Leki hurtowo znikające z polskiej apteki: państwo traci nad tym kontrolę

Autor: Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia • • 10 czerwca 2014 06:14

Nielegalny wywóz leków z Polski za granicę czy tzw. reeksport to coś, na czym zarabia polska hurtownia i apteka biorąca udział w procederze, zagraniczna hurtownia oraz producent leku, który umożliwia taki obrót swoim produktem. Tylko pacjent zostaje na lodzie, a tanie leki powoli stają się mitem.

W dyskusji jak zahamować wywóz leków z kraju pojawia się niebezpieczna próba usankcjonowania procederu poprzez argument, że hurtownie muszą sobie jakoś zrekompensować straty spowodowane zakazem sprzedaży leków refundowanych za 1 grosz, czy niskie marże wprowadzone przez ustawę refundacyjną.

Jest też obarczanie winą Unii Europejskiej i idei swobodnego przepływu towarów oraz sugestia podwyższenia cen leków w Polsce, by nie były już tak łakomym kąskiem do wywozu.

Ceny leków powinny być dostosowane do możliwości nabywczych konsumentów w danym kraju. Nie jest racjonalne, by były takie same jak w Niemczech, gdzie zarabia się wielokrotność tego, co w Polsce. Zamiast tego aptekarze pokazują inne rozwiązania: egzekwowanie istniejącego prawa i brak przyzwolenia władz na jego łamanie oraz taka konstrukcja organizacji systemu hurtu i detalu, by nie sprzyjała patologiom.

Nic nie jest w porządku
Metod na nielegalny wywóz leków jest kilka. Najmniej wyrafinowany to odsprzedaż leków z apteki do hurtowni. Jeśli ktoś powiązany z kilkoma aptekami zostanie złapany za rękę, traci co najwyżej tę jedną aptekę, nie ponosząc dalszych konsekwencji. Na drugi dzień może otworzyć nową i kontynuować nielegalną działalność.

Prawo dopuszcza możliwość oddania leku z apteki do hurtowni; jeśli aptekarz pomylił się przy zamówieniu, może oddać towar do hurtowni, a ta koryguje fakturę. To rozwiązanie jest jednak wykorzystywane do wywozu leków.

Aptekarz świadomie zamawia towar, oddając go do hurtowni za korektą faktury na lek, na który rzekomo nie ma zbytu. Jak wskazują nasi rozmówcy, taki skorygowany obrót widzą jednak firmy analizujące rynek, więc hurt nie jest zainteresowany tym rozwiązaniem.

Jest też metoda podwójnej księgowości. Właściciel firmy prowadzącej apteki kupuje leki, ale nie wprowadza ich na stan apteki. Dlatego kiedy inspektor farmaceutyczny sprawdza faktury zakupu znajdujące się w systemie księgowym apteki i porównuje je z rozchodem leków, nie dostrzega innych transakcji firmy.

Apteka nie wykazuje sprzedaży leków za granicę, bowiem to firma, z oddzielnego systemu księgowego, odsprzedaje towar do hurtowni i wystawia fakturę sprzedaży.

Właściciel firmy od całej transakcji odsprzedaży leków za granicę odprowadza podatek do urzędu skarbowego. Płaci podatek. Wszystko jest więc w porządku?

- Nic nie jest w porządku. Prawo zezwalające hurtowniom na legalną sprzedaż leków za granicę nie ma zastosowania w tym przypadku. Jeśli pierwotnie nabyły je od polskich aptek, cała transakcja jest nielegalna, bo obarczona wadą prawną. To jak odsprzedaż auta pochodzącego z kradzieży. Istota łamania prawa polega na niedozwolonej sprzedaży leków z apteki do hurtowni. Jest to tzw. odwrócony łańcuch dystrybucji - argumentuje Mariusz Politowicz, kierownik apteki "Pod wagą" w Pleszewie.

Trudno się dziwić zdenerwowaniu
indywidualnych aptekarzy. - Olbrzymie zyski z powyższych transakcji pozwalają na dumpingowanie cen preparatów nierefundowanych, co w naturalny sposób przyciąga pacjentów także z receptami na leki refundowane - tłumaczy Mariusz Politowicz.

- Z jednej strony działania kontrolne różnych służb pokazują, że łatwo jest gnębić i ścigać pojedynczego lekarza lub farmaceutę za "nieuzasadnioną refundację", drobne przewinienia, pomyłki lub niedopatrzenia. Dla odmiany tolerowana jest nielegalna działalność i to prowadzona na dużą skalę - dodaje kierownik pleszewskiej apteki.

Według danych firmy analitycznej IMS, tylko w 2012 roku szacunkowa wartość wywozu leków z Polski wyniosła od 1,5 do 2 mld złotych.

