Jeśli w publicznej, to nie w prywatnej? Zyski kontra liczenie ofiar

Autor: Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 02 marca 2020 06:01

Według Krzysztofa Bukiela, szefa OZZL, kryzys spowodowany zakazem łączenia przez lekarzy pracy w dwóch systemach - publicznym i prywatnym - skutecznie zmusiłaby rząd do reakcji i finalnie każdemu by się opłacił. - Skończy się przede wszystkim na "liczeniu ofiar" wśród pacjentów - ripostuje prof. Andrzej Fal, lekarz, ekonomista i specjalista ds. zdrowia publicznego.

Lekarz powinien zadecydować, czy pracować publicznie, czy prywatnie? Fot. Fotolia

Pod koniec stycznia br. Krzysztof Bukiel, szef OZZL, wywołał niemałe zamieszanie stwierdzając, że lekarz powinien zadecydować, czy pracować publicznie, czy prywatnie. Podkreślił, że na taki miks istnieje niepisana zgoda większości zainteresowanych, bo pacjenci wizytę w gabinecie prywatnym traktują jako „przepustkę” m.in. do szybszej, bezkolejkowej hospitalizacji, lekarze mają możliwość dorobienia do klinicznej czy szpitalnej pensji, a rząd „cieszy się, że problem kolejek jest jakby mniej widoczny”.

Dodał, że obecny status quo odpowiada też dyrektorom lecznic, którzy mogą zaoszczędzić znaczne kwoty na wynagrodzeniach lekarskich w publicznym lecznictwie, bo przecież lekarze dorabiają prywatnie. Bukiel skonstatował, że „nawet wyraźna pokusa korupcyjna, która musi wystąpić w takich warunkach, zdaje się nikomu nie przeszkadzać”.

Lekcja dr-a Misia, czyli kryzys impulsem do zmian?
W jednym ze swoich felietonów opublikowanych na stronie OZZL Bukiel stwierdził, że skuteczny dialog społeczny w publicznej ochronie zdrowia w Polsce jest oparty na sile – i dotyczy to m.in. rozmów z rządem. Przyznał też, że jego propozycja zakazu łączenia pracy w publicznej i prywatnej ochronie zdrowia wywołała zdziwienie, dlaczego związkowiec proponuje niekorzystne - zdaniem lekarzy - rozwiązanie. Podnosili oni, że to zamach na ich wolność, możliwość dorobienia do pensji czy w końcu na publiczny system ochrony zdrowia, który upadnie, bo nikt w nim nie będzie chciał pracować.

Zapytany przez Rynek Zdrowia, dlaczego z jego perspektywy ta propozycja jest jednak dobra, odpowiedział: - Ogromna większość jest przeciwna dlatego, że wywoła to pewien kryzys. Też zdaję sobie z tego sprawę. Ale nie wyobrażam sobie, by rządzący wówczas patrzyli i nic nie robili. Pierwszym ruchem musiałoby być podniesienie wynagrodzeń - mówi.

Tłumaczy też, by zmiany wprowadzać stopniowo - i nie poprzez tworzenie mechanizmu bezwzględnego zakazu, ale pewnej formy nagrody dla tych, którzy nie łączą pracy w dwóch systemach.

- Taką formę nagrody, ale dla tych, którzy nie dyżurują poza swoim szpitalem, minister już wymyślił w postaci wyższej pensji, 6750 zł brutto (chodzi o tzw. lojalki dla specjalistów - red,). Teraz też można przyjąć, że w nagrodę za rezygnację przez lekarza z równoległego prowadzenia prywatnej praktyki będzie lepsza pensja - wyjaśnia Bukiel.

Jako przykład konstruktywnego kryzysu, którego bało się środowisko lekarskie, przytacza sprawę dr-a Czesława Misia. - W roku 2004 na zarządzie krajowym OZZL rzucił hasło: pójdźmy do sądu, by uznał, że w Polsce obowiązuje dyrektywa o czasie pracy obejmująca lekarzy - przypomina. Dyrektywa przewidywała maksymalnie 48-godzinny tydzień pracy wraz z nadgodzinami i dyżurami. Jak tłumaczy Bukiel, lekarze obawiali się, że zostaną pozbawieni możliwości dorabiania, a dyrektywa uderzy w pacjentów, bo nie będzie komu dyżurować. Pojawił się też argument, że OZZL nie może działać wbrew interesom swoich członków.

