Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia | 06-09-2014 08:00

O badaniach na zwierzętach, ku pamięci królików doświadczalnych

Dyskusja o prawach zwierząt w zestawieniu z ich wykorzystaniem w badaniach klinicznych wzbudza emocje. Empatii odczuwanej wobec braci mniejszych towarzyszy jednocześnie świadomość, iż bez poświęcenia ich życia na ołtarzu nauki nie byłoby postępu służącego i ludziom, i zwierzętom.

Badania na zwierzętach są prowadzone przede wszystkim dlatego, że jest to wymóg formalny - nie można rozpocząć badań z udziałem ludzi bez wcześniejszego przeprowadzenia badań z udziałem zwierząt.

- Na modelach zwierzęcych sprawdzany jest wpływ badanej substancji leczniczej na układ sercowo-naczyniowy, oddechowy i ośrodkowy układ nerwowy. Kolejnym elementem jest określenie toksyczności ostrej i przewlekłej oraz wpływ na rozrodczość. Też tego nie da się zbadać w inny sposób - przekonuje Wojciech Masełbas, wiceprezes Stowarzyszenia na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce.

W przypadku badań nad nowymi lekami, firmy rozpoczynają prace nad tysiącami cząsteczek. Kolejne etapy tych badań prowadzone są w laboratorium, a później na zwierzętach. Pozwalają eliminować cząsteczki mniej skuteczne albo o mniejszym profilu bezpieczeństwa. Wynika z nich też, w jakiej dawce można podać lek człowiekowi.

Tę jedyną, podawaną eksperymentalnie u ludzi substancję, wyłania się w efekcie przeprowadzenia setek serii badań. Te prowadzone u ludzi przebiegają w trzech fazach. Dopiero zakończone sukcesem wyniki badań trzeciej fazy powodują, że lek może trafić na rynek.

70 procent informacji

Poza testowaniem nowych leków czy testami toksykologicznymi, modele zwierzęce wykorzystywane są również w badaniach chorób.

- Posłużmy się aktualnym obecnie przykładem - wirusem Ebola. Chorym podaje się eksperymentalny lek, który dotąd nie był stosowany u ludzi. Ale był stosowany u zwierząt. Na tej podstawie wiemy, że jest w stanie wyeliminować wirusa z organizmu żywego. Inaczej moglibyśmy to obserwować wyłącznie w laboratorium. Jednak to jest tak odległe od tego, co się dzieje w żywym organizmie, że nie dawałoby nam w żaden sposób informacji o tym, czy ten preparat można później podać osobie chorej - wyjaśnia prezes Masełbas.

Trzeba sobie zdać sprawę, że badania na zwierzętach nie dają 100-procentowej odpowiedzi, jak na daną substancję zareaguje organizm człowieka. Szacuje się, że ok. 70 procent danych uzyskiwanych na materiale zwierzęcym potwierdza się u ludzi. To oznacza, że 30 proc. danych nie daje takiej informacji.

Jak przypomina ekspert, są substancje, które nie działają szkodliwie u zwierząt, ale działają szkodliwie u człowieka. Takie przypadki są znane w medycynie. Chociażby tragedie, które wyznaczają kamienie milowe badań klinicznych.

- Talidomid nie szkodził zwierzętom, jednak stosowany u człowieka spowodował katastrofę. Lek firmy TeGenero podawany psom i małpom rezus nie spowodował żadnych działań niepożądanych na tyle dużych, by zrezygnować z jego dalszego rozwoju. Jednak podany czterem zdrowym ochotnikom spowodował ciężkie powikłania. Nie wszystko to, co jest bezpieczne u zwierząt, jest bezpieczne u człowieka.

Jak przekonują badacze, gdyby nie badania na zwierzętach, takich tragedii byłoby wiele więcej. Bowiem jeśli coś szkodzi zwierzętom, nie jest już podawane człowiekowi.

Nauka czy chora ambicja?
Opisany wyżej model badań dotyczy testowania leków, wykorzystywania ich w badaniach chorób i testach toksykologicznych. Trzeba jednak pamiętać, że badania są prowadzone przez różne osoby, instytucje i w różnych okolicznościach. Na materiale zwierzęcym prowadzi się też badania suplementów diety, kosmetyków czy wyrobów medycznych.

Ale są też badania behawioralne lub prowadzone dla udowodnienia "jakiejś" tezy. Tu pojawia się najwięcej wątpliwości i pytanie: Jak oddzielić merytorycznie uzasadnione badania na zwierzętach od zwykłego ich dręczenia dla spełnienia chorej ambicji naukowców?

Obrońcy praw zwierząt mówią wprost o barbarzyństwie i nadużywaniu zwierząt do eksperymentów, wykonywaniu badań, tylko po to, by "coś opublikować, uzyskać habilitację albo profesurę", o zbyt łatwym uzyskiwaniu zgody komisji bioetycznych na eksperymenty, o wykonywaniu badań, które były już wykonywane wiele razy na świecie i nie ma potrzeby ich powtarzać.

Trwa również dyskusja na temat wykorzystywania zwierząt w ramach zajęć dydaktycznych. W ubiegłym roku w EU zebrano milion podpisów pod petycją popierającą zakaz stosowania wiwisekcji. Sprawą będzie musiała zająć się Komisja Europejska.

Cytowany przez PAP prof. Andrzej Elżanowski, zoolog, członek Polskiej Akademii Nauk, b. członek Krajowej Komisji Etycznej ds. Doświadczeń na Zwierzętach, przypomina, że "wiele z badań można przy dzisiejszych technologiach wykonywać na hodowlach komórek i tkanek".

Przełomem, jeśli chodzi o metody alternatywne dla klasycznego testowania substancji, jest według prof. Elżanowskiego metoda "organ chips".

Chodzi o system połączonych fragmentów tkanek różnych narządów (wątroby, serca itd.), który pozwoli na testowanie substancji w symulacji całego organizmu. - Żeby jednak rozwijały się alternatywy, potrzebna jest dobra wola badaczy i na tym polega moralna bariera przeszkadzająca w ograniczeniu cierpienia zwierząt doświadczalnych" - zaznacza biolog.

Łatwe do kontroli
Szacuje się, że rocznie badania przeprowadza się na 17-23 milionach zwierząt (dane Office of Technology Assessment). Ok. 95 proc. z nich to szczury i myszy. Ok. 0,75 procenta - to małpy człekokształtne, psy i koty. Dokładne informacje o prowadzonych w Polsce badaniach i używanych w nich zwierzętach podaje MNiSW.

Zwierzęta są doskonałymi modelami do badań - są biologicznie podobne do ludzi, chorują często na te same schorzenia. Dzięki krótszemu cyklowi życia można obserwować poszczególne osobniki, jak i całe pokolenia przedstawicieli danego gatunku.

W przypadku zastosowania chowu wsobnego możliwa jest obserwacja osobników o mniejszym zróżnicowaniu genetycznym. Łatwiej też jest kontrolować środowisko i otoczenie badanego zwierzęcia (pożywienie, temperaturę, światło). Taka kontrola nie jest możliwa w trakcie późniejszych badań klinicznych na ludziach.

- Jest tendencja, by obniżać liczbę badań prowadzonych na zwierzętach i wprowadzać alternatywne metody, na przykład w postaci badań na liniach komórkowych albo na izolowanych śródoperacyjnych skrawkach narządów. Zamiast hodować nowotwór u szczura, a potem starać się go leczyć, pobiera się śródoperacyjnie skrawki nowotworu człowieka, hoduje się go w laboratorium, a następnie testuje działanie preparatu - mówi Wojciech Masełbas.

Intencje badaczy
Jak zaznacza, takie możliwości są wybierane coraz częściej przede wszystkim ze względów etycznych, ale także z powodu coraz bardziej restrykcyjnych przepisów oraz kosztów. Prowadzenie badań na zwierzętach nie jest tanie. - W Polsce potrzeba ok. 220-280 tys. zwierząt rocznie do badań leków, które potem są testowane na 20-40 tys. ludzi - informuje wiceprezes Stowarzyszenia na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce.

Dodaje: - Walcząc o prawa zwierząt nie można zapominać, jaki cel przyświeca badaniom. Nie jest intencją badaczy sprawianie zwierzętom bólu i cierpienia. Jednak oczekiwanie, że medycyna i nauka w ogóle zrezygnuje z tego typu doświadczeń, jest obecnie zbyt daleko idące.

Gdyby nie prowadzone na zwierzętach badania, dzisiaj nie byłoby wielu leków w takich obszarach jak m.in. onkologia, astma, szczepienia, antybiotykoterapia, nadciśnienie tętnicze, transplantologia, wirus HIV. Warto też pamiętać, że obecnie dostępne produkty i sposoby lecznicze ratują zdrowie i życie innych zwierząt.