Dramatyczne wypadki w rolnictwie: dorośli ryzykują zdrowiem i życiem dzieci

Autor: Iwona Bączek/Rynek Zdrowia • • 16 kwietnia 2009 06:32

Wiosna oznacza rozpoczęcie sezonu prac polowych, tj. okresu, w którym dochodzi do największej liczby wypadków rolniczych. Wśród ich ofiar nie brakuje dzieci. Ile takich zdarzeń ma miejsce w Polsce? Tego nie wie nikt.

Dramatyczne wypadki w rolnictwie: dorośli ryzykują zdrowiem i życiem dzieci
W roku 2008 pracownikom Inspekcji Pracy udało się dotrzeć do znacznie większej liczby osób pracujących w rolnictwie. Przeprowadzono łącznie ponad 14 tys. wizytacji gospodarstw rolnych i miejsc prowadzenia prac polowych, o 48 proc. więcej niż w roku 2007. Przy wizytowanych pracach polowych i w gospodarstwach pracowało 31,3 tys. rolników i członków ich rodzin, w tym także dzieci...

Zgodnie ze znowelizowaną  w 2004 r. ustawą o ubezpieczeniu społecznym rolników, ich dzieci do lat 15 nie są objęte prawem do jednorazowego odszkodowania z tytułu wypadku. Dlatego nie istnieją dane KRUS, które mogłyby posłużyć do zobrazowania skali problemu.

Problem jednak istnieje i wcale nie jest mały. Dlatego w Klinice Chirurgii i Traumatologii Dziecięcej Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie powstał w 2006 r. projekt utworzenia w pobliskiej Poniatowej ponadregionalnego Ośrodka Leczenia, Rehabilitacji i Wybudzeń Dzieci po Urazach. Plan zyskał uznanie samorządu wojewódzkiego oraz ówczesnego ministra zdrowia Zbigniewa Religi. Nie został jednak zrealizowany do dziś.

– Nie ma systemu monitorowania wypadków w rolnictwie z udziałem dzieci – mówi portalowi rynekzdrowia.pl Danuta Rutkowska, rzecznik Państwowej Inspekcji Pracy. - Ustawę o ubezpieczeniu społecznym rolników nowelizowano w ramach dostosowania naszych przepisów do prawa unijnego, które stanowi, że dzieci nie mogą być zatrudniane do prac rolnych. Brak nowelizacji oznaczałby usankcjonowanie przeciwnego stanu rzeczy.

– W ten sposób utracone zostało jednak cenne źródło informacji o tym, jak naprawdę to wygląda. Obecnie o wielu wypadkach PIP dowiaduje się z prasy – przyznaje Danuta Rutkowska. – W dodatku inspektorzy pracy nie mają prawa kontrolowania gospodarstw rolnych. Biorą jedynie udział w wizytacjach, podczas których obserwują zatrudnianie dzieci do prac, których absolutnie nie powinny wykonywać. Wszelkie dane, które na ten temat posiadamy, pochodzą wyłącznie z tego źródła...

Przerażająca kronika
I tak np. w 2005 r. inspektorzy pracy odnotowali 1864 przypadki pomagania rodzicom w pracach polowych, w tym także tych zabronionych młodocianym: kierowaniu maszynami rolniczymi, obsłudze maszyn stacjonarnych, załadunku i rozładunku ciężkich bel słomy.

Ponad 50 proc. dzieci przebywało w czasie wizytacji w strefie bezpośredniego zagrożenia, np. w pobliżu pracujących ciągników lub kombajnów. W 2007 r. aż w 15 proc. wizytowanych gospodarstw inspektorzy pracy stwierdzili powierzanie dzieciom niebezpiecznych prac, w tym przy preparatach ochrony roślin (407 przypadków). W 646 przypadkach dzieci znajdowały się przy pracujących maszynach rolniczych.

W roku 2008 pracownikom Inspekcji Pracy udało się dotrzeć do znacznie większej liczby osób pracujących w rolnictwie. Przeprowadzono łącznie ponad 14 tys. wizytacji gospodarstw rolnych i miejsc prowadzenia prac polowych, o 48 proc. więcej niż w roku 2007. Przy wizytowanych pracach polowych i w gospodarstwach pracowało 31,3 tys. rolników i członków ich rodzin, w tym także dzieci.

Choć stanowią one nie więcej, niż 2-3 proc. ofiar wypadków w rolnictwie, są – ze zrozumiałych względów – najbardziej narażone na urazy. Dlaczego do nich dochodzi? Zdaniem inspektorów pracy rodzicom często brakuje wyobraźni, nie zawsze znają też zasady bezpieczeństwa i higieny pracy w gospodarstwie rolnym, ale przede wszystkim chcą się pochwalić przed sąsiadami samodzielnością swoich dzieci.

Tak się może skończyć
Efekty bywają straszne. 12-letni Łukasz na polecenie ojca pomagał przy łączeniu prasy do słomy z ciągnikiem. Podczas zabezpieczania dyszla prasy sworzniem, ten wysunął się z zaczepu i zmiażdżył stopę chłopca.

13-letni Tomek, który pomagał ojcu przy napełnianiu gnojowicą beczki asenizacyjnej, usiłował przejść nad nieosłoniętym wałem przegubowo-teleskopowym napędzającym pompę beczki. Wał zaczepił o spodnie chłopca, który został inwalidą na całe życie.

12-letnia Bogusia straciła palce, pomagając 17-letniemu bratu przy cięciu trawy ręczną sieczkarnią. 6-letnia Marta, bawiąc się w pobliżu ojca śrutującego zboże, zbliżyła się do maszyny – nieosłonięte pasy napędu chwyciły szalik dziewczynki i urwały jej głowę.

13-letni Grzegorz poparzył sobie parą ręce i twarz, gdy otwierał pokrywę parnika. 8-letni Sylwek na polecenie rodziców wchodził po drabinie do sąsieka, by udeptywać układane tam snopy zboża. Przechodząc z drabiny na warstwę zboża, spadł na betonową podłogę, łamiąc obojczyk.

Dramatyczne przykłady można mnożyć. – Mieliśmy przypadek dziewczynki, której ojciec obciął przez nieuwagę obie nóżki kosą – mówił Rynkowi Zdrowia Adam Domanasiewicz, chirurg ze Szpitala Powiatowego im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy, znanego z licznych operacji replantacji oraz udanego zabiegu transplantacji ręki. I nie tylko ręki: nóżki dziewczynki także zostały przyszyte...

Dochodzi także do tragedii spowodowanych nieodpowiednim przechowywaniem środków ochrony roślin.10-letni Tadek sięgnął po butelkę, jak sądził z wodą mineralną, stojącą w sieni. Nie wiedział, że ojciec przechowywał w niej „Enolofos” – trujący środek grzybobójczy. Chłopiec zmarł.

Budynek w Poniatowej czeka

Do DSK w Lublinie trafia rocznie około 100-150 dzieci, które ucierpiały na skutek wypadków podczas pracy w gospodarstwie rolnym. Tzw. ściana wschodnia ma swoją specyfikę. Jej częścią są niewielkie gospodarstwa, których właściciele używają najczęściej przestarzałego, często niesprawnego sprzętu rolniczego, stąd łatwiej tu o wypadek.

Może dlatego idea utworzenia ośrodka dla dzieci po urazach powstała właśnie tutaj. Na przeszkodzie stanęły, jak zwykle, pieniądze.

Początkowo wszystko szło gładko: samorząd miasta i gminy Poniatowa pod Lubliniem zaoferował na potrzeby placówki wydzierżawienie lub przekazanie w nieodpłatne użytkowanie przychodni przyzakładowej zlikwidowanej fabryki „Eda”. Lokalizacja była wymarzona – spokojna okolica, wokół lasy, bliskość szpitala. Plany zaczęły się konkretyzować.

Założono, że ośrodek będzie miał 48 łóżek. Na parterze miał powstać oddział podwyższonej opieki pielęgniarskiej dla dzieci po wybudzeniu ze śpiączki, wymagających rehabilitacji. Na pierwszym piętrze zaplanowany został oddział intensywnego nadzoru pielęgniarskiego dla małych pacjentów w stanie śpiączki. Drugie piętro miało pomieścić oddział rehabilitacji i hotel dla rodziców.

Ośrodek nie powstał
– Nie udało się zdobyć środków na ten cel – wyjaśnia portalowi rynekzdrowia.pl Lilla Stefanek, burmistrz Poniatowej. – Sama tylko modernizacja obiektu i dostosowanie go do nowych potrzeb kosztowałyby co najmniej 2,5 mln zł. Kolejna bariera to wyposażenie oraz zapewnienie finansowania działalności placówki.

– Ostatnio jednak kwestia ośrodka zaczyna powracać – dodaje Lilla Stefanek. – W początkach kwietnia odbyło się spotkanie w tej sprawie z udziałem wojewody i zapowiadane są kolejne. Mam nadzieję, że coś się zmieni. Nasz deklaracja użyczenia lub dzierżawy budynku jest wciąż aktualna.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum