Publicznymi defibrylatorami łatwo się pochwalić. Ale z ratowaniem życia bywa różnie

Autor: Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 07 lipca 2018 08:00

W Polsce rośnie liczba miejsc, w którym dostępne są publiczne defibrylatory AED. Urządzenia chętnie kupują samorządy, zakłady pracy czy inne instytucje z prostego powodu - łatwo można w ten sposób poprawić społeczny wizerunek. Często jednak tylko na tym się kończy - ratowanie życia utrudnia, a czasem wręcz uniemożliwia bałagan prawny i organizacyjny.

Często uważa się, że AED może być używane nawet bez przeszkolenia, ale praktyka pokazuje co innego Fot. Archiwum

9 czerwca br. obok basenu w warszawskiej dzielnicy Ochota, tuż przy tablicy informującej o zamontowanym defibrylatorze, stracił przytomność starszy mężczyzna. Świadek zdarzenia pobiegł do ratownika, żeby przyniósł defibrylator, ale ten odmówił jego wydania. Potem kierownik ośrodka tłumaczył, że pacjent raz oddychał, raz nie, więc bano się użyć urządzenia, bo to mogłoby mu zaszkodzić. Takie ryzyko to oczywiście nieprawda i jednocześnie jeden z wielu przykładów, gdy szczytna idea ratowania życia zderza się z realiami.

- Odmowa lub wydłużanie procesu wydania AED w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia osoby może zostać potraktowane jako przestępstwo nieudzielenia pomocy, usankcjonowane w art. 162 kodeksu karnego. Jest ono zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 3 - ostrzega mec. Tomasz Kubicki z kancelarii DZP.

Rynek Zdrowia o problemy z używaniem publicznych AED spytał ekspertów. Okazało się, że strach i niewiedza odpowiedzialnych za urządzenia to tylko wierzchołek góry lodowej.

Szkolenia uznaniowe i bez kontroli
AED (automatyczny defibrylator zewnętrzny, ang. Automated External Defibrillator) to skomputeryzowane urządzenie, które za pomocą poleceń wizualnych i głosowych prowadzi zarówno osoby z wykształceniem medycznym, jak i bez niego przez procedurę bezpiecznej defibrylacji w zatrzymaniu krążenia. W teorii zatem nawet osoba postronna powinna sobie z AED poradzić. W praktyce bez odpowiedniej wiedzy teoretycznej i praktycznej urządzenie często staje się bezużyteczne - bo ktoś się boi go użyć albo… nie wie, że w ogóle jest.

- Obowiązek przeprowadzenia szkoleń z zakresu kwalifikowanej pierwszej pomocy, w której zakres wchodzi obsługa defibrylatorów AED, dotyczy tylko pracowników nadzorowanych przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych oraz ministra obrony narodowej i dotyczy m.in. policjantów, strażaków, żołnierzy i funkcjonariuszy innych podległych im służb. Przeszkolenie pozostałych pracowników jest uznaniowe - mówi nam mec. Kubicki.

Tłumaczy, że takie uznaniowe szkolenia nie podlegają nadzorowi prawnemu. - Nadzorowi podlegają jedynie kursy przygotowujące do nadania tytułu „ratownika”, zgodnie z ustawą o Państwowym Ratownictwie Medycznym - wyjaśnia.

- W Polsce nie ma przepisów, które nakazują w określonych odstępach czasu powtarzanie szkoleń - wskazuje dr Wojciech Rychlik z Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach. 

Zaznacza, że wiedza o resuscytacji powinna być powtarzana raz do roku, a najlepiej raz na pół roku. Takiego obowiązku jednak nie ma, więc często pierwsze szkolenie pozostaje jedynym.

- Jest co prawda zwyczajowo przyjęte, iż w momencie zakupu AED przeprowadza się szkolenie wstępne dla użytkowników, jednak już liczba osób, które ono obejmie, zależy tylko od umowy pomiędzy sprzedającym urządzenie a nabywcą. Zdarza się, że szkoli się tylko jedną osobę na daną instytucję. Kilka lat temu zadałem opiekunom automatycznych defibrylatorów pytanie dot. częstotliwości szkoleń AED. W ponad 50 proc. przypadków kończyło się właśnie na jednym kursie - podsumowuje.

Sama teoria nie wystarczy?
Jak tłumaczy nam dr Rychlik, na obudowie AED jest instrukcja, a urządzenie prowadzi głosowo przez kolejne etapy resuscytacji. Wskazówki głosowe i tekstowe są w języku polskim - i w tym przypadku jest to uregulowane prawnie. Dlatego często uważa się, że AED może być używane nawet bez przeszkolenia. Praktyka pokazuje jednak, że takie osoby rzadko zabierają się za używanie urządzenia i ratowanie życia za jego pomocą.

- Lepiej, jeżeli przejdzie się nawet krótki, jednorazowy kurs - obejmujący teorię wspartą zajęciami z AED treningowym i fantomem. Taka praktyka jest bardzo ważna. Na jednym ze szkoleń spotkałem się z sytuacją, że młodzi kursanci po zobaczeniu rysunku sylwetki człowieka z rozmieszczeniem elektrod (jedna pomiędzy prawym obojczykiem a mostkiem; druga w po lewej przednio - bocznej stronie klatki piersiowej w rzucie koniuszka serca, nieco poniżej dołu pachowego) przykleili elektrody na plecach manekina - opowiada dr Rychlik.

- Jeśli chodzi o samo użycie AED przez świadków zdarzenia w sytuacji przedszpitalnych epizodów zatrzymania krążenia, w porównaniu z innymi krajami wysoko rozwiniętymi liczba takich przypadków jest w Polsce bardzo mała - zauważa prof. Jerzy Robert Ładny, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny ratunkowej. 

Zaznacza, że do każdego kursu pierwszej pomocy powinno się obligatoryjnie włączać blok nt. używania AED. Tu jednak pojawia się banalny problem - firmy szkolące często AED treningowego zwyczajnie nie mają.

AED pod kluczem
- Problemem z ideą publicznych defibrylatorów jest cały czas ich dostępność. W zakładach pracy są przeznaczone tylko dla ich pracowników, z kolei te znajdujące się w urzędach są dostępne jedynie w godzinach ich pracy. Urządzenia najczęściej zamykane są na klucz, gdzieś się trzeba zgłosić, ktoś je musi wydać. Ma to zabezpieczać defibrylator przed kradzieżą, ale niestety „przy okazji” bardzo wydłuża czas użycia. Są oczywiście inne rozwiązania typu bezkluczykowa skrzynka z monitoringiem czy alarmem - ale wiąże się to z dodatkowymi kosztami - tłumaczy prof. Ładny.

- Wyobraźmy sobie sytuację, że mamy pożar, są jedne drzwi ratunkowe i jest siekiera, dzięki której można je wyważyć, ale jest ona zamknięta w szafce na klucz. Na szybie jest napisane: w razie potrzeby stłuc szybę. Dla wszystkich jest logiczne, że nie czekamy na otwarcie szafki, tylko jak najszybciej wyjmujemy potrzebne narzędzie. Dlaczego takiego samego rozumienia nie ma w przypadku zamkniętych na klucz AED, i to zarówno w odniesieniu do ratujących, jak i wydających? - pyta dr Rychlik.

Podpowiada, że przy otwarciu można zastosować dwa systemy. Jeden polega na automatycznie wysyłanym sygnale do konkretnej dyspozytorni (w Polsce może to być Centrum Powiadamiania Ratunkowego), że AED zostało wyjęte wraz z danymi o lokalizacji. Wówczas w to miejsce jedzie zespół ratunkowy. Taki system działa w Paryżu. Drugi system jest prostszy i tańszy - po otwarciu szafki uruchamia się sygnał dźwiękowy.

Skoro prawo także nie reguluje warunków przechowywania defibrylatorów AED (a tak właśnie jest), wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację: widzimy nieprzytomnego człowieka, stwierdzamy zatrzymanie akcji serca, obok jest defibrylator, ale... ochroniarz/pracownik danego obiektu wydać go nie chce lub żąda spełnienia zbyt czasochłonnych procedur. Co poradziłby ekspert z zakresu prawa osobie, która chce uratować poszkodowanego?

- Prawo mówi wprost o tym, że osoba udzielająca pierwszej pomocy lub kwalifikowanej pierwszej pomocy może poświęcić dobra osobiste innej osoby, inne niż życie lub zdrowie, a także dobra majątkowe w zakresie, w jakim jest to niezbędne dla ratowania życia lub zdrowia osoby znajdującej się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Dopuszczalne byłoby zatem zbicie szafki czy też inne zniszczenie mienia w celu uzyskania dostępu do defibrylatora - rozwiewa wątpliwości mec. Kubicki.

Liczenie i serwisowanie AED to także „wolna amerykanka”
Ile jest wszystkich publicznych AED w Polsce, nie wie nikt. Z prostego powodu - nie ma obowiązku ich rejestracji. Największa baza z lokalizacjami AED, której pomysłodawcą i autorem jest dr Rychlik, ma w swoich zasobach ok. 1800 urządzeń. To projekt pn. ” Ratuj z Sercem - Mapa AED” działający pod adresem www.ratujzsercem.pl.

- Oczywiście to tylko część, bo urządzenia zgłaszane są na zasadzie dobrowolności. Z informacji od firm, które posiadam, wynika, że liczba sprzedanych w Polsce AED przekroczyła do tej pory 5 tys.- szacuje dr Rychlik.

- W Polsce powinien powstać jeden, pełny rejestr AED. Każda osoba/instytucja, która kupuje defibrylator, powinna go rejestrować, a dane powinny trafiać właśnie do tej bazy - postuluje prof. Ładny.

Uznaniowy jest też serwis urządzeń - a bez nich AED zwyczajnie może nie zadziałać. Dlaczego?

- Do AED z reguły co dwa lata trzeba dokupić elektrody, a co cztery lata baterie. Ale tu jest kolejny problem - nie ma nikogo, kto te wymiany sprawdza - przyznaje dr Rychlik.

Prof. Ładny zauważa, że w niektórych stanach USA, ale też w innych krajach: Holandii, Danii czy Czechach, funkcjonuje system oparty na tzw. first responderach, czyli osobach przeszkolonych w zakresie udzielania pierwszej pomocy, także z użyciem AED. Po odbyciu kursu są one (za ich zgodą) wpisywanie do bazy i w momencie, kiedy dyspozytor medyczny otrzymuje zgłoszenie o zatrzymaniu krążenia, jednym przyciskiem wysyła do 10. najbliżej zlokalizowanych osób sms-a o zdarzeniu. Powiadamia też najbliższe urządzenie AED.

- Przy okazji opracowywania wersji 2.0 Systemu Wspomagania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego (SWD PRM) zgłaszałem do MZ pomysł wdrożenia aplikacji AED, która po ustaleniu adresu zdarzenia wskazuje też najbliższy defibrylator. Wersja (a więc i ten konkretny pomysł) jest obecnie w trakcie konsultacji wewnętrznych w resorcie - dodaje profesor.

To jednak do poprawnego działania całego systemu nie wystarczy i potrzebne są kolejne zmiany. W przeciwnym razie AED w wielu wypadkach mogą pozostać ozdobą miejsc publicznych, a sytuacji, jak na stołecznym basenie, może być więcej. 

- AED jest jak gaśnica w przypadku pożaru - im więcej osób wie, gdzie jest zlokalizowana, nie boi się i potrafi jej użyć, tym większa szansa na ugaszenie ognia - podsumowuje dr Rychlik. 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum