Broszurki nie pomogły, trwa szkolna dyskryminacja dzieci przewlekle chorych

Autor: SA/Rynek Zdrowia • • 31 stycznia 2010 10:25

W wielu placówkach oświatowych mały diabetyk, astmatyk czy cierpiący na epilepsję, to wciąż persona non grata. Dzieci przewlekle chore z trudem znajdują miejsce w polskim systemie edukacji, choć miało już być inaczej i wydano nawet broszurki z instrukcjami dla nauczycieli.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy było wprowadzenie w 2007 roku zakazu podawania przez nauczycieli leków przewlekle chorym podopiecznym. W przypadku wystąpienia u nich działań niepożądanych, nauczycielowi przedszkolnemu czy szkolnemu grozi odpowiedzialność karna.

Gehenna rodziców, którzy chore przewlekle dziecko chcą zapisać do przedszkola, zaczyna się w momencie, gdy przyznają się do choroby syna czy córki. Przedszkole może odmówić ich przyjęcia, bo tak naprawdę zgoda na opiekę nad chorym dzieckiem, to tylko wyraz dobrej woli placówki, a nie obowiązek.

Wynika to jednoznacznie z interpretacji prawa przez Ministerstwo Zdrowia, które przypomina, że „obowiązujące przepisy umożliwiają nauczycielom udzielanie pomocy przedmedycznej. Wykonywanie czynności przedmedycznych przez nauczycieli może być prowadzone na zasadzie umowy zawartej pomiędzy nauczycielami i rodzicami czy opiekunami dziecka oraz dobrowolnego zobowiązania się nauczyciela do wykonywania zabiegów lub innych czynności przedmedycznych wynikających z zaleceń lekarskich”.

Dostosować przepisy do potrzeb najmłodszych

Zmagania rodziców o umieszczenie dzieci w przedszkolach, opisywane szeroko przez media sprawiły, że sprawą zajęły się resorty zdrowia i edukacji oraz Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania,. Wszyscy uznali, że choroby przewlekłe u dzieci nie mogą być powodem dyskryminacji i eliminowania z życia przedszkolnego oraz szkolnego.

W marcu ubiegłego roku odbyła się konferencja z udziałem szefów wymienionych resortów, podczas której publicznie przyznali oni, że nieprzyjęcie dziecka do przedszkola jest objawem dyskryminacji. Został powołany zespół, który opracował serię broszurek pod wspólną nazwą „One są wśród nas”, w których informuje się nauczycieli, czym jest np. cukrzyca, astma, padaczka i jak należy postępować, gdy nastąpi atak choroby.

Elżbieta Radziszewska, szefowa Biura Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, przekonywała podczas konferencji, że dzieci chorujące przewlekle nie są dziećmi niepełnosprawnymi, nie wymagają szczególnej troski czy wsparcia, ale wymagają od czasu do czasu odpowiedniej reakcji.

Minister edukacji Katarzyna Hall podkreślała, że trzeba pracować nad dostosowaniem systemu edukacji do potrzeb dzieci, które powinny mieć możliwość pełnoprawnego uczestnictwa w edukacji, a nie być skazane na indywidualny tok nauczania.

Problem jest poważny. Wystarczy przyjrzeć się statystykom. Jak podaje prof. Janusz Szymborski, pełnomocnik rzecznika praw obywatelskich ds. rodziny, w publikacji „Zdrowie dzieci – zapomniany priorytet”, długotrwałe problemy zdrowotne (kłopoty ze słuchem, wzrokiem, trudności w mówieniu, poruszaniu się lub inne) stwierdza się u 1 250,2 tys. dzieci (16,5 proc. populacji).

Aż 1 569,7 tys. dzieci i młodzieży w wieku 5-19 lat (20,7 proc. populacji) cierpi na choroby przewlekłe. Oznacza to, że co szósty uczeń w wieku obowiązkowego nauczania ma długotrwałe kłopoty ze zdrowiem, w tym co piąty potrzebuje opieki medycznej z powodu choroby przewlekłej.

Mogą pomóc, ale nie muszą
Szefowe resortów zdrowia i edukacji w ubiegłym roku przekonywały, że trzeba nauczyciela uzbroić w odpowiednią wiedzę i problem zniknie. Broszurki edukacyjne jednak na niewiele się zadały.

Na forach internetowych toczą się gorące dyskusje na ten temat. Część nauczycieli broni się przed atakami zdesperowanych rodziców, tłumacząc się brakiem wiedzy medycznej i realiami w polskich placówkach oświatowych, zwłaszcza publicznych. Rodzice przypierają pedagogów do muru i nie wykazują zrozumienia dla ich obaw.

„Jestem matką epileptyka i prawnikiem zarazem, dlatego wiem, że nauczyciel przedszkolny nie ma ani obowiązku ani uprawnienia do podawania leków (np. na wypadek gorączki) nawet tych przyjmowanych przewlekle” – pisze na forum pani Ewa. „Ale wystarczy pisemne upoważnienie rodzica, by nauczyciel mógł to zrobić. W jej opinii, wlewka doodbytnicza diazepamu, stosowana przy ataku epilepsji nie wywołuje wstrząsów, więc nie niesie ze sobą ryzyka. Natomiast niepodanie jej, gdy napad trwa ponad 3 minuty, może skutkować trwałym uszkodzeniem mózgu” – pisze matka cierpiącego na epilepsję dziecka.

Na innym form w sieci, ojciec ośmioletniej epileptyczki, ratownik medyczny z zawodu, przypomina, że zakaz podawania leków w szkołach i przedszkolach ma się nijak do ustawy o ratownictwie medycznym, nakazującej wręcz udzielenie pomocy w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia!

Doraźne działania nie wystarczą

Broszurowy system nie sprawdził się. Szkoda, że nie pomyślano o zajęciach praktycznych dotyczących udzielania pomocy w razie ataku epilepsji czy podawania insuliny. Może strach nauczycieli przed popełnieniem błędu byłby wtedy mniejszy?

Nadal byłyby to jednak działania doraźne. Prof.Janusz Szymborski zaznacza, że potrzebne są rozwiązania systemowe: – Mimo apeli RPO i środowiska pediatrycznego nie zostały podjęte pogłębione  prace nad analizą sytuacji prawnej dzieci niepełnosprawnych i przewlekle chorych, a także nie znowelizowano przepisów ustawy o systemie oświaty w taki sposób, aby zapewnić realizację równego dostępu do edukacji wszystkich uczniów – pisze prof. Szymborski w odpowiedzi na pytania portalu rynekzdrowia.pl.

Profesor ubolewa, iż nie doczekało się dotąd realizacji zalecenie nr 9 Rządowej Rady Ludnościowej przyjęte na posiedzeniu Komitetu Rady Ministrów w grudniu 2002r i zaakceptowane na posiedzeniu Rady Ministrów w dniu 14 stycznia 2003r., w którym zapisano m.in., że konieczne jest reaktywowanie przez Ministerstwo Zdrowia medycyny szkolnej.

– Publicznie zapowiadany przed ponad trzema laty przez ówczesnego premiera, ministra edukacji narodowej oraz ministra zdrowia powrót opieki zdrowotnej do szkół okazał się słowną deklaracją, bowiem powołany wówczas zespół ds. opieki zdrowotnej nad uczniami, nigdy nie podjął prac merytorycznych – informuje prof. Szymborski. – W miejsce rozwiązań systemowych  została wprowadzona przez Ministerstwo Zdrowia tylko tzw. profilaktyczna opieka zdrowotna, realizowana w 75,5 proc. szkół.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum