Skutek niewłaściwej diagnozy: pół roku zbędnej terapii drogim lekiem

Autor: Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia • • 12 listopada 2008 07:00

Przez pół roku pacjentka była leczona Glivekiem, stosowanym w przewlekłej białaczce szpikowej. Koszt terapii wynosi 8 tys. zł miesięcznie. Po przeprowadzeniu dokładnych badań szpiku okazało się, że kobieta nie jest chora na białaczkę, a więc podawanie jej Gliveku było zbyteczne!

- Takich przypadków nie jest dużo, ale się zdarzają - mówi Jacek Gugulski, prezes Stowarzyszenia Chorych na Przewlekłą Białaczkę Szpikową. - To nie wina lekarzy, ale systemu, który zmusza do oszczędzania na badaniach diagnostycznych.

- Roczny koszt badania chorego z przewlekłą białaczką szpikową to około 2 tys. zł. Za tę diagnostykę płaci szpital, NFZ finansuje jedynie leczenie preparatem - dodaje prezes Gugulski.

Terapie „szyć na miarę”
Nowoczesne i drogie terapie celowane powinno się ordynować tylko tym pacjentom, którym mogą pomóc, czyli odpowiednio zdiagnozowanym i gdy nie jest za późno na leczenie. - Chorym na nowotwór nerki czy wątroby odmawia się leczenia niektórymi lekami, albo daje im się te leki zbyt późno, gdy leczenie jest już nieskuteczne. Zbyt późne podanie leku mija się z celem. Bo wtedy trzeba by podać podwójną dawkę, a to może być np. zbyt toksyczne - zaznacza Gugulski.

W Europie od lat publiczni płatnicy zawierają z producentami tzw. porozumienia wolumenowo-cenowe. Do leczenia danym lekiem jest zaliczana określona liczba pacjentów. Ustala się m.in. poziom zachorowalności na daną chorobę (np. przykład 300 osób rocznie), a płatnik pokrywa koszty leczenia tych pacjentów za uzgodnioną cenę leku. Gdy ustalona liczba leczonych zostanie przekroczona, za ich terapię płaci producent.

- Przy ustaleniu liczby pacjentów, to sama firma przypilnuje, by do leczenia kwalifikowano tylko osoby wymagający tej terapii - uważa Jacek Gugulski. - Producent będzie też zainteresowany, żeby zapłacić za badania, które wyeliminują podawanie leku w sytuacji, gdy nie ma widocznego efektu terapeutycznego, bo np. mamy do czynienia z inną chorobą.

- Leczenie w onkologii musi być i jest ściśle monitorowane. Nie wolno podawać leku wszystkim. Dlatego pacjenci są typowani do leczenia drogimi terapiami. To musi być „terapia szyta na miarę” - mówił podczas IV Forum Rynku Zdrowia Wojciech Matusewicz, dyrektor Agencji Oceny Technologii Medycznych.

Przypomniał precedensową warunkową rekomendację brytyjskiej agencji NICE, dotyczącą jednego z leków na raka jelita grubego przerzutowego: - Lek został zarejestrowany warunkowo dla pacjentów z pewną ekspresją tylko jednego genu. Wyłącznie u pacjentów tak typowanych genetycznie można go będzie podawać.

Rafał Zyśk, dyrektor departamentu gospodarki lekami NFZ zwraca z kolei uwagę, że producenci rejestrują leki w bardzo wąskich wskazaniach, np. występowania nadekspresji wybranego receptora. – Mimo że dana choroba występuje u 10 tys. pacjentów, to nadekspresja jedynie u 200. Potem małą liczbą chorych producent uzasadnia wysoką cenę leku – twierdzi dyrektor Zyśk.

Żeby cena była niższa
Innym problemem są sytuacje, gdy koszt zakupu leku jest przeniesiony na pacjenta. Chorzy, nie mając innej terapeutycznej alternatywy, zrobią wszystko, aby z własnej kieszeni kupić nierefundowany lek.

- Jestem na etapie rozmowy z jednym z pacjentów, który właśnie sprzedał samochód, aby kupić lek. Efekt terapeutyczny jest świetny, ale leczenie tym preparatem kosztuje ponad 10 tys. zł miesięcznie. To jest dramat, bo zamiast skupić się na psychicznej walce z nowotworem, pacjent myśli, skąd wziąć pieniądze na kolejną dawkę leku - mówi Jacek Gugulski.

Należy też pamiętać o dodatkowych kosztach zakupu leku. - Jeśli chodzi o Glivec, to obecnie szpital ogłasza przetarg, a podmiot, który lek dostarcza, zarabia na tym. Gdyby zakupem leku bezpośrednio od producenta zajęło się ministerstwo zdrowia lub wybrana klinika, to cenę można by obniżyć o dodatkowe 7-10 proc. obecnej marży - uważa uważa Jacek Gugulski.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum