Kadrowe i płacowe fikcje. Co trzeba zmienić, żeby uzdrowić system?

Autor: Marzena Sygut, Katarzyna Lisowska/Rynek Zdrowia • • 17 stycznia 2019 21:31

Zmiany w systemie kształcenia przed i podyplomowym kadr medycznych, dostosowanie systemu ochrony zdrowia do zmieniającego się otoczenia oraz gruntowna zmiana sposobu ustalania wynagrodzeń - to tylko niektóre reformy, których pilnie potrzebuje polska służba zdrowia. Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że do takich transformacji jest przygotowane i wskazuje na pierwsze działania w tym kierunku.

Kadrowe i płacowe fikcje. Co trzeba zmienić, żeby uzdrowić system?
Fot. Shutterstock

Decydenci i eksperci rozmawiali o tych zagadnieniach 17 stycznia w Lublinie podczas konferencji "Kadry w ochronie zdrowia - wyzwania i rozwój" w ramach kolejnej debaty z cyklu "Wspólnie dla zdrowia”.

Jak zaznaczał prof. Łukasz Szumowski minister zdrowia, kadry medyczne to temat, który rozgrzewa wszystkich z różnych powodów.

- Dziś rozmawiając o kadrach trzeba mówić o nakładach finansowych, koniecznych zmianach w czasie pracy specjalistów, trybie kształcenia, potrzebie wprowadzenia do systemu nowych zawodów medycznych i to co bardzo ważne, systemowym skoordynowaniu wszystkich profesji w jedną płynnie funkcjonującą całość - podkreślił minister.

Którędy do celu
Dodał, że dziś mamy z tym problem, dlatego szukamy drogi prowadzącej do tego celu.

Podkreślił jednak, że przy wciąż za niskich nakładach, w naszym systemie realizowanych jest bardzo dużo świadczeń i w praktyce nie działa on tak źle, jak oceniają to pacjenci. Wdrożono już pewne rozwiązania, które mają poprawić pracę specjalistów oraz ich wynagrodzenia. Trwają prace nad kolejnymi zmianami.

Dr Paweł Ptaszyński z Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi zwrócił uwagę, że to od kadr zależy funkcjonowanie całego systemu, a także jakość opieki nad chorym.

- W Polce mamy obecnie dziesięć zawodów medycznych uregulowanych, osiemnaście, które na takie regulacje czekają, i kolejne profesje, które nie są zawodami medycznymi, ale mają zastosowanie w ochronie zdrowia. Bardzo ważną kwestią jest praktyczne wykorzystanie tych zasobów. Wprawdzie na tle Europy mamy braki kadrowe po stronie lekarzy i pielęgniarek, jednak wyróżnia nas to, że mamy zbyt mało lekarzy POZ, ale całkiem sporą kadrę specjalistów - podkreślił Ptaszyński.

Zaznaczył też, że Polska, w stosunku do innych krajów, ma bardzo mały odsetek lekarzy-obcokrajowców. Ważne jest też to, że w ostatnich latach obserwuje się spadek migracji polskich specjalistów w celach zarobkowych za granicę.

 Z kolei minister Szumowski podkreślił, że dzisiejsze problemy kadrowe to efekt błędnych decyzji politycznych podejmowanych w latach 90., kiedy to wprowadzono limity studentów na uczelniach medyczne.

- To w efekcie tych ograniczeń mamy obecnie tak dotkliwy niedobór specjalistów - wskazywał minister Szumowski i dodał, że powoli dzięki polityce zwiększania przyjęć na kierunkach lekarskich sytuacja poprawia się. - Tego nie zmienimy w pół roku, ale widzimy jaskółki, które wskazują, że zapaść już się nie pogłębia - mówił.

W ocenie specjalistów zwiększenie liczebności kadr w sektorze zdrowia nie będzie możliwe bez gruntownej reformy w obszarze edukacji.

Praktyczne kształcenie
Jak mówił prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, o ile jeszcze kształcenie przeddyplomowe lekarzy można uznać, poza niewielkimi niedociągnięciami, za poprawne, to już kształcenie podyplomowe wymaga głębokich zmian.

- W ostatnich latach błędnie zamieniono kształcenie na uczelniach medycznych z profesjonalnego wykonywania zawodu lekarza na profil akademicki. Studentów na kierunkach lekarskich należy przygotowywać do zawodu, a nie do prowadzenia badań naukowych. Upraktycznienie kształcenia wymaga wyjścia poza uczelnie. Dziś nie mamy ani środków ani narzędzi by tej praktyce sprostać - zaznaczył Andrzej Matyja.

Wskazał, że obecnie takie wprowadzenie młodych lekarzy do szpitali jest niekiedy wbrew obowiązującym przepisom, np. zawartym w umowach lecznic z NFZ.

Prof. Matyja zauważył też, że obecnie kształcenie podyplomowe to jedna wielka fikcja. - Tworzymy programy nauczania, których nie da się zrealizować, podpisujemy fikcyjne staże. Jak jest możliwe, żeby ktoś, kto pracuje w Lublinie, specjalizację miał w Krakowie. Wiemy, że w praktyce nie da się tego zrealizować - wskazywał.

Kolejna fikcja to kształcenie ustawiczne. - Żaden dyrektor lecznicy nie zwolni lekarza na potrzebne mu szkolenia, gdy pod jego gabinetem stoi kolejka chorych. To trzeba uregulować konkretnym zapisem, by lekarz faktycznie mógł wywiązywać się z obowiązku systematycznego podnoszenia wiedzy - wyjaśniał.

Z kolei dr Adam Fronczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego dodał też, że proces kształcenia specjalistów jest zbyt długi, dlatego należy rozważyć skrócenie czasu specjalizacji.

Eksperci wskazywali także na konieczność modyfikacji LEP czy stażu podyplomowego. Zwracali uwagę, ż polski model nauczania jest przestarzały - nie uwzględnia nowych zawodów medycznych. Z tego powodu przedstawiciele tych profesji spotykają się z brakiem akceptacji w środowisku medycznym.

Jak wynagradzać w ochronie zdrowia
Eksperci zaznaczyli też, że służbie zdrowia pilnie potrzeba systemowych rozwiązań dotyczących sposobu wynagradzania.

Jak zauważyła Dorota Gałczyńska-Zych, dyrektor Szpitala Bielańskiego w Warszawie, dzisiaj szef szpitala pracuje w oparciu o 440 akty prawne. Nie ułatwia to podejmowania decyzji płacowych. Dlatego też, abyśmy w ogóle mogli się w tym rozeznać, potrzebujemy kodyfikacji.

- W obecnej sytuacji niezbędne jest rozwiązanie problemów płacowych systemowo. W związku z tym, jedynym aktem prawnym regulującym wynagrodzenie powinna być Ustawa z dnia 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych, oczywiście odmrożona. Na nią powinny zostać nałożone akty prawne, które dałyby dyrektorom możliwość regulowania wynagrodzeń w oparciu o zadaniowość - podkreśliła Gałczyńska- Zych.

Urszula Michalska, przedstawicielka ochrony zdrowia w OPZZ zwróciła uwagę na to, że tak długo jak w procedurach medycznych nie będzie wydzielonych kosztów pracy personelu, tak długo kadry medyczne będą zmuszone walczyć o wynagrodzenie i wyszarpywać należne im pieniądze różnymi protestami.

- Niestety pomimo debaty "Wspólnie dla Zdrowia" cały czas nie widać dialogu w zdrowiu. Nie może być tak, że ludzie zatrudnieni na tym samym stanowisku, z tym samym zawodem, mają tak różne płace. To jest efekt niespójnego prawa - zaznaczyła.

Kto wywalczył, ten ma
Maria Ochman, przewodnicząca KSOZ NSZZ Solidarność dodała, że w efekcie tego niespójnego prawa rodzą się kominy płacowe. Doprowadziły one do tego, że praca w zakładach służby zdrowia stała się nieznośna, bo każdy patrzy na siebie i swoją grupę zawodową.

- Każdy chce mieć więcej, zazdrośnie patrzy na przedstawicieli tych zawodów, którym dzięki różnym formom nacisku udało się wywalczyć podwyżki wynagrodzeń. Doszło do pozrywania relacji ludzkich i towarzyskich. Musimy odbudować etykę zawodów medycznych. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jak daleko można się posunąć w walce o wynagrodzenia, do jakich form protestu - mówiła.

W odpowiedzi Krystyna Ptok, przewodnicząca OZZPiP przypomniała, że pielęgniarki zmuszone były walczyć o swoje, ponieważ od wielu lat były zupełnie zaniedbaną grupą zawodową. Jak podkreśliła, przed tzw. dodatkiem zembalowym pielęgniarka w szpitalu powiatowym miała 1450 zł płacy zasadniczej. Teraz płaca ta wynosi 2680 zł brutto.

- Trzeba bowiem pamiętać, że dyrektorzy wszelkie oszczędności w szpitalach robili kosztem pielęgniarek. Nawet jeśli nie były one zwalniane, to redukowano personel pomocniczy przerzucając jego zadania na pielęgniarki - zaznaczyła Ptok.

Dodała, że w szpitalach na zachodzie pielęgniarki korzystają z licznych świadczeń pozapłacowych, takich jak przedszkola dla dzieci, pozakolejkowe porady lekarskie, karty do stomatologa. To wszystko działa na personel jak magnes.

Więcej publicznych środków
Zdzisław Szramik, przewodniczący regionu podkarpackiego OZZL zaznaczył, że jeśli chcemy w ogóle mówić o zarobkach, musimy mówić o środkach przeznaczonych na ochronę zdrowia. Niestety, jak podkreślił, minister zdrowia jest ostatnim klientem w kolejce do ministra finansów. Nie zmieni się to, dopóki politycy nie zmienią pozycji ochrony zdrowia w dostępie do publicznych środków.

- Pracownicy nie mają wygórowanych oczekiwań płacowych. Gdyby tak było, to nasze wydatki na ochronę zdrowia byłyby wyższe niż w krajach ościennych, a tak nie jest. Przeznaczamy na zdrowie jedynie 4,8 proc. budżetu przy średniej europejskiej wynoszącej 6,8 proc. Nawet kraje ościenne, takie jak Słowacja, Węgry, Czechy wykładają na nie 6 proc. i powyżej.  Nasi politycy nie potrafią doprowadzić do tego, aby ochrona zdrowia znalazła się na odpowiednim miejscu w systemie. Dopóki nie będziemy mieli co dzielić, to wszelkie rozmowy o pieniądzach są zawieszone w próżni - podsumował Szramik.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum