Rynek start-upów medycznych w Polsce. "Tu nie można pozwalać sobie na eksperymentowanie"

Paulina Gumowska odpowiada za rozwój treści segmentu zdrowie w Grupie PTWP, w tym serwisu rynekzdrowia.pl i magazynu Rynek Zdrowia, których jest redaktor naczelną. Przed dołączeniem do Grupy PTWP, przez blisko dziewięć lat związana była z Wirtualną Polską. Ostatnio była redaktor naczelną obszaru lifestyle i zdrowie, m.in. WP Kobiety i portalu WP abcZdrowie. Wcześniej była zastępcą redaktora naczelnego WP oraz wiceszefową Strony Głównej i Newsroomu, a także wydawcą i redaktorem. Autor: Paulina Gumowska • Źródło: Rynek Zdrowia   • 26 lutego 2022 12:18

Rynek medyczny nie jest łatwy. Jest na nim wielu interesariuszy - pacjenci, personel medyczny i płatnicy, których interesy i potrzeby nie zawsze są zbieżne. Nowe rozwiązanie musi się jakoś wpisać w istniejący ekosystem regulacji i refundacji, który w każdym kraju jest jednak trochę inny, co utrudnia międzynarodową ekspansję. Dodatkowo, środowisko lekarskie jest naturalnie dość konserwatywne - odpowiedzialność za życie i zdrowie ludzi jest zbyt duża, żeby pozwalać sobie na typowe dla start-upów szybkie eksperymentowanie i podejście „move fast and break things” - mówi nam Tomasz Rudolf, CEO Doctor.One.

Rynek start-upów medycznych w Polsce. "Tu nie można pozwalać sobie na eksperymentowanie"
Tomasz Rudolf, założył start-up Doctor One. Fot. archiwum prywatne

 

Paulina Gumowska, Rynek Zdrowia: Jak dzisiaj wygląda rynek start-upów medycznych w Polsce?

Tomasz Rudolf, CEO Doctor.One: W ostatnich latach rynek start-upów w Polsce bardzo się rozwinął. W dużej mierze jest to zasługa działań PFR-u, które spowodowały lawinowy wzrost liczby funduszy, a co za tym idzie - łatwiejszy dostęp do środków na start. Wśród firm, które w ubiegłych latach uzyskały finansowanie od inwestorów najwięcej środków pozyskały biznesy medyczne. Sukcesy takich spółek jak: Docplanner, Infermedica, Telemedi, StethoMe czy HigoSense dodają wiary przedsiębiorcom, że da się w Polsce stworzyć technologię o międzynarodowym potencjale. 

Pandemia przyspieszyła rozwój tego rynku o wiele lat - dzięki niej tempo cyfryzacji, które wcześniej widzieliśmy np. w bankowości, mogliśmy obserwować w świecie medycyny. Rozwój digitalowych usług medycznych to w tej chwili gorący temat na całym świecie. Wszyscy zastanawiają się, jaka będzie przyszłość telemedycyny po pandemii, w którą stronę pójdzie automatyzacja pracy lekarzy, w jaki sposób będzie wykorzystywana sztuczna inteligencja do wspierania medyków czy pacjentów. To jest świetny czas, żeby budować nowe rozwiązania w tym obszarze.

Komu się nie udaje? Zna pan wiele takich start-upów? Dlaczego im nie wyszło? 

Rynek medyczny nie jest łatwy. Jest na nim wielu interesariuszy - pacjenci, personel medyczny i płatnicy, których interesy i potrzeby nie zawsze są zbieżne. Nowe rozwiązanie musi się jakoś wpisać w istniejący ekosystem regulacji i refundacji, który w każdym kraju jest jednak trochę inny, co utrudnia międzynarodową ekspansję. Dodatkowo, środowisko lekarskie jest naturalnie dość konserwatywne - odpowiedzialność za życie i zdrowie ludzi jest zbyt duża, żeby pozwalać sobie na typowe dla start-upów szybkie eksperymentowanie i podejście „move fast and break things”. Szanse na odniesienie sukcesu rosną, jeśli na początku dysponuje się dobrym produktem, kompetentnym zespołem i odpowiednio dużym finansowaniem, ale nigdy nie ma gwarancji. 

Myślę, że spółek, którym się nie udaje jest dużo, nie tylko w branży medycznej. Najczęściej znikają w ciszy. Kiedy ktoś ogłasza powstanie start-upu to wszyscy wiemy, jak to wygląda - zazwyczaj pisze się informacje prasowe, ogłasza się to na LinkedIn itd. A potem, jeśli projekt nie rozwija się tak, jak założyliśmy, to energia stopniowo opada, ubywa pieniędzy, zespół się rozchodzi, a firma po cichu się zamyka. Sam kiedyś tego doświadczyłem - kilkanaście lat temu otworzyłem w Stanach Zjednoczonych start-up , który po dwóch latach zamknąłem. To była trudna decyzja, ale też cenne doświadczenie. 

A dlaczego pana projekt w Stanach Zjednoczonych się nie powiódł?

To nie był start-up medyczny. Chcieliśmy zbudować wirtualnego konsultanta dla przedsiębiorstw. Przy tworzeniu projektu popełniliśmy wiele błędów. Który zaważył? Trudno powiedzieć. To był zły moment, zła technologia i niewłaściwe decyzje przy doborze osób do zespołu. Jednak, jak to powiedział kiedyś Henry Ford: porażka jest po prostu szansą, żeby spróbować jeszcze raz, tym razem bardziej inteligentnie. Wyciągnąłem wnioski.

Każdy projekt startuje ze zbiorem hipotez dotyczących grupy docelowej, produktu, kanałów sprzedaży. Rynek po jakimś czasie weryfikuje, które z tych założeń były trafne, a które trzeba zmienić. Z badań Startup Genome wynika, że 70 proc. start-upów, które odnoszą sukces, osiąga go w innym modelu niż pierwotnie założony.

Myślę, że największym wyzwaniem jest odpowiednie dopasowanie konia i dżokeja, czyli biznesu i tworzących go osób. Niestety bardzo często zdarza się, że firma ma świetny zespół, ale pracujący nad słabym pomysłem, czyli mimo umiejętności jeźdźcy koń nie jest w stanie wygrać wyścigu. Albo w drugą stronę - mamy znakomity pomysł, ale zespół nie ma kompetencji, by go zrealizować. Founder musi wiedzieć w czym jest dobry i kogo powinien dobrać do zespołu. Musi rozumieć, że aby odnieść sukces potrzebuje ludzi o najwyższych kompetencjach w swoich obszarach.

Wracając do mojej porażki w Stanach - nie odrobiliśmy wówczas tej pracy domowej. Nie zatrudniliśmy na odpowiednim etapie ludzi o kompetencjach technologicznych czy digital marketingowych niezbędnych do realizacji pomysłu. Wiele rzeczy robiliśmy instynktownie. Części z nich uczyliśmy się sami, a podczas nauki popełnia się błędy. Jeśli z czasem jest ich zbyt wiele to efekt jest daleki od zamierzonego. Nie zebraliśmy też wystarczająco dużych funduszy, żeby odpowiednich ludzi przyciągnąć. Robiliśmy ten start-up garażowo, z własnych środków.

Mając to doświadczenie, dziś zdecydowaliśmy się na zupełnie inne podejście do tworzenia start-upu, wirtualnej przychodzi Doctor.One. Chcemy zbudować międzynarodowy biznes medyczny, który stawia na stałe relacje między lekarzem a pacjentem, tworząc nowy model opieki medycznej. Daje on lekarzom możliwość budowania prywatnej praktyki lekarskiej w oparciu o bezpośrednie subskrypcje stałych pacjentów.  Dzięki finansowaniu od Movens Capital mamy środki na zatrudnienie doświadczonych ludzi, rozwój technologii i bezpieczeństwo, które w przypadku budowania biznesu z obszaru ochrony zdrowia jest niezbędne. Nie jest to już start-up garażowy. 

Porozmawiajmy o obawach. Polacy są dzisiaj gotowi na takie rozwiązanie? Telemedycyna w dobie pandemii była odmieniana przez wszystkie przypadki.

Jesteśmy gotowi na telemedycynę. Zaznaczam jednak, że Doctor.One nie jest rozwiązaniem wyłącznie telemedycznym. Jesteśmy przychodnią, w której lekarze obejmują stałą opieką dobrze im znanych pacjentów. Mogą wspierać ich zdalnie cały rok, a kiedy trzeba spotykać się w gabinecie lub domu pacjenta to również mają taką możliwość. Wyszliśmy z założenia, że komunikacja asynchroniczna jest świetnym uzupełnieniem modelu opartego na wizytach. Dzięki jej wykorzystaniu kontakty między pacjentami a lekarzami mogą być częstsze i prostsze. Nasze rozwiązanie adresuje główną obawę związaną z telemedycyną - anonimowość.  

W naszym rozwiązaniu lekarze znają swoich pacjentów. Zawsze po drugiej stronie jest ten sam lekarz, który doskonale znając pacjenta i jego potrzeby oraz przebieg choroby, potrafi nawigować całym procesem, wybierając optymalną w danym momencie formę kontaktu. I tu należy wspomnieć o jednej ważnej kwestii: W Doctor.One, lekarze mają autonomię - to oni proponują odpowiednią formę opieki - rozmowę, wideokonferencję, a w razie potrzeby wizyty domowe i w gabinetach. Wszystko w jednym prostym, ustalanym przez lekarza abonamencie. 

