Dlaczego NFZ nie płaci za nadwykonania

Autor: Marek Wesołowski • • 27 października 2009 06:00

NFZ nie ma pieniędzy na tzw. nadwykonania, więc za nie nie zapłaci. Minister zdrowia Ewa Kopacz ogłosiła natomiast gwarantowany koszyk, który coś nam powinien gwarantować. Tylko co? No więc, koszyk gwarantuje nam wpisanie do kolejki oczekujących na świadczenia medyczne! - pisze do redakcji portalu rynekzdrowia.pl Marek Wesołowski, były prezes firmy UHC.

Naszych Użytkowników zapraszamy do dyskusji nad tym listem, którego obszerne fragmenty publikujemy.

Kolejki coraz bardziej wydłużają się i są wprost proporcjonalne do rosnącego długu szpitali. (...) Z jednej strony szpitale zdecydowanie poprawiły swoją efektywność. Skróciły czas pobytu pacjentów i stosują nowoczesne terapie.

Z drugiej strony prawo polskie, które nakłada na szpitale obowiązek leczenia bez względu na ponoszone koszty, a pośrodku NFZ z pełną niechęcią do płacenia poza zakontraktowanym minimum, które ma się nijak do dumnych deklaracji wypełniających koszyk pani minister.

Przyjrzyjmy się dokładnie całej sytuacji
Szpitale leczą pacjentów przekraczając limit kontraktów z NFZ. Prawo nie pozwala im pobierać opłat bezpośrednio od obywateli. Ci zresztą płacą obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne i mają słuszne prawo domagać się opieki lekarskiej finansowanej w ramach tego ubezpieczenia. NFZ też nie chce zapłacić.

Szpitale wpychane są przez MZ i NFZ w sytuację bez wyjścia. Muszą leczyć, a nie dostają za to pieniędzy.  Cała sytuacja jest sztucznie utrzymywana przez niskie kontrakty z monopolistą, jakim jest NFZ. Zmiana jest możliwa w każdej chwili, ale niewygodna dla grupy trzymającej władzę i niezgodna z jej planami.

Zadłużone szpitale są łatwe do przejęcia za niską kwotę, szczególnie, że perspektywy wyjścia na prostą nie istnieją, chyba że trzyma się władzę i ma się pewność, że za chwilę zmienią się regulacje. W aktualnej sytuacji zadłużenie szpitali spowodowane przez niepłacenie za rzetelnie wykonaną pracę będzie się pogłębiać. Tym samym organy założycielskie będą miały coraz większy ciężar do niesienia, (...) zmniejsza się efektywność oraz „moc produkcyjna” szpitala i trzeba się ratować zaciąganiem długów.

(...) Istnieje znaczna pokusa, żeby ten ciężar zdjąć z siebie. Wystarczy sprzedać lub oddać za bezcen zadłużoną i nie rokująca poprawy jednostkę. Problem w tym, że poprawa sytuacji w minimalnym stopniu zależy od szpitala. Natomiast prosta zmiana otoczenia prawnego powoduje, że większość zadłużonych szpitali w szybkim tempie stanie się rentowna.

Okrzyczana komercjalizacja i partyjne wojny
o publiczną czy prywatną służbę zdrowia to tylko zasłona dymna. Idea komercjalizacji to poddanie szpitali prawom rynku. Wygrywa ten, kto ma zyski. Ci, którzy mają straty szybko przegrywają i giną. Świetnie, ale prawa rynku dobrze działają jedynie wtedy, gdy dotyczą całej domeny: świadczeniodawców i płatników.

Tu rządzący mówią twarde NIE. Kontrolę nad naszymi pieniędzmi ma trzymać resort zdrowia poprzez NFZ i warunki ich wydawania mogą być arbitralnie zmieniane z roku na rok. Żadnego wolnego rynku, żadnej konkurencji, żadnych prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

Szpitale „komercyjne” i publiczne pozostaną na łasce i niełasce jedynego płatnika.

Zadłużenie naszych szpitali wynikające z nadwykonań w tym roku szacowane jest na ponad 1 miliard złotych. Suma olbrzymia, ale możliwa do przewidzenia, bo podobna do wyniku za 2008. Pani minister Ewa Kopacz w ciągu ostatnich kilku miesięcy zwodzi szpitale obiecując pełną zapłatę za nadwykonania, potem się wycofując, żeby wreszcie kilka dni temu skonstatować, że zostanie przekazana kwota 560 mln. To pokryje może 50% nadwykonań.

Zgodnie z zaleceniem MZ kwota ta w pierwszym rzędzie ma być przeznaczona na przypadki nagłe i ratujące życie. Wydaje się, że po tym wszystkim niedopłata wyniesie co najmniej 500 mln złotych.

Co to oznacza dla pacjentów?
NFZ płaci za leczenie jednego pacjenta średnio 2 600 zł. Z prostego podziału wynika, że Fundusz nie chce zapłacić za leczenie blisko 200 000 pacjentów!

Można to również przedstawić inaczej. Przyjmując za CSIOZ (przybudówka Ministerstwa Zdrowia), że średni czas pobytu pacjenta w szpitalu wynosi 7 dni, a obłożenie ok. 70%, można wyliczyć, że 500 mln złotych odpowiada rocznemu utrzymaniu ponad 6 500 łóżek lub 17 szpitali 400-łóżkowych.

Wszystkie szpitale w Polsce leczą z własnej kieszeni 200 000 pacjentów! Z takim kamieniem u szyi rzeczywiście trudno wyjść na swoje.

Żeby Państwo mieli pełny obraz paradoksu. Polskie szpitale – ze wszystkimi ich problemami, z utyskiwaniem na publiczną niegospodarność, brak ekonomicznego podejścia, etc., znajdują środki na leczenie 200 000 z nas, a NFZ, obracający pieniędzmi z naszych składek, nie jest skłonny zapłacić za to i szpitale w ramach swojej „niegospodarności” leczą nas za darmo. Czapki z głów!

I jeszcze jedna uwaga. Kwoty płacone za leczenie jednego pacjenta przez NFZ są żenująco niskie. Czy mamy w takim razie zbyt dużo łóżek szpitalnych?

W porównaniu z innymi krajami europejskimi plasujemy się trochę powyżej środka stawki. Niemcy – ok. 6 łóżek na 1000 mieszkańców, Francja – niecałe 4, podobnie Włochy i Anglia, Skandynawowie – ok. 2,5. Polska – ok. 4,5.

Mydlenie oczu
Czyli, że możemy redukować? I tak, i nie. Bo z Europy widzimy wskaźniki ostrych łóżek, które są obudowane armią łóżek opieki długoterminowej, paliatywnej. Tego w Polsce nie ma i często „ostre” szpitale muszą przejmować tę rolę. Zresztą nie liczba łóżek jest problemem. Chodzi o finanse.

W przeliczeniu na siłę nabywczą wydajemy na opiekę zdrowotną na obywatela 4 razy mniej niż Niemcy czy Francja. A przecież nasza służba zdrowia NIE jest 4 razy gorsza! Okazuje się, że jesteśmy mistrzami niskich kosztów w medycynie.

Wszelkie próby uzdrowienia polskiej służby zdrowia przez lepsze zarządzanie, komercjalizację, niewidzialną rękę rynku przy równoczesnym zablokowaniu rynku ubezpieczeń zdrowotnych są jedynie mydleniem oczu.

Proste porównanie liczb z Polski i pozostałych krajów mówi, że nie tędy droga. Tu już nie ma na czym oszczędzać. Nie znaczy to, że prawa ekonomii nie powinny szerokim frontem wkroczyć do polskich szpitali.Ależ tak! Tylko to nie zmieni trudnej sytuacji szpitali.

Jeśli chcemy mieć zagwarantowane świadczenia na poziomie koszyka MZ, to do systemu musi wpłynąć więcej pieniędzy. Czyli musimy więcej płacić. W przeciwnym razie musimy ograniczyć nasze apetyty na szeroki dostęp do nowoczesnej medycyny.

Jeśli zdecydujemy się na wyższe ubezpieczenie zdrowotne to pieniądze, żeby efektywnie pracowały powinny być poddane prawom wolnego rynku ubezpieczeń i świadczeniodawców. MZ i NFZ nie mogą być hegemonem, który w niekontrolowany przez nikogo sposób ustawia i dowolnie zmienia zasady gry.

Przyszłość
Rząd i Ministerstwo Zdrowia świadomie utrzymują środowisko ekonomiczne służby zdrowia w kształcie pogłębiającym jego problemy. Zmiany są konieczne, realne zmiany! Rządowe plany komercjalizacji z pewnością spowodują zmiany własnościowe szpitali. Głośno o tym.

Co dalej? Sama zmiana własności i chwilowe oddłużenie niczego nie załatwia. Obserwujmy uważnie, jak rząd zmieni zasady gry ekonomicznej dla służby zdrowia po wprowadzeniu nowych właścicieli. Czy będzie skłonny podwyższyć składkę ubezpieczeniową i hojniej płacić świadczeniodawcom?

Wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Pytanie – dlaczego tak długo zwlekał?

Marek Wesołowski

Skróty i śródtytuły od redakcji.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum