100 proc. czasu na dokumenty, 0 proc. czasu dla pacjenta

Autor: Tomasz Grodzki/Rynek Zdrowia • • 01 września 2017 05:24

Biorąc pod uwagę, ile czasu rezydenci i starsi lekarze oraz pielęgniarki poświęcają na stale rosnące sterty dokumentacji (często jeszcze dublowanej elektronicznie i papierowo), czas najwyższy zintensyfikować batalię o przywrócenie właściwych proporcji między niezbędną dokumentacją a czasem poświęconym chorym - zauważa prof. Tomasz Grodzki, senator RP.

100 proc. czasu na dokumenty, 0 proc. czasu dla pacjenta
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Ktoś może powiedzieć, że w dobie medycyny defensywnej i rosnących roszczeń pacjentów niezadowolonych z opieki sterta zgód, opisów, dokumentów akredytacyjnych i wymaganych przez różne certyfikaty jest po prostu zabezpieczeniem na wypadek kłopotów w przyszłości. Ktoś może dodać, że w takiej Ameryce historia choroby jednego pacjenta ma grubość kilku centymetrów i ledwo mieści się w grubym segregatorze. To wszystko prawda, tylko jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Otóż problem polega na tym, że bezrefleksyjnie, żeby nie powiedzieć bezmyślnie powielamy wzorce zachodnie, co osobiście sprawdziłem podczas dość licznych dłuższych czy krótszych pobytów w szpitalach amerykańskich czy europejskich.

Lekarz w tych jednostkach jest traktowany jako swego rodzaju lotniskowiec otoczony flotyllą pomocniczą. Każdy lekarz zatrudniony na stałe ma w USA (i często w Europie) swoją sekretarkę, dyktafon do nagrywania obserwacji czy zlecenia badań, pomocnika w postaci kogoś w rodzaju felczera, który na bieżąco dogląda pacjentów i prowadzi poranną wizytę, gdy lekarz wykłada studentom lub np. uczestniczy w kongresie. Przede wszystkim zaś liczba pielęgniarek i personelu pomocniczego jest dużo większa niż u nas w przeliczeniu na liczbę łóżek, zwłaszcza na ciężkich oddziałach zabiegowych.

To wszystko powoduje, że masa dokumentacji jest wypełniana, historia choroby tyje w oczach, ale po pierwsze ta praca jest rozłożona na więcej osób (które i tak często narzekają na obciążenie „papierologią”), a po drugie jest wykonywana w dużej mierze przez personel inny niż lekarze lub pielęgniarki, dzięki czemu ci ostatni mają zdecydowanie więcej czasu na zajęcie się tym, do czego ich kształcono - opieką nad chorymi.

U nas sytuacja została wynaturzona - liczba dokumentów jest bardzo zbliżona i ciągle rośnie, ale trud ich wypełniania spada na lekarzy i tych kilka pielęgniarek, które w tym samym czasie mają pod opieką kilkudziesięciu ciężko chorych ludzi. Wszystko to wynika oczywiście z tego, że skandalicznie niskie nakłady na polską ochronę zdrowia powodują, że szpitale nie są w stanie zatrudnić odpowiedniej ilości personelu.

Przestaje dziwić, że większość personelu systemu jest poirytowana, zmęczona, niedowartościowana i zniechęcona, gdyż perspektyw na poprawę nie widać (mglista obietnica poprawy finansowania w roku 2025 to klasyka handlowania Inflantami).

Wydaje się, że na chwilę obecną poprzez niewielkie zwiększenie budżetów przychodni i przede wszystkim szpitali można doprowadzić do sytuacji, że każdy lekarz zatrudniony na stałe może mieć swoją sekretarkę, a zatrudnienie pomocników pielęgniarek też nie zrujnuje budżetu. Z drugiej strony należy przeprowadzić przegląd całej prowadzonej dokumentacji i sprawdzić, czy nie można czegoś uprościć lub po prostu zlikwidować.

To oczywiście działanie doraźne, gdyż warunkiem sine qua non jest zdecydowane zwiększenie budżetowania ochrony zdrowia do poziomu 7% PKB czyli średniej europejskiej, co zmieni realia codziennego działania w sposób diametralny, począwszy od godnych zarobków dla pielęgniarek, rezydentów i lekarzy poprzez usprawnienie działania całego systemu.

Musimy robić wszystko, aby czarny scenariusz zarysowany w tytule nie ziścił się, gdyż wtedy ucierpią na tym wszyscy a przede wszystkim chorzy, do czego nie wolno nam dopuścić.

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum
    PARTNER SERWISU
    partner serwisu

    Najnowsze