Zgodnie z naszymi założeniami - pacjent może w dowolnym momencie zwrócić się do swojego zaufanego lekarza, skonsultować z nim jakąś kwestię, wysłać wyniki badań czy zdjęcie np. swojej wysypki.  Przy tego typu kwestiach wizyta stacjonarna nie zawsze jest konieczna. Pozwala to oszczędzić czas obu stronom, a lekarzom odciążyć i tak zapisane do granic możliwości kalendarze. Musimy pamiętać, że dostępność lekarzy już teraz jest problemem na całym świecie, a w kolejnych latach sytuacja będzie się pogarszała. WHO  szacuje, że do 2030 r. na świecie może brakować prawie 10 mln pracowników medycznych, a gdy dodamy do tego starzejące się społeczeństwo i rosnącą liczbę chorób rzadkich, to okaże się, że dostęp do lekarza rodzinnego, diabetologa, kardiologa czy innego specjalisty to dobro luksusowe. Sam fakt istnienia telemedycyny niedużo tu zmienia, bo niezależnie czy jest to wizyta stacjonarna czy teleporada, lekarz musi mieć zarezerwowane w kalendarzu 15-20 minut na pacjenta. Dlatego naszym pomysłem na efektywne wykorzystanie czasu pracy lekarzy nie jest skracanie wizyt, które w takiej formule byłyby niekomfortowe i stresujące dla obu stron, ale pokazanie, że w wielu kwestiach pacjent może skontaktować się z lekarzem pisemnie o dowolnej porze. 

Ale domyślam się, że nie o każdej porze lekarz mu odpisze…

Tu musimy połączyć ogień i wodę, czyli oczekiwania pacjenta i możliwości lekarza. Pacjent chce jak najszybciej dostać odpowiedź, jesteśmy przyzwyczajeni do rozmów z chatbotami, które w kilka sekund rozwiązują nasz problem. Z drugiej strony, jeśli to zawsze ma być ten sam lekarz, ten, który nas zna, ten, z którym rozmawialiśmy już wielokrotnie to jest oczywistym, że nie będzie dostępny od ręki dla wszystkich swoich pacjentów. Dlatego też stworzyliśmy koncepcję wirtualnych obchodów, których godziny wyznacza lekarz i są one znane jego pacjentom. W ich ramach medyk odpowiada na pytania pacjentów, a oni zgłaszając problem wiedzą, kiedy otrzymają informację zwrotną. Szacujemy, że czas oczekiwania na odpowiedź lekarza nie powinien być dłuższy niż 24 godziny, choć w praktyce pacjenci otrzymują czasem odpowiedź już po kilkunastu minutach. Dzięki takiemu rozwiązaniu specjaliści nie muszą działać pod presją - oni też potrzebują prywatności, work-life-balance, oddechu od pracy. Rozumiemy potrzeby i oczekiwania obu stron.  

Ilu pacjentów przypisanych jest do jednego lekarza? 

W Stanach Zjednoczonych lekarze działający w podobnym modelu mają pod opieką 300, może 400 pacjentów. W Doctor.One jest to od 40 do 50 osób, maksymalnie 100  i to lekarz wybiera w jaki sposób z nimi współpracuje. W naszym modelu nie ma ciągłej presji czy limitów, które system narzuca lekarzom. To oni są numerem jeden i o wszystkim decydują. Wierzymy, że zmiany i innowacje w medycynie nie wydarzą się bez lekarzy i dlatego stawiamy na empowerment.   

To co pan mówi to oczywiście brzmi fantastycznie, jak pieśń przyszłości. Natomiast realia są takie, że prawdopodobnie lekarz, który u was pracuje, przyjmuje też w innym miejscu, w modelu wizyt co 15 minut, z wypełnianiem Elektronicznej Dokumentacji Medycznej, której wprowadzanie idzie jak po grudzie i której lekarze mają serdecznie dość. A pański model biznesowy opiera się właśnie na tym. Mówicie do lekarza: jesteś panem i władcą, ale tu masz komputer, komórkę i tabelki, które musisz wypełnić. Brzmi jak praca w POZ.

Z naszej strony zrobiliśmy wszystko, żeby zminimalizować wysiłek specjalistów związany z odpowiadaniem na pytania pacjentów i udzielaniem porad. Pracowaliśmy nad tym wspólnie z lekarzami, pokazywali nam swoje telefony - dziesiątki SMSów, wiadomości na Facebooku i na mailu od swoich zaufanych pacjentów. Taki kontakt, poza tradycyjnymi wizytami, dziś już istnieje, ale jest nieuregulowany. Zapewne często też niezgody z prawem w związku z ochroną danych osobowych i danych wrażliwych. Doctor.One go reguluje, dajemy lekarzom narzędzie, by w ramach bezpiecznej aplikacji mogli odpowiadać pacjentom, wystawiać recepty, skierowania czy zwolnienia. Oczywiście nie wszyscy medycy będą chcieli skorzystać z tej możliwości, ale są też tacy, dla których ta forma komunikacji staje się czymś normalnym i powszechnym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum