Ekonomia Midasa w ochronie zdrowia. Wzrosną nakłady, ale kto za to zapłaci?

Autor: Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia • • 22 stycznia 2018 05:50

Od lat wiadomo, że budżet na służbę zdrowia jest zbyt mały, ale politycy milczeli, ponieważ proponowanie podniesienia składki czy wprowadzenia współpłacenia jest niepopularne i równałoby się politycznemu samobójstwu - przypomniał ostatnio b. wiceminister zdrowia Jakub Szulc. Czy ten klincz polityczny został rozwiązany przez nową ustawę dot. finansowania służby zdrowia?

Finansowanie ochrony zdrowia z budżetu państwa to nic innego jak finansowanie z obciążeń podatkowych. Fot. PTWP

- Myślę, że po raz pierwszy sytuacja jest inna, bo mamy uchwaloną i podpisaną przez prezydenta ustawę, która zapewnia wzrost finansowania do 6 proc. PKB w dość krótkim okresie - do 2025 roku – ocenił Marek Balicki, były minister zdrowia.

To jest jego zdaniem dość szybkie tempo zwiększania nakładów publicznych na zdrowie w relacji do PKB, zwłaszcza jeśli gospodarka będzie rosła szybko.

Nie zapłacimy więcej, ale dostaniemy więcej
- To jest rewolucyjna ustawa, która powoduje, że kwestia podwyższenia składki schodzi na dalszy plan. Dzisiaj mamy taką regulację, że jeśli środków ze składki zdrowotnej będzie za mało, to dołożymy z budżetu - wyjaśnia Marek Balicki.

Czy jednak budżet wytrzyma wzrost obciążeń? Mówiąc kolokwialnie, czy wystarczy środków na wydatki, czy nie będzie potrzebna przynajmniej alokacja zasobów w ramach budżetu?

- W budżecie nie ma znaczonych pieniędzy. Równie dobrze możemy zapytać, czy zabraknie na sprzątaczki w szkole albo na haubice - nie wiemy której złotówki może nie starczyć. Decyzja parlamentu jest taka, że uchwalił ustawę, która jest prawem i musi wystarczyć. Jeśli nie zabraknie w ogóle środków w budżecie, to już kwestia ministra finansów. Wtedy trzeba zmienić prawo. Jednak nie przewiduję, żeby obecnie ich zabrakło - ocenia były minister zdrowia.

Jak się więc okazuje, rząd może więc prowadzić politykę zwiększania nakładów na ochronę zdrowia bez podwyższania podatków.

- Jak na razie mu się to udaje. Zobaczymy jak długo. Nie jestem ministrem finansów, nie potrafię ocenić do którego momentu to jest bezpieczne. Ale pamiętam, jak minister Jacek Rostowski mówił, że na 500+ pieniędzy nie ma. Okazało się, że są - przypomina Marek Balicki.

W jego opinii cel (zaplanowany wzrost nakładów na ochronę zdrowia) został osiągnięty, więc nie ma co mówić o innych ścieżkach (wzrost składki, współpłacenie). Sam jednak podkreśla, że o jakimkolwiek sposobie mówimy, finansowanie ochrony zdrowia i tak realizowane jest zawsze z naszych pieniędzy.

Obywatele nie chcą zwiększania składki, bo...
Jakub Szulc, dyrektor w firmie EY, zwraca uwagę, iż u podstaw polityki zwiększania wydatków na ochronę zdrowia z budżetu leży fakt - co pokazują badania - że Polacy są skłonni łożyć na zdrowie, ale są przeciwni podnoszeniu obciążeń. Czyli wydatki prywatne - tak, ale wzrost składki zdrowotnej już nie. Kompletnie nie są przekonani do tego, że istniejącemu systemowi możemy zaufać, a więc że pieniądze, które w niego włożymy, będą potem wydatkowane w sposób sensowny.

- Obywatele nie chcą zwiększania składki, bowiem ich wieloletnie doświadczenia pokazują, że mimo iż wartość wydatków NFZ systematycznie rośnie, to w niewielkim stopniu przełożyło się to na wzrost dostępności do świadczeń. Wciąż stoimy w wielomiesięcznych bądź wieloletnich kolejkach do diagnostyki, specjalistów, operacji zaćmy lub biodra, a rehabilitację najczęściej opłacamy z własnego portfela. W związku z tym nie ma się co dziwić, że Polacy są sceptyczni - potwierdza Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

To prowadzi wprost do próby obejścia tego problemu przez finansowanie budżetowe.

- Można powiedzieć tak: nie będziemy zwiększać składki zdrowotnej, a większe wydatki na zdrowie sfinansujemy z budżetu państwa. Mam tylko jedno zasadnicze pytanie, skąd budżet państwa bierze pieniądze? Finansowanie z budżetu państwa to nic innego jak finansowanie z obciążeń podatkowych - przypomina Jakub Szulc.

- Oczywiście można dalej rozwijać to myślenie: że np. nie podnosimy podatków, ale zwiększamy deficyt budżetowy - tylko jeśli zwiększamy deficyt budżetowy, to tak naprawdę podnosimy podatki w przyszłości - dodaje.

Albo jest też inna metoda, która wydaje się być neutralna z punktu widzenia wydatków budżetowych państwa. Dajemy fundusze na zdrowie, ale zabieramy gdzie indziej.

- Tylko nie bardzo widzę jak rząd stwierdza, że w związku z tym, iż mamy sytuację taką a nie inną, to zabieramy środki np. z 500+, na śmigłowce, policji, a dajemy na zdrowie. Takie rzeczy najzwyczajniej w świecie się nie dzieją - mówi Szulc.

Goniąc króliczka
Jak jednak podkreśla, jeżeli poruszamy się w sferze realnej, to zawsze zwiększenie finansowania, będzie się wiązało ze zwiększeniem obciążeniem dla społeczeństwa - albo dzisiaj, albo później.

- Jeżeli ktoś uważa, że można zabawić się w Midasa i uzyskać coś z niczego bez dodatkowych kosztów, które trzeba będzie w związku z tym ponieść, to niestety jest w błędzie - poddaje pod rozwagę.

Czy ta zaproponowana przez rząd ścieżka wzrostu nakładów na zdrowie jest wobec tego realna, czy nie trzeba będzie po pewnym czasie podnieść podatków?

- W krótkim okresie czasu na pewno nie - ocenia dyrektor w EY. Zwraca przy tym uwagę, że ten mechanizm działa z pewnym opóźnieniem. Np. dopiero w kwietniu roku następnego znamy szacunki PKB za rok poprzedni. W związku z tym, planując budżet na rok kolejny i określając dotację budżetową można się posługiwać danymi statystycznymi sprzed dwóch lat.

- Czyli będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której będziemy gonić króliczka, a nie go łapać, bo jeżeli budżet będzie dofinansowywał wydatki na ochronę  zdrowia do tych 6 proc., to nie mówimy w takim razie o 6 proc. z roku 2025 roku, tylko o 6 proc. z roku 2023. A to PKB w 2025 jest już w zupełnie innym miejscu, czyli realnie to nie będzie 6, ale być może 5,8 proc. PKB - analizuje Jakub Szulc.

Z drugiej strony były wiceminister podkreśla, że jednak cieszy się z tej regulacji, bo to jest pierwsza tego typu próba, w której faktycznie zdefiniowano na poziomie ustawowym, że wydatki na ochronę zdrowia będą wzrastały.

- Czy to jest wystarczające? Na pewno nie, jeżeli popatrzymy na demografię, jeżeli popatrzymy, ile wydają na ochronę zdrowia nasi sąsiedzi (średnia wydatków publicznych na zdrowie w UE w 2016 roku to 7,8 PKB, a więc niemal dwa razy więcej niż wydajemy dziś), ale to jest pierwszy krok w dobrą stronę - podsumowuje były wiceminister zdrowia.

Brak porozumienia kosztuje
Wszyscy eksperci i politycy na podstawowym poziomie zgadzają się więc, że niezbędne jest zwiększenie finansowania w ochronie zdrowia. Tutaj dochodzimy do dylematu, w jaki sposób to finansowanie zwiększyć. Alternatyw nie jest wiele.

Oprócz odrzucanego społecznie zwiększania składki, mamy realizowane obecnie dynamiczne zwiększanie dotacji budżetowych.

- Jest też trzeci wariant, który się realizuje - wzrost współpłacenia pacjenta. Jako obywatele po prostu systematycznie płacimy więcej z naszej kieszeni. Można powiedzieć, że akceptują to politycy wszystkich stron, jak również sami pacjenci, choć o wzroście składki ponad sztywny od lat poziom 9 proc. nikt nie chce rozmawiać  - mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Ostatnie miesiące dyskusji o zdrowiu uświadamiają, że wszyscy uczestnicy tego rynku doskonale diagnozują wyzwania i problemy tego sektora.

- Oczywiście przedstawiciele wszystkich opcji politycznych zdają sobie sprawę, jakie są rozwiązania, ale nie są zdolni do tego, żeby zawrzeć pakt ponad podziałami na rzecz zdrowia - na rzecz kapitału, który może mieć za chwilę absolutnie kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju naszego kraju - przekonuje dyrektor z Uczelni Łazarskiego.    

Te wydatki są skorelowane
Często politycy mówią też, że nie można zwiększyć pensji i wydatków na zdrowie, bo trzeba również wydawać na obronność, na edukację, na badania i rozwój itd.

- Chciałabym zwrócić uwagę na to, że są dwa strumienie pieniędzy w budżecie, które są ze sobą bezpośrednio skorelowane: wydatki na zdrowie i wydatki na ubezpieczenia społeczne. Gdybyśmy tylko zastosowali pewne działania integrujące i koordynujące świadczenia rzeczowe i finansowe związane z chorobą to szybko wypracowalibyśmy mechanizmy reinwestowania wielu tych środków - przekonuje Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Np. gdybyśmy skoordynowali i usprawnili opiekę nad pacjentami z urazami, zagwarantowali automatyczną rehabilitację z nastawieniem na jak najszybszy powrót do zdrowia, to w jeszcze tym samym roku moglibyśmy osiągnąć zmniejszenie transferów po stronie ZUS. Podobny potencjał tkwi w opiece nad pacjentami z zaburzeniami psychicznymi, chorobami reumatologicznymi  czy przewlekłymi chorobami neurologicznymi typu stwardnienie rozsiane.

- Niestety do tej pory nie przeprowadziliśmy krytycznej analizy obowiązujących zasad finansowania ochrony zdrowia ze środków publicznych. Nie wyszliśmy ze sztywnego postrzegania wydatków na zdrowie tylko z perspektywy budżetu MZ, nie podjęliśmy nawet debaty o poziomie składki i efektywności systemu ubezpieczenia zdrowotnego, który nigdy nie przyjął pełnej swojej formy - ocenia Gałązka-Sobotka.

Natomiast zdaniem ekspertki najprostszym i najbardziej racjonalnym rozwiązaniem jest zwiększenie składki. Bez tego państwo nigdy nie będzie w stanie tak naprawdę gwarantować trwałego rozwoju systemu.

- Nie możemy odkładać na potem trudnych tematów tylko dlatego, że sondaże wskazują opór społeczny. Bo alternatywa jest tylko jedna. Będziemy coraz więcej wydawać z własnego portfela. Co już widać w statystykach, a to niestety najmniej efektywny sposób finansowania opieki zdrowotnej - podsumowuje dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum