Otwierasz lodówkę, jest koronawirus. Jak nie dostać obłędu w czasach infodemii

Autor: Wojciech Kuta/Rynek Zdrowia • • 09 kwietnia 2020 05:57

Na początku epidemii obserwowaliśmy głód informacji dotyczących koronawirusa. Chłonęliśmy wszelkie doniesienia na ten temat, nawet te niezbyt mądre. Po pewnym czasie nastąpił przesyt. Zaczynamy mieć dość domorosłych wirusologów i pandemicznych proroków snujących wizje katastrofy, wręcz końca świata - przyznają rozmówcy Rynku Zdrowia.

Strach przed koronawirusem napędza internet, media i domorosłych wirusologów; FOT. Fotolia

Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła niedawno pojęcie „infodemia”, oznaczające swoistą pandemię informacji dotyczących koronawirusa, często niezgodnych z prawdą i dowodami naukowymi.

- Żyjemy w szumie informacyjnym. Infodemia” to bardzo trafne określenie. Niestety, podobnie jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak niesprawdzone, czy wręcz fałszywe, wprowadzające w błąd informacje, często rozchodzą się szybciej niż dane w pełni wiarygodne - stwierdza w rozmowie z Rynkiem Zdrowia prof. Piotr Jankowski z I Kliniki Kardiologii i Elektrokardiologii Interwencyjnej oraz Nadciśnienia Tętniczego CM UJ.

Niemal 60 proc. wpisów ocenionych przez niezależnych ekspertów jako dezinformacja na temat koronawirusa pozostaje dostępnych na Twitterze, 27 proc. na YouTube, a 24 proc. na Facebooku - wynika z opublikowanego w środę (8 kwietnia) raportu naukowców z Uniwersytetu w Oksfordzie. Więcej o raporcie: TUTAJ

- Wydaje się, że to zjawisko przybiera na sile. Osobiście staram się mu nie ulegać. Bardzo rzadko włączam telewizor, a jeśli już - to w określonych porach, jeśli naprawdę tego potrzebuję, by zdobyć konkretne informacje - przyznaje dr Krystian Dudek, ekspert ds. strategii komunikacji i komunikacji kryzysowej, właściciel agencji PR i szkoleniowej Instytut Publico.

Domorośli wirusolodzy wyrastają jak grzyby po deszczu
- Inna sprawa, że na siedzenie przed telewizorem nie mam wiele czasu, bo bardzo dużo pracuję. Wiąże się to m.in. z tym, że współpracuję z kilkoma szpitalami, a te muszą się dziś mierzyć z pandemią nie tylko od strony medycznej, organizacyjnej i finansowej, ale także z problemami natury informacyjnej - dodaje dr Dudek.

Wskazuje, że obecnie wiele lecznic funkcjonuje w warunkach permanentnego kryzysu, także w kontekście medialnym, wizerunkowym. I nie chodzi tylko o dziennikarzy czy tradycyjne media. - Dzisiaj, za sprawą mediów społecznościowych, łatwości rejestrowania obrazu i dźwięku, chociażby smartfonem, każdy może stać się influencerem, wrzucać do sieci w zasadzie każdy przekaz, często nieprawdziwy, bez żadnych konsekwencji wobec siebie, ale z ogromnymi konsekwencjami społecznymi - podkreśla ekspert.

- Kilka dni temu musieliśmy zareagować na filmik umieszczony w internecie przez pacjenta jednego ze szpitali w woj. śląskim, który z rzeczywistością nie miał zbyt wiele wspólnego. Żyjemy więc w czasach, w których newsy generują już nie tylko dziennikarze - zaznacza Krystian Dudek.

Jego zdaniem, w kontekście „infodemii”, głównym zagrożeniem nie są dziś profesjonalne media (choć i one walczą o oglądalność czy „klikalność”), ale właśnie owi influencerzy, wyrastający jak grzyby po deszczu domorośli znawcy wirusologii i epidemiologii, wrzucający do sieci swoje teorie i propozycje rozwiązania problemów dotyczących pandemii SARS-CoV-2, a także szerzący zupełnie niewiarygodne fake newsy, które, niestety, udostępnia wiele osób.

Czytaj także: Pracownicy szpitali udzielający informacji o koronawirusie są już bardzo zmęczeni

Od słuchania i oglądania może zrobić się słabo
- Już tylko od słuchania i oglądania tych wszystkich rewelacji może zrobić się słabo. Dlatego staram się skrajnie racjonalizować mój kontakt z takimi przestrzeniami - mówi dr Dudek.

Przyznaje, że z mediów społecznościowych korzysta w niezbędnym zakresie, czyli w utrzymywaniu relacji zawodowych czy osobistych, ale nie czyta np. w postów czy komentarzy, gdy tylko zobaczy, że są kolejnymi wywodami na temat koronawirusa: - Także autorstwa osób, o których wiem, że nie są autorytetami w tej dziedzinie. Oczywiście wyjątkiem są treści związane z klientami, bo te, nawet najbardziej abstrakcyjne czytam i na nie reaguję, by uniknąć ryzyka szerzenia się mitów i szkodzenia wizerunkowi klienta - zastrzega.

- Otrzymuję np. od znajomych, skądinąd bardzo rozsądnych czy wykształconych ludzi, jakieś przepowiednie sprzed wieków o tym, co nas wkrótce czeka w związku z pandemią. Być może ktoś uznał, że dotarł do tajemnej wiedzy i chce się nią podzielić. W takich sytuacjach grzecznie, ale zdecydowanie proszę, by nie wysyłali do mnie takich treści i apeluję, by nie szerzyli ich dla dobra nas wszystkich - zaznacza dr Dudek.

Czasami mniej wiesz, lepiej śpisz
Doradza też metodę selektywnego używania internetu, w tym portali społecznościowych: - Warto, aby każdy wypracował w tej materii własne podejście do tej informacyjnej powodzi. Naprawdę, trzeba się przed nią bronić, aby nie dostać obłędu. Jak mówi stare powiedzenie - czasami mniej wiesz, lepiej śpisz.

Czy zatem nie powinniśmy pogłębiać naszej wiedzy? - pytamy eksperta. - Wiedzę trzeba pogłębiać, apeluję jednak o rozsądne dobieranie jej źródeł! Szczególnie w dobie koronawirusa. Nikt z nas nie chce, żeby z chorób zakaźnych leczył go „jakiś” internauta. Nie róbmy więc sobie internetowej terapii, a słuchajmy tych, którzy wiedzą i mają coś do powiedzenia - odpowiada.

- W tym trudnym czasie czytam na zmianę trzy ulubione książki, dawkuję sobie, by nie powiedzieć reglamentuję, oglądanie telewizji - szczególnie kanałów informacyjnych, w których przez całą dobę panuje koronawirus. Korzystam, jak chyba już większość Polaków, z internetowych platform z filmami i serialami, spędzam czas z rodziną - podsumowuje dr Krystian Dudek.

Co na to środowisko medyczne?
Czy i jak środowisko medyczne oraz instytucje publiczne mogą przeciwdziałać zjawisku infodemii? To pytanie zadaliśmy prof. Piotrowi Jankowskiemu z I Kliniki Kardiologii i Elektrokardiologii Interwencyjnej oraz Nadciśnienia Tętniczego CM UJ.

Prof. Jankowski regularnie zamieszcza na Twitterze m.in. informacje o zachorowalności rejestrowanej na infekcję spowodowaną przez koronawirusa, a także inne dane statystyczne oraz związane z zapadalnością na choroby sercowo-naczyniowe, również w kontekście pandemii SARS-CoV-2. Dlaczego to robi?

- Po pierwsze dlatego, że - jak dowodzą już pierwsze badania i obserwacje - koronawirus ma związek z chorobami układu krążenia. Według różnych danych od 30 do nawet 50 proc. pacjentów zakażonych tym patogenem ma też współistniejące choroby sercowo-naczyniowe. Jako kardiolog śledzę więc uważnie przebieg obecnej pandemii - tłumaczy prof. Jankowski.

I dodaje: - Wiemy ponadto, że COVID-19 u osób m.in. z niewydolnością serca ma cięższy przebieg niż u innych chorych. Badania wskazują też, że koronawirus SARS-CoV-2 powoduje poważne powikłania kardiologiczne, mogące wywołać zarówno zaostrzenie niewydolności serca, jak i zawał mięśnia sercowego.

- Pod drugie, moje zawodowe zainteresowania wykraczają poza samą kardiologię i obejmują też szeroko rozumiany obszar zdrowia publicznego. W naturalny sposób pandemia koronawirusa stanowi zagrożenie dla stanu zdrowia całych społeczeństw. Dlatego staram się dostarczać czytelnikom, widzom czy słuchaczom, informacje oparte o fakty i wiarygodne źródła - tłumaczy specjalista.

Fałszywe informacje rozchodzą się szybciej
Zwraca uwagę, że żyjemy w szumie informacyjnym. W opinii prof. Jankowskiego „infodemia” to bardzo trafne określenie. Niestety, jego zdaniem, dzieje się tak, że podobnie jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak niesprawdzone, czy wręcz fałszywe, wprowadzające w błąd informacje, często rozchodzą się szybciej niż dane w pełni wiarygodne. Z tym fenomenem mamy do czynienia w internecie, portalach społecznościowych, ale też w mediach tradycyjnych.

-- Profesjonaliści medyczni, a także towarzystwa naukowe mogą i często już włączają się do działań edukacyjnych - właśnie poprzez publikowanie w mediach społecznościowych informacji sprawdzonych i opartych na dowodach naukowych - podkreśla kardiolog.

- Taką aktywność zauważam też od kilku lat po stronie instytucji oraz urzędów funkcjonujących w systemie ochrony zdrowia. Jednak biorąc pod uwagę ich spore zaplecze organizacyjne, można by oczekiwać, że jeszcze mocniej wykorzystają swój potencjał w zakresie działań edukacyjnych. Można by też oczekiwać takiej aktywności ze strony osób zarządzających najważniejszymi stacjami telewizyjnymi, radiowymi, gazetami, tygodnikami i portalami internetowymi. To bardzo ważne szczególnie teraz, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele mitów i błędnych informacji związanych zarówno z drogami zakażenia koronawirusem, jak i zapobieganiem oraz leczeniem tej infekcji - konkluduje prof. Piotr Jankowski.

Warto mieć swój medialny filtr
Jak z kolei wskazuje Krzysztof Suszek, przewodniczący Rady Fundacji "Misja Medyczna", ekspert w dziedzinie komunikacji społecznej, na początku epidemii obserwowaliśmy swoisty głód informacji dotyczących koronawirusa: - Chłonęliśmy wszelkie doniesienia na ten temat, nawet te nie do końca sprawdzone, mądre i wiarygodne. Jednak po około dwóch tygodniach, i nie jest to tylko moje odczucie, nastąpił przesyt tego rodzaju wiadomościami - przyznaje w rozmowie z Rynkiem Zdrowia.

Jego zdaniem jest w pełni zrozumiałe, że media oraz cały internet żyją pandemią koronawirusa, jednak nie oznacza, to, że musimy sami siebie skazywać na ciągły odbiór tych doniesień: - Tym bardziej, że ku mojej narastającej irytacji, mnożą się dziwaczne teorie autorstwa wszelkiej maści pandemicznych wróżbitów i proroków, snujących wizje katastrofy, wręcz końca świata - stwierdza nasz rozmówca.

Oczywiście, pandemia wywiera negatywny wpływ na gospodarkę i rynki finansowe, czego jesteśmy świadkami i nie wolno nam tych doniesień lekceważyć, ale czy to oznacza, że mamy na okrągło siedzieć przed komputerem i czekać na zbliżający się koniec świata? - Zamiast tak biernego i bezkrytycznego podejścia do owej infodemii, proponuję, a nawet gorąco polecam - w celu zachowania dobrego stanu zdrowia psychicznego - stosowanie osobistych filtrów informacyjnych - mówi ekspert.

- Ja zaglądam od czasu do czasu między innymi do mojego ulubionego portalu o ekonomii i finansach, w którym zamieszczane są rzeczowe analizy i komentarze. Praktycznie przestałem też korzystać z masowych kanałów informacyjnych, takich jak telewizja i duże serwisy internetowe. Nagromadzona tam ilość informacji, często o negatywnym wydźwięku jest tak duża, że już nie potrafię ich przyswajać. - podsumowuje Krzysztof Suszek.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum