiele potrzebnych inicjatyw zablokował jak np. projekt ustawy o refundacji wyrobów medycznych (RWM), czy refundacyjny tryb rozwojowy (RTR). System za jego czasów szybko osiadał jak kompost. 

Natomiast obecny minister Niedzielski kontynuuje tę politykę bierności, bo nie podejmuje żadnych poważnych reform. Musiał zmierzyć się z pandemią, co go trochę tłumaczy. Ale teraz będzie musiał zmierzyć się z poważnymi problemami ekonomicznymi: wzrostem płacy minimalnej w ręcznie sterowanym systemie, inflacją i wzrostem kosztów produkcji. Jeśli dotrwa jako minister, to przewiduję, że za 3-4 miesiące będzie miał poważne problemy polityczne i społeczne, od których nie ucieknie.

Od czego powinien zacząć pana zdaniem?

Nawet przy tym ręcznie sterowanym systemie można zrobić reformę koszyka świadczeń i zmianę systemu finansowania opieki zdrowotnej w Polsce. Dzisiaj nie mielibyśmy takich problemów z zarządzaniem systemem, gdyby przyjęto i wdrożono nasze propozycje z 2016 roku, a które niestety zostały odrzucone przez ministra Radziwiłła – zrealizowano za to niestety koncepcję sieci przygotowaną przez wiceministra Gryzę. Zaproponowaliśmy oddzielne strumienie pieniędzy: jeden stały na wynagrodzenia i infrastrukturę oraz drugi zmienny (F4S po obniżonej o koszty pracy i infrastruktury wycenie), motywacyjny na finansowanie tych świadczeń, na podaży których szczególnie zależy ministrowi. Minister dzięki temu mógłby łatwiej sterować systemem i decydować, jakiej opieki i których świadczeń ma być więcej, a których mniej. W przypadku problemów z inflacją czy minimalnymi wynagrodzeniami, wystarczyłoby po prostu zwiększyć ryczałt i sprawa byłaby jednym ruchem rozwiązana.

Do tego można rozwinąć prywatne ubezpieczenia dodatkowe, które by funkcjonowały na zasadach konkurencji. Jarosław Kaczyński mógłby wtedy powiedzieć, że składki z NFZ niech idą na publiczną służbę zdrowia, ale my nie wtrącamy się w to, co się dzieje na rynku prywatnym. Ludzie powinni mieć możliwość doubezpieczenia się inaczej ten postulat to populizm.

Przez to między innymi do dziś aktualne pozostaje pytanie, ile w sumie Polacy wydają na prywatne leczenie i ile trafia do szarej strefy?

Tak się niestety dzieje i będzie się działo coraz bardziej. W tej chwili lekarze, którzy nie kontraktują z NFZ, mają się świetnie.

Przypominam jeszcze, że minister Szumowski tak dużo mówił o pacjentocentryzmie, że pacjent jest najważniejszy, ale niestety nie bardzo dostrzegam ten pacjentocentryzm. Nawet zapisy o rejestrach, które zablokował Arłukowicz, nie zostały zmienione, a potem Szumowski - mówiąc o pacjentocentryzmie – nawet tego nie raczył odblokować.

Czy ten pacjentocentryzm zyskuje nowe znaczenie i jest raczej przerzucaniem kosztów na pacjenta?

Tak, pacjentocentryzm, jak jest realizowany przez Prawo i Sprawiedliwość polega na tym, że pacjent jest w centrum wydatku. Coraz więcej musi płacić z własnej kieszeni.

Mówi pan, że mamy ministra, który nie może pochwalić się żadną poważną ustawą. A długo oczekiwana ustawa o wyrobach medycznych? Weszła już w życie.

Ustawa o wyrobach medycznych, która ostatnio weszła w życie jest bez znaczenia jeśli chodzi o dostępność i finansowanie wyrobów, dlatego że tylko i wyłącznie dostosowuje prawo polskie do wymogów Unii Europejskiej i żadnej rewolucji tam nie ma.

Tak jak było, tak nadal jest bardzo wysokie współpłacenie do wyrobów medycznych, brak przejrzystości, brak równego traktowania podmiotów na rynku porównując firmy farmaceutyczne i producentów wyrobów medycznych, brak RSS, czyli instrumentów dzielenia ryzyka, brak jasnych ram czasowych rozpatrywania wniosków refundacyjnych dla wyrobów medycznych itd. 

Żaden z tych problemów nie został rozwiązany ostatnio procedowaną ustawą. Natomiast ustawa o refundacji wyrobów medycznych, którą zablokował minister Szumowski na początku swojego urzędowania do dzisiaj jest zablokowana. Minister Niedzielski mógłby rozwiązać wiele problemów w zakresie wyrobów medycznych, ale ani nic sobie z tego nie robi, ani nic z tym nie robi. 

Nie ma żadnych poważnych zmian, żadnych poważnych reform. Ministerstwo nie wywiązuje się nawet ze złożonych deklaracji zmian, więc nie można mówić o jakiejkolwiek reformie systemu opieki zdrowotnej. Na przykład ustawa o jakości w ochronie zdrowia, choć co prawda miała sporo dobrych zapisów, to wciąż nie weszła w życie, a na pierwszy plan wybija się z niej dążenie do jeszcze większej centralizacji i prawdopodobnie chęć obsadzenia „swoimi” ludźmi stanowisk w szpitalach. Suma summarum zbliżamy się do systemu Siemaszki, który obowiązywał w Polsce do lat 80-tych.

Łanda: Za chwilę zabraknie ważnych leków na rynku

A propos cytatów z Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził: „Niech lekarz w Polsce dobrze zarabia, pod warunkiem, że pracuje tylko w tym jednym miejscu. Tak jak jest w Niemczech”. Jest to do zrealizowania w Polsce?

Po pierwsze, Niemcy mają dobrze opisany koszyk. Po drugie, mają koszyk dostosowany do pieniędzy, które gromadzą ze składek. Po trzecie, mają rozsądnie ustawione taryfy, które pozwalają lekarzom godnie zarabiać w jednym miejscu pracy. U nas nie ma ani jednego z tych trzech elementów. Wszystko jest na opak.

Koszyk jest za szeroki, taryfy są fikcyjne, niektóre zawyżone dwu- a nawet trzykrotnie w stosunku do Wielkiej Brytanii czy innych krajów, a inne są z kolei zbyt niskie, więc świadczeniodawcom nie opłaca się ich wykonywać i ustawiają pacjentów w kolejce. 

Ta największa choroba systemu, czyli dysproporcja pomiędzy zawartością koszyka świadczeń gwarantowanych a wielkością środków na jego realizację pogłębia się. Teraz będzie tąpnięcie, bo podwyższenie minimalnego wynagrodzenia spowoduje duże problemy po stronie świadczeniodawców, którzy zaczną zadłużać się na potęgę, choć niektórym nikt nie będzie chciał udzielać kredytów, ponieważ stracili płynność finansową i wiarygodność jako płatnicy.

W związku z tym sytuacja chorych będzie coraz gorsza i przewiduję sporo bankructw szpitali, a już na pewno zadłużenie szpitali pójdzie ostro w górę.

A jak pan widzi przyszłość podmiotów na rynku leków? Rosnące koszty i presja inflacyjna już wywołują reakcję – hurtownicy chcą podniesienia wysokości marży, bo inaczej grozi nam zapaść w dostawach, co może zagrażać bezpieczeństwu lekowemu pacjentów. Co może się wydarzyć na rynku leków?

Za chwilę zabraknie ważnych leków na rynku, chyba że MZ zauważy problem i zareaguje z wyprzedzeniem. Trzeba rozważać cały łańcuch dystrybucji od producenta do pacjenta.

W czasie pandemii były problemy z produkcją API, czyli substancji aktywnych. To w tej chwili nie jest już istotny problemem, bo produkcja wróciła do pewnego stabilnego poziomu. Ale pojawiły się inne problemy, w tym najważniejszy to inflacja i wzrost kosztów, co przekłada się na opłacalność działalności: produkcji, prowadzenia hurtowni i prowadzenia apteki. 

W obecnych warunkach producentom niektórych leków nie opłaca się ich produkować. Często korzystniej jest zakończyć wytwarzanie niż utrzymywać nierentowną produkcję. Gdyby minister zdrowia wymagał wysokich kompetencji w Komisji Ekonomicznej, czyli tak jak postulowałem w dużej nowelizacji ustawy refundacyjnej (DNUR), że członkowie Komisji Ekonomicznej muszą mieć odpowiednie certyfikaty, odpowiednią wiedzę i umiejętności, znajomość języka angielskiego, to miałby organ, który byłby organem eksperckim. A teraz to ma organ, który jest organem politycznym i harcownikiem, mającym wywierać presję psychologiczną na firmy farmaceutyczne, nic więcej. 

Dociskają producentów z całej siły, by były jak najniższe ceny, także w segmencie generyków i odpowiedników. Jeżeli wypadnie nam lek A, który jest obecnie najtańszy w leczeniu jakiejś choroby, to lekarze będą musieli przepisywać lek B, który jest na przykład 10 razy droższy. A tamten wypadł tylko i wyłącznie dlatego, że po prostu produkcja się nie opłaca. Takich leków mamy coraz więcej, a więc koszty refundacji będą rosły, a opcji leczenia będziemy mieli coraz mniej.

Kolejną rzeczą jest problem hurtowni i aptek, które bardzo kiepsko zarabiają na asortymencie refundacyjnym. Pamiętajmy, że to właśnie te leki, które są refundowane są najważniejsze, bo to one właśnie wydłużają życie, pozwalają na wyleczenie choroby, poprawiają jakość życia. Nieco upraszczając, jeżeli lek jest nieistotny dla zdrowotności społeczeństwa, to nie jest refundowany.

I co się dzieje? Jeśli marżowość hurtowni i aptek jest bardzo mała w segmencie leków refundowanych, to zły pieniądz będzie wypierał dobry pieniądz, czyli skoro hurtownie i apteki zarabiają na asortymencie nierefundowanym, to on będzie wypierał asortyment refundowany i obrót lekami refundowanymi będzie malał. To może jest na rękę NFZ, bo dzięki temu początkowo zaoszczędzi na refundacji, ale pacjenci będą musieli więcej wydawać na leki pełnopłatne. Chyba nie o to chodzi w systemie refundacji leków?

Jest coraz więcej braków leków w hurtowniach i aptekach. Farmaceuci niby mają wydumane przepisy, które mówią, że powinni mieć na stanie wszystkie ważne leki, ale jeżeli tych leków w hurtowni nie ma, to kto zmusi aptekę do ich posiadania? Po drugie utrzymywanie zapasów kosztuje, a właśnie wydłużono terminy płatności z NFZ dla aptek.

Wiceminister Maciej Miłkowski zapowiedział już podniesienie marży z 5 do 6 procent.

Życzę mu oczywiście szczęścia i mam nadzieję, że uda mu się podnieść marżę, ale obawiam się, że może być to trudne i czeka nas polityczna wrzawa.

W 2016 roku przygotowaliśmy dwie ważne ustawy dotyczące leków: wspomniany DNUR oraz dużą nowelizację prawa farmaceutycznego (NOPEF). Wiedzieliśmy też, że każda partia, która jest w opozycji, będzie protestować przeciwko podniesieniu marż aptecznych i hurtowych. Jeżeli PiS będzie w opozycji, a PO wyjdzie z takim pomysłem, to PiS będzie protestował. A jeżeli PiS będzie u władzy, a PO będzie w opozycji, to PO będzie protestować. Tak u nas niestety robi się politykę. 

To co ma zrobić?

Wprowadzenie opłaty dyspensyjnej, w połączeniu z rozwojem opieki farmaceutycznej wydaje mi się bezpieczniejszym i lepiej odebranym społecznie projektem. Także łatwiejszym do przeprowadzenia politycznie. Zapisy są w NOPEF, który jest zablokowany od początku 2017 roku.

Łanda: Powstaje pytanie, jaki mamy interes narodowy jako Polska?

Nazywa pan Komisję Ekonomiczną harcownikiem, ale trudno jej członkom odmówić skuteczności. Gdzie działania negocjacyjne Komisji Ekonomicznej mają jeszcze duży potencjał?

Jeśli chodzi o ceny leków innowacyjnych, to są one najniższe w Europie, dzięki instrumentom dzielenia ryzyka, wymaganiom refundacyjnym, ale także dzięki działalności Komisji Ekonomicznej i negocjacjom. Gdyby nie te instrumenty dzielenia ryzyka, Komisja Ekonomiczna i cały proces refundacyjny, który generalnie jest efektywny, to mielibyśmy znacznie mniej innowacyjnych drogich leków w refundacji.

Dużym problemem natomiast jest segment leków tanich, gdzie w większości przypadków nie mamy najniższych cen w Europie. Częściej ceny w segmencie leków tanich są w Polsce wyższe w stosunku do cen tych leków generycznych i odpowiedników (me too drugs) w innych krajach. Ale jednocześnie w coraz częstszych przypadkach mamy absurdalnie niskie ceny i ich producentom nie opłaca się ich dalej wytwarzać. Jak tych leków zabraknie, będziemy musieli przestawiać pacjentów na droższe odpowiedniki lub nie będzie czym leczyć pacjentów. 

Członkowie Komisji Ekonomicznej próbują negocjować, ale to nie może odbywać się tak, jak teraz, bez opamiętania i bez zrozumienia polskiej racji stanu. W Refundacyjnym Trybie Rozwojowym (RTR) uwzględniliśmy czynnik tak zwanego patriotyzmu gospodarczego, który zapewniał przejrzystość, kryteria, racjonalność i automatyzm podejmowania decyzji cenowych. Ale projekt leży od 2016 roku i nic się z nim nie dzieje. 

Powstaje pytanie, jaki mamy interes narodowy jako Polska? Otóż my nie jesteśmy producentem drogich leków innowacyjnych. Natomiast mamy interes narodowy w produkcji leków generycznych, biopodobnych, odpowiedników typu me-too. Jeżeli obniżymy ceny w tym segmencie jeszcze bardziej, to zabijemy nasz wewnętrzny przemysł farmaceutyczny.

Powstaje kolejne pytanie, które z leków generycznych są produkowane w Polsce, a które nie? Które na przykład są sprowadzane tylko i wyłącznie po to, żeby zniszczyć konkurencję, a są dotowane w Indiach czy Chinach? Producenci leków wytwarzanych w Polsce, czy szerzej, którzy inwestują w Polsce i prowadzą tu działalność gospodarczą, powinni z tego tytułu odnosić dobrze określone korzyści. To było jasno zaprojektowane w RTR.

To co pan mówi, jest zbieżne z tym, co zapowiada wiceminister Miłkowski, że propozycje zawarte w ustawie refundacyjnej wzmacniają producentów, którzy produkują leki w Polsce, bądź korzystają z polskiego API.

Słusznie, ale jeszcze nie widziałem projektu zmian w ustawie refundacyjnej. Jak zobaczę, przeczytam, to powiem, co na ten temat sądzę. 

Co pan myśli o wspólnym HTA i jednej cenie w Europie na drogie leki?

Świetny pomysł, ale muszą być spełnione dwa warunki. Po pierwsze, musiałaby powstać solidarnościowa wspólna paneuropejska lista leków refundowanych, na przykład onkologiczna, potem leków sierocych, potem jeszcze innych. To zapewniałoby równy dostęp do ważnych leków dla wszystkich europejskich pacjentów.

Ale jest również drugi element - musiałoby dojść do ustalenia wspólnej polityki podatkowej związanej z produkcją i eksportem leków. Bo jest takie powiedzenie: „każda sroczka swój ogonek chwali”. Jeżeli np. Austria wysyła leki do Polski, to Polska staje się płatnikiem netto na rzecz Austrii. To wymaga korekty w systemach podatkowych.

Jeżeli te dwa czynniki zostaną spełnione, to jestem zwolennikiem paneuropejskiego wykazu leków refundowanych. Wtedy też jest oczywiście możliwa jedna ocena technologii medycznych, jedna cena i jeden wniosek refundacyjny.

Obecnie firmom zależy głównie na najbogatszych krajach w Europie. Gdybyśmy kupowali leki jako cała Unia Europejska, zgodnie z pewną uśrednioną zdolnością nabywczą, to firmy farmaceutyczne musiałyby się dostosować i brać pod uwagę całą Europę.

Co pan pomyślał, kiedy przeczytał objaśnienie prawne do ustawy "Apteka dla Aptekarza”, w którym sformułowanie „4 aptek” mogłoby się odnosić do województwa?

Na początku pomyślałem, że jest to jakiś żart. Potem pomyślałem, że ktoś popełnił jednak błąd i że za chwilę dojdzie do korekty. I tak się de facto stało. Natomiast wydaje mi się, że warto jest zapytać, jak taki "błąd" mógł powstać. I kto jest za to odpowiedzialny? Z tego, co słyszałem, to jednak prawnicy z GIF. Jeśli tak, to czy to nie dziwne, że prawnicy GIF nie znają zapisów ustawy, dla której interpretacje wydają? 

Taki był cel AdA postawiony przez premiera Gowina, czyli utrzymanie ówczesnych (był to rok 2016) udziałów w rynku aptek sieciowych i rodzinnych. Utrzymanie status quo w zakresie udziałów na rynku aptek było więc ratio legis AdA, które prawnicy GIF powinni rozumieć.

Ustawa była procedowana, kiedy był pan ministrem odpowiedzialnym za rynek leków. Czy dziś nie żałuje pan, że w ustawie jest przepis, który pozwala na tak skrajnie odmienne interpretacje? Jedna zakłada, że po 25 czerwca 2017 roku otwierać nowe lub przejmować już istniejące apteki mogą jedynie farmaceuci (lub ich spółki) i tylko, gdy nie przekraczają progu koncentracji 4 aptek. I druga, że przepisy ustawy „AdA” nie mają w żadnym zakresie zastosowania do zezwoleń na prowadzenie aptek, wydanych przed 25 czerwca 2017 roku.

Nie jestem prawnikiem, więc tu nie pomogę. Natomiast mogę mówić o ratio legis, a ratio legis było jednoznaczne. Mamy zamrozić udziały aptek sieciowych i aptek indywidualnych na rynku. Przewaga żadnej z tych dwóch grup nie jest korzystna dla społeczeństwa. Utrzymywanie równowagi jest istotą ustawy AdA. Jeżeli są jakieś wątpliwości interpretacyjne, trzeba patrzeć głównie na ten cel nadrzędny ustawy i w tym duchu należy interpretować wszelkie przepisy, które tam są zapisane.

Dr Krzysztof Łanda, przewodniczący Komisji Zdrowia BCC, prezes firmy MedInvest Scanner, wiceminister zdrowia w latach 2015-2017, b. prezes HTA Audit, założyciel Watch Health Care Foundation.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum