Program DOM do korekty: pieniądze na pulsoksymetry w zasadzie wyrzucone w błoto

Autor: Jacek Janik/Rynek Zdrowia • • 15 grudnia 2020 05:55

Na 30 tys. wydanych przez resort zdrowia pulsoksymetrów w praktyce tylko co szósty został zarejestrowany i zafunkcjonował w programie Domowej Opieki Medycznej (DOM). To dobitnie pokazuje, że rozdanie tych urządzeń niemal na chybił trafił, bez nadzoru lekarskiego, zupełnie się nie sprawdziło - wskazują eksperci.

Fot. PTWP

Celem programu DOM (Domowa Opieka Medyczna), który został oficjalnie ogłoszony w połowie listopada, miało być odciążenie obłożenia szpitalnych łózek przez pacjentów zarażonych SARS-CoV-2 i co ważniejsze - zmniejszenie liczby zgonów z powodu COVID-19. Pulsoksymetry miały umożliwić domową opiekę nad pacjentami z koronawirusem, którzy nie potrzebują hospitalizacji. Pozwalałyby monitorować ich stan zdrowia, aby jeszcze przed jego załamaniem, trafiali do szpitali.

Dzisiaj, po prawie miesiącu funkcjonowania programu, można ocenić, że jak na razie nie spełnia on pokładanych w nim nadziei.

11 grudnia br. Wojciech Andrusiewicz, rzecznik MZ na konferencji prasowej chwalił się, że w ramach programu DOM do pacjentów trafiło już 30 tys. pulsoksymetrów. Nie powiedział jednak ani słowa o ich wykorzystaniu i jakie przynoszą realne korzyści. Te okazują się niewielkie. Przyczyny? Jak wskazują lekarze, przede wszystkim „urzędnicze” podejście do programu, modyfikacja jego pierwotnych założeń i brak konsultacji ze środowiskiem lekarzy praktyków.

Droga na skróty
Ministerstwo Zdrowia zakupiło 50 tys. pulsoksymetrów dla potrzeb programu DOM. Myli się ten kto sądzi, że to urządzenia względnie tanie, bo można je kupić już od 40 zł do 150 zł. Te zakupione przez ministerstwo są z najwyższej półki. To nawet nie mercedesy a lexusy wśród pulsoksymetrów - za 450 zł sztuka. Koszt łatwo policzyć - 22,5 mln zł. Nawet jeśli przyjąć, że zostały kupione hurtowo, po niższej cenie, to kwota niebagatelna.

Początkowo resort zakładał, że do programu kwalifikować będą lekarze POZ, którzy znają swoich pacjentów z grup obciążonych największym ryzykiem, chorobami współistniejącymi i dysponują wiedzą, którzy z nich wymagają pulsoksymetrów i będą umieli je wykorzystywać lub mają rodzinę, która może im w tym może pomoc.

Ponieważ jednak lekarze rodzinni domagali się doprecyzowania swojej roli w programie, urzędnicy nie słuchając środowiska medyków poszli drogą na skróty. 16 listopada zapadła decyzja o zmianie kryteriów kwalifikacji osób do programu. Zadecydowano, że zastosowany zostanie „automat” - pulsoksymetry otrzymają wszyscy zakażeni pacjenci 55+, niezależnie od tego czy chcą je otrzymać, czy nie. Nawet jeśli mają własne. Argumentem było to, że to grupa osób, w której korzysta się ze smartfonów.

Nikt się nie zastanawiał, czy dużo osób w tej grupie wykorzystuje różnego rodzaju aplikacje w swoim smartfonie i potrafi je obsługiwać? Ponieważ zakupione pulsoksymetry należało rozdysponować, to je wysłano. Na ślepo. Efekt jest taki, że na 25 tys. wysyłek pocztowych do pacjentów, nie wiadomo ilu z nich zarejestrowało się w systemie.

- U podstaw leży błędne założenie, że po drugiej stronie jest pacjent, który dba o swoje zdrowie. Ludzie nie chcą się testować, nie chcą się ujawniać, jeśli są zakażeni. Do przychodni dzwonią bardzo późno, kiedy już wymagają hospitalizacji. A wszystko polega na tym, aby wyprzedzić moment załamania się zdrowia - mówi dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Kierowanie pulsoksymetrów do pacjentów z tzw. automatu jest nieefektywne. Jeśli ktoś go dostanie za darmo, będzie to lekceważył. Zdaniem Sutkowskiego pulsoksymetry powinny trafić przede wszystkim do osób z grupy 70+ oraz tych, którzy sami o tym zdecydują. Ci ostatni będą go wykorzystywać, bo sami tego chcieli, natomiast w przypadku osób starszych powinni dotrzeć do nich np. wolontariusze, którzy nauczą ich korzystania z urządzenia i aplikacji.

Nie tylko "automat"
Poza automatyczną wysyłką pulsoksymetrów do grupy pacjentów 55+, może je otrzymać każdy zakażony, niezależnie od wskazań medycznych, kto samodzielnie zarejestruje się na stronie „PulsoCare”. Zrobiło to do końca ub. tygodnia niespełna 2,5 tys. osób.

Trzecią ścieżką, którą mogą pacjenci trafić do systemu jest kwalifikacja przez lekarza POZ. Tą drogą do ubiegłego tygodnia zakwalifikowano niecałe 1,4 tys. osób. Widać jak na dłoni, że rola lekarzy POZ w procesie kwalifikacji do systemu została zmarginalizowana