Z drugiej strony presja nierównej konkurencji z aptekami sieciowymi, nadużywanie przez nie pozycji dominującej, nieuczciwe praktyki, brak reakcji odpowiednich służb na łamanie prawa, jak chociażby pozostający martwym przepis o zakazie koncentracji 1 proc. aptek w województwie (art. 99 ustawy Prawo farmaceutyczne), powodują, że utrzymanie się na rynku graniczy z cudem. W miejsce zamykanych aptek indywidualnych powstają sieciowe.

IMS wyliczył, że udział aptek sieciowych (pięć i więcej aptek) wzrósł od kwietnia 2011 do kwietnia 2014 r. z 22,40 proc. do 29,60 procent. W tym samym czasie udział w rynku aptek indywidualnych zmalał z 62,40 proc. do 42 procent. To oznacza też prawie dwukrotny wzrost liczby podmiotów posiadających 2 do 4 aptek (z 15,20 do 28,40 procent).

Przyzwolenie na łamanie prawa ułatwia aptekarzom podjęcie decyzji o dołączeniu do procederu. - Gdy jest się pod ścianą i grozi bankructwo, a pojawia się wybawca i oferuje aptece szybki i łatwy zarobek, to przysłania etykę zawodową. Oferta jest prosta: apteka będzie punktem przerzutowym do reeksportu. Przez aptekę "przepuszcza się" towar za 2 mln zł, minimum 10 proc. zostaje dla farmaceuty - opowiada Mariusz Politowicz.

Bariera wejścia
Wiedza, jak ten mechanizm działa, jest powszechna w branży obrotu lekami, a także wśród urzędników. Istnieje monitoring, sprawozdawczość, kontrola. Czasem wystarczyłoby porównanie sprzedaży leku z hurtowni do aptek, sprzedaży leku do pacjentów oraz aktualnego stanu leku w aptekach. Uzyskany wynik można zweryfikować z danymi firm analizujących rynek leków. Różnica będzie oznaczać reeksport.

W sytuacji, gdy tak dużo mówi się o problemach z magazynowaniem towaru w aptekach, zdziwienia i reakcji organów kontrolnych nie wywołuje też fakt nabywania przez poszczególne apteki w ciągu miesiąca kilku tysięcy opakowań drogiego leku onkologicznego, na które w takich ilościach nie ma popytu nawet w całym województwie.

Według naszych rozmówców, kierunek, w którym zmierza polski rynek dystrybucji leków, nie jest właściwy, gdyż państwo traci kontrolę nad obrotem lekami refundowanymi. Monopolizacja rynku hurtowo-aptecznego przez kilka podmiotów może za chwilę oznaczać problemy także dla producentów leków.

- Jeśli sieć zbuduje ofertę składającą się z 2-2,5 tys. pozycji, pozostałe 50 tys. produktów funkcjonujących na rynku nie będzie im potrzebne. Powstanie piramida dostępności - będzie "lider" grupy leków i dwa-trzy uzupełnienia z dobrym pozycjonowaniem. To wystarczy, by dzięki tym produktom realizować wysokie obroty i marżę. Bariera wejścia z nowymi produktami dla wielu będzie nie do przeskoczenia - uważa Maciej Karbowiak, ekspert rynku farmaceutycznego.

Zrównoważony rozwój branży
W Niemczech rozwiązania systemowe są tyleż proste, co efektywne i prowadzące do stałego podnoszenia prestiżu aptekarstwa oraz poprawy sytuacji pacjentów. - Po pierwsze, nie ma tam sieci aptecznych, przez co większość problemów rynku farmaceutycznego odpada niejako z mocy samego prawa - opisuje Piotr Sędłak, aplikant radcowski.

Przypomina, że w Niemczech nie ma jednego płatnika, funkcjonuje kilkaset kas chorych. Zdarza się, że sąsiadujące ze sobą apteki mają podpisane umowy refundacyjne z rożnymi kasami, przez co poziom rywalizacji ceną odbywa się nie w "placówce ochrony zdrowia", ale na poziomie ubezpieczycieli.

Cały kraj podzielono na okręgi farmaceutyczne, przez co warunki funkcjonowania na rynku są stabilne. Co więcej - takie formalne wydzielenie dla aptek własnych stref pozwala aptekarzom skupiać się pracy, a nie na agresywnej grze rynkowej.

W sierpniu 2013 roku zbudowany w ten sposób system pozwolił wygenerować Niemcom środki na dodatkową refundację dla aptek, które dyżurują w nocy. Za sam fakt podjęcia się takiej pracy, otrzymują one środki z publicznej kasy w postaci ryczałtu, w tym również ryczałtu od wydawanych "po godzinach" opakowań leków.

- Wielu Polakom w głowach się to pewnie nie mieści. Niby takie "socjalistyczne" rozwiązania, a prowadzą do zrównoważonego rozwoju branży, w której zadowolony jest pacjent, aptekarz, i państwo - argumentuje Piotr Sędłak.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum