Co jeszcze zrobić, gdy dramatycznie brakuje lekarzy - obniżyć wymogi kadrowe, ułatwić LEK?

Autor: PW/Rynek Zdrowia • • 13 listopada 2019 05:55

Obniżenie wymagań kadrowych dla oddziałów szpitalnych; ułatwienie LEK-u, tak by lekarze rzadziej odnotowywali niepowodzenie na tym egzaminie i szybciej uzyskiwali prawo wykonywania zawodu. To przykłady pomysłów rozwiązań mających tu i teraz zaradzić dramatycznemu brakowi lekarzy. Czy miałyby szansę na realizację?

Co jeszcze zrobić, gdy dramatycznie brakuje lekarzy - obniżyć wymogi kadrowe, ułatwić LEK?
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Zamykanie szpitalnych oddziałów z powodu braku lekarzy to już niemal codzienność. Czy można temu zapobiegać obniżając wymagania kadrowe?

Dr Tadeusz Urban, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach uważa, że NFZ wobec braków kadrowych wśród lekarzy powinien nieco inaczej niż dotąd określać wymogi nakładane na dyrektorów szpitali. - Sztywne wymogi to jedna z przyczyn sytuacji, w której dyrektorzy szpitali wręcz walczą ze sobą i podkupują sobie lekarzy, a w kraju trwa nieustanne zamykanie bądź zawieszanie oddziałów i otwieranie nowych - mówi prezes ORL w Katowicach.

Kwestię wymagań dotyczących obsady kadrowej w szpitalach podnosi też Polska Federacja Szpitali. - Mamy zbyt wielu lekarzy dyżurnych w szpitalach. Dyrektorzy w wielu wypadkach zgłaszają, że tej pracy dyżurowej naprawdę nie ma wiele, a często jest wręcz brak interwencji - mówi nam prof. Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Czy rzeczywiście potrzeba tylu lekarzy?
Jak ocenia, taka sytuacja to pochodna fragmentacji szpitali na drobne, wąskospecjalistyczne oddziały za czym idą wymagania NFZ, by każdy z nich miał swojego lekarza. - Uważamy, że niektóre oddziały po prostu trzeba łączyć - stwierdza prof. Jarosław Fedorowski.

Prezentuje pogląd, że są szpitale, w których powinien być na dyżurze szpitalny lekarz pierwszego kontaktu, który by załatwiał większość interwencji. - Wtedy specjaliści mogą w mniejszym zakresie dyżurować, część pod telefonem - mówi, odnosząc tę uwagę do szpitali i oddziałów, które nie przyjmują przypadków wymagających skomplikowanych procedur zabiegowych.

O nadmiernych wymogach mówi wielu dyrektorów szpitali. - Wymagana jest obecność dwóch lekarzy anestezjologów, z których jeden "obstawia" oddziały zabiegowe, a drugi OIOM. Te wymagania można uzależnić od szpitala - uważa Bartosz Stemplewski, dyrektor naczelny Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.

- Zdarza się tak, że mamy szpitale powiatowe, które posiadają np. 4 łóżka na OIOM-ie, gdzie obłożenie - licząc statystycznie - to ok. 2 pacjentów na oddziale, a jednocześnie w strukturach szpitala jest jeden oddział zabiegowy. Należałoby się zastanowić czy rzeczywiście potrzeba dwóch anestezjologów w takim szpitalu - rozważa dyrektor.

Przywołuje również zapisy dotyczące obowiązku dyżurowania lekarza radiologa w szpitalach: - Nie byłbym taki pewien, czy każdy mały szpital realnie zapewnia taką obsadę 24 godziny na dobę. Ten obowiązek jest teoretyczny, małe placówki odsyłają pacjentów po prostu do dużych szpitali.

Gdy specjalizacja i doświadczenie nie idą w parze
Zdaniem dr. Tadeusza Urbana konieczna jest dyskusja czy zawsze zakontraktowanie oddziału w danej specjalności przez NFZ musi być uzależnione od liczby specjalistów. - Jeśli internista z długoletnim doświadczeniem, choć nie ma specjalizacji z gastroenterologii, wykonał więcej endoskopii niż młody specjalista w dziedzinie gastroenterologii, to dlaczego tego faktu nie uwzględnić przy kontraktowaniu - podsuwa przykład.

- Podobnie z oddziałami, które mają kontraktowaną ginekologię onkologiczną czy chirurgię onkologiczną. Czy nie mogą być uwzględniani w wymaganiach także doświadczeni chirurdzy, którzy całe życie operują takie przypadki, choć nie mają dokładnie tej wspomnianej specjalności? - rozważa.

Przekonuje, że cieszące się bardzo dobrą opinią ośrodki mają często doskonałą "starą" kadrę medyczną. - Być może w niektórych przypadkach, jeśli brakuje lekarza danej specjalności, wystarczyłoby uznanie umiejętności i doświadczenia - mówi, próbując znaleźć praktyczną odpowiedź na pytanie, czy możliwa jest zmiana wymagań NFZ w sytuacji gigantycznych braków kadrowych.

Konsultanci dystansują się jednak od takich pomysłów. Prof. Aleksander Sieroń, Konsultant Krajowy w dz. Angiologii - pytany o obniżenie obwiązujących wymagań kadrowych dla oddziałów w nadzorowanej przez niego dziedzinie medycyny - zdecydowanie odpowiada, że nie widzi takiej możliwości. - By zapewnić prawidłowe funkcjonowanie oddziału angiologicznego potrzeba dwóch specjalistów z tej, tak aktualnie społecznie ważnej dziedziny medycyny - mówi profesor.

Podobną zasadę przekłada także na inne oddziały: - Na oddziale muszą być zaplanowane urlopy i nieprzewidziane nagłe zdarzenia, jak choćby choroba. Natomiast przy tylko jednym specjaliście pracującym na oddziale, podczas jego nieobecności diagnostyka i terapia jest trudniejsza.

Umiejętność to nie to samo
Prof. Aleksander Sieroń przekonuje, że nie można w zakresie wymagań kadrowych dla oddziałów angiologicznych iść na ustępstwa ponieważ - o czym mówi niemal przy każdej okazji, gdy wypowiada się dla mediów - Polska od lat przoduje w Europie w liczbie amputacji kończyn dolnych.

Uważa, że znaczącą poprawę opieki w tym zakresie może przynieść jedynie zwiększenie liczby specjalistów angiologów zajmującymi się w swoim obszarze wiedzy pacjentami zagrożonymi amputacją kończyn dolnych. - Nie przyniesie tej poprawy tworzenie oddziałów o zaniżonych wymogach, umożliwiających zastąpienie angiologa lekarzem reprezentującym specjalizacje pokrewne - mówi stanowczo.

Przyznaje, że w zespole oddziału angiologii są lekarze spełniający się w innych, nie angiologicznych specjalnościach - interniści czy diabetolodzy. - Ale trzonem zespołu musi być jednak dwóch angiologów. To muszą być lekarze, którzy przeszli określone programem specjalizacji szkolenia i zdali egzamin z angiologii. Dla optymalnego leczenia chorego nie można ich zastąpić lekarzami posiadającymi tzw. umiejętności - podsumowuje, zamykając dyskusję.

W przestrzeni publicznej pojawiają się i inne pomysły dotyczące zaradzenia ad hoc brakom lekarzy, m.in. i ten proponujący podjęcie działań dla poprawy "zdawalności" Lekarskiego Egzaminu Końcowego.

Niezdany LEK, czyli ilu lekarzy nie pracuje
Z informacji zamieszczanych na stronie Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi wynika, że w każdej sesji LEK-u nie zdają setki absolwentów kierunku lekarskiego. W ostatniej, jesiennej sesji w 2019 r. egzamin "oblało" 993 zdających.

W ocenie niektórych środowisk można szacować, że co roku z powodu niezdania LEK w domach pozostaje, nie pracując, 1000-1500 lekarzy. Czy zatem LEK nie jest za trudny?

Zwolennicy tej tezy przywołują rozwiązania przyjęte w niektórych krajach zachodniej Europy, gdzie egzamin końcowy tuż po studiach zdaje blisko 100 proc. absolwentów kierunków lekarskich, natomiast egzamin niezbędny do uzyskania zgody na specjalizację jest trudnym sitem, przez które przechodzi tylko około 30 proc. lekarzy.

Prof. Aleksander Sieroń pytany przez nas co zrobić z absolwentami kierunków lekarskich, którzy nie zdają od razu LEK- u odpowiada, że jest za tym, by jednak znaleźć pewne rozwiązanie, które dałoby im szansę: - Znam wiedzę niektórych młodych lekarzy, którzy oblewają LEK. Chętnie podjąłbym się ich zawodowego prowadzenia. Dlaczego? Bo dużo umieją. Wynik testu, o czym w zasadzie wszyscy wiemy, nie zawsze przekłada się na wiedzę praktyczną - ocenia.

Wątpliwe jednak, by te osoby, które odnotowały już wielokrotne niepowodzenia podczas LEK-u mogły liczyć na ekstra rozwiązania, które pozwoliłyby im uzyskać prawo wykonywania zawodu (PWZ).

Dyrektor Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi, prof. Mariusz Klencki zwraca nam uwagę, że młody lekarz po skończeniu studiów zwykle podchodzi do LEK trzykrotnie zanim musi się wylegitymować świadectwem LEK w celu uzyskania prawa wykonywania zawodu. - Dlatego wnioskowanie na podstawie liczby osób, które znalazły się pod progiem na pojedynczym egzaminie jest raczej mylące - uważa.

Co mówią egzaminacyjne statystyki
Przypomina też, że LEK ma dwie funkcje: egzaminu licencyjnego - warunkującego dostęp do prawa wykonywania zawodu oraz egzaminu konkursowego - będącego podstawą kwalifikacji przy postępowaniu konkursowym o przydział miejsca specjalizacyjnego.

- Lekarze mają prawo przystępować do LEK - mimo że wcześniej już go zdali - po to, by uzyskać lepszy wynik. I dlatego też zdarza się, że zamiast się poprawić uzyskują wynik gorszy, czasem poniżej progu - zaznacza prof. Mariusz Klencki. Dodaje, że tak właśnie było też podczas jesiennej sesji LEK w tym roku. Aż około 1/3 tych osób, które nie zdały tego egzaminu, to te same osoby, które zdały LEK w jednej z wcześniejszych sesji.

Szef CEM uważa, że ogólne statystyki dotyczące zdawalności LEK czasami są nieuczciwie wykorzystywane w publicznych dyskusjach. Dlatego CEM przygotował statystyki zorientowane na absolwentów. A z tych statystyk wynika, że trwały problem ze zdaniem LEK-u (3 i więcej niepowodzeń), a tym samym z uzyskaniem PWZ, ma 211 spośród 22 267 absolwentów kierunku lekarskiego na polskich uczelniach po studiach w języku polskim z lat 2013-2019 łącznie.

- Czyli 0,95 proc. Co ciekawe, poszczególne uczelnie różnią się odsetkiem absolwentów, którzy mają kłopot ze zdaniem LEK. Są też i takie na których 100 proc. absolwentów danego rocznika zdało egzamin - wyjaśnia prof. Mariusz Klencki.

Dodaje, że wielokrotnie czytał skargi lekarzy, kierowane do Ministra Zdrowia, Premiera lub Prezydenta RP, wskazujące że "LEK w obecnym kształcie to skandal, skoro w Ojczyźnie brak jest lekarzy". - Piszą to osoby, których koledzy z roku w 99 proc. od dawna wykonują zawód lekarza. Niestety, patrząc na "zdawalność" pojedynczego egzaminu łatwo uwierzyć, że jest w tym ziarno prawdy. Wbrew pozorom zdanie LEK w obecnym kształcie nie jest trudne dla kogoś kto rzetelnie potraktował 6-letni okres studiów - ocenia prof. Mariusz Klencki.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum
    PARTNER SERWISU
    partner serwisu

    Najnowsze