- OZZL wsparł dr-a Misia jedynie nieoficjalnie, ale formalnie to on wystąpił do polskiego sądu z pozwem. Sąd uznał, że lekarze są objęci dyrektywą, a rząd, by nie zabrakło ich na dyżurach, przyjął rozwiązanie w postaci klauzuli opt-out - konstatuje szef OZZL.

Organizacje pytają lekarzy
Minister zdrowia Łukasz Szumowski zapewnił w „Rzeczpospolitej", że gotów jest przystąpić do rozmów nt. ewentualnego rozdzielenia pracy lekarzy w dwóch systemach, jeśli pozna opinię samorządu lekarskiego.

Najpierw zareagowała Naczelna Izba Lekarska, zadając lekarzom pytanie: „Gdzie chcemy pracować? W publicznej czy prywatnej ochronie zdrowia?". Ankietę wypełniło 8 tys. medyków i okazało się, że trzy czwarte z nich zdecydowałoby się na pracę prywatnie.

„Pytania ankiety - w ocenie wielu odpowiadających - były nie dość precyzyjne” - zauważył OZZL i postanowił sam wysondować lekarzy. „Jeśli lekarze w Polsce musieliby wybrać pracę albo w systemie prywatnym albo w publicznym, to ile musiałbyś zarabiać, aby zgodzić się na to i zdecydować na pozostanie tylko w systemie publicznym?” - brzmi jedno z pytań.

Jest ono nieprzypadkowe, bo to przede wszystkim różnice w płacach ustalają środek ciężkości między pracą lekarzy dla systemu publicznego i prywatnego.

- O ile w Niemczech płace w publicznej ochronie zdrowia są w stanie zatrzymać także tych, którzy mają możliwość pracy w obszarze prywatnym, w Polsce nawet profesorowie muszą dorabiać, by zapewnić sobie adekwatny do wiedzy poziom zarobków - mówi prof. Marek Rękas, szef Kliniki Okulistyki w Wojskowym Instytucie Medycznym, z-ca dyrektora WIM ds. naukowych i konsultant krajowy w dziedzinie okulistyki.

- Najpierw zwiększmy wynagrodzenia w sektorze publicznym tak, żeby lekarz nie zarabiał od 1,6 do 2,2 średniej krajowej w Polsce, ale np. tak, jak w Niemczech - 5,5 do 6 średnich. Wtedy zobaczymy, ilu będzie zainteresowanych równoległą pracą w dwóch sektorach. (…) Lekarze umierają na dyżurach, bo aby godnie żyć, muszą coraz więcej pracować - wskazuje prof. Andrzej Fal, szef Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych CSK MSWiA w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego.

- Lekarz wybierze to, co mu się będzie bardziej opłacało. Jeśli dobrze zarobi w jednym miejscu, nie będzie musiał pracować w kilku - podsumowuje Andrzej Sośnierz, były szef Śląskiej Kasy Chorych i prezes NFZ, obecnie poseł PiS.

Eksperci: zmiany są potrzebne, ale stosujmy „marchewkę”
Mimo oporu środowiska lekarskiego zapytani o ocenę pomysłu Bukiela eksperci przyznawali, że „jakieś” zmiany są potrzebne, tyle, że mniej drastyczne.

- Rozdzielenie dwóch systemów "z dnia na dzień" spowodowałoby chaos w postaci olbrzymich braków kadrowych w publicznej ochronie zdrowia, co naraziłoby pacjentów na poważne ograniczenia w dostępności do świadczeń - ostrzega prof. Rękas.

Zaznacza jednak, że nie powinno być tak, iż wszyscy już od samego początku kariery pracują jednocześnie w dwóch systemach. - To generuje kolejki i przyzwyczaja pacjentów do wchodzenia do systemu publicznego przez drzwi prywatnego gabinetu. Nawet Niemców na to nie stać. Tam prywatnie mogą pracować m.in. szefowie publicznych klinik/oddziałów, ale już ich asystenci - nie - zauważa.

Wyjaśnia, że jeśli lekarz chce założyć własną praktykę, nie wchodzi do systemu publicznego. - Zawodowe łączenie tych dwóch obszarów uzależnia się od umiejętności potwierdzonych stanowiskiem. Niesie to o tyle dobre skutki, że wiadomo, jaki jest kierunek rozwoju. Może to jest czas, by zacząć na ten temat dyskusję i wypracować polski model? - zastanawia się.

Jak mówi, sam od wielu lat pracuje także prywatnie, ale - jego zdaniem - dla państwa to strata, bo kadry wybitnych specjalistów, naukowców, rozwadniają się, uszczuplają i „nie mają czasu na edukację” co być może jest największym ubytkiem dla systemu.

Także prof. Fal nie wyklucza zmian, ale poprzez zwiększanie zarobków w sektorze publicznym, a nie zakazy. - Celowe doprowadzenie do zapaści systemu, by zmusić rząd do dofinansowania wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia, skończy się nie tylko na zawodowym i finansowym dyskomforcie dla lekarzy, ale przede wszystkim na „liczeniu ofiar” wśród pacjentów. Nawet szybka reakcja rządu stworzy jakieś "okno śmierci", w którym opieka może być niedostateczna. Przypominam też, że dodatkowych pieniędzy na ochronę zdrowia szukamy od 30 lat i znaleźć nie potrafimy - wskazuje.

- Mieszanie tych dwóch działalności powoduje niejasność - i to nie tylko teoretyczną. Pojawiają się np. zarzuty, że przerzuca się koszty na podmiot publiczny, pracując w podmiocie prywatnym, Wymagałoby to jakiegoś uporządkowania, ale nie poprzez zakazy. Jestem zwolennikiem praktyk opartych na publicznych kontraktach - mówi Sośnierz.

Skoro reformować, to jak?
- Najpierw trzeba zreformować system kształcenia i dofinansować specjalistykę, a nie tylko rezydentów, którzy - przypominam - to właśnie przez specjalistów są uczeni zawodu. Dofinansowanie specjalistów należy sprofilować. Chirurgowi, który utrzymuje się głównie z dyżurów, powinno się wesprzeć ten właśnie obszar, przy jakiejś minimalnej liczbie wykonanych zabiegów. Ale już np. okuliście powinno się lepiej płacić za procedury, bo to z nich ma dochód. Oczywiście - analogicznie - przy minimalnej liczbie odbytych dyżurów - twierdzi prof. Rękas.

Prof. Fal zwraca z kolei uwagę, że nie egzekwujemy pewnych zapisów dotyczących profilaktyki, działań POZ, ponadto jest też szereg rzeczy, które w systemie można wprowadzić praktycznie bezkosztowo i które w długoterminowej perspektywie (5-7 lat) przyniosłyby pożądane efekty. - Boimy się jak diabeł święconej wody dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Jestem też zwolennikiem dopłat do leczenia, choć na to rozwiązanie polskie społeczeństwo jeszcze długo nie będzie przygotowane - mówi.

Sośnierz postawiłby na systemowe wsparcie praktyk opartych na publicznych kontraktach. - NFZ powinien nadążać za ekspansją najbardziej wydajnych, płacąc nadwykonania i zwiększając w ślad za tym kontrakty. Lekarzowi powinno opłacać się działać w jednym obszarze - prywatnym (ale na kontrakcie publicznym) lub publicznym związanym z NFZ - wskazuje.

- Ambulatoryjna opieka zdrowotna mogłaby być prywatna i całkowicie odpłatna. Uwolnilibyśmy się wtedy m.in. od sprawozdawczych obciążeń. Trzeba też zmniejszyć popyt na świadczenia zdrowotne wyłapując te, które udzielane są bezzasadnie - mówi wreszcie Bukiel.

Podsumowuje, że tylko lekarz skupiony na pracy w jednym miejscu gwarantuje normalność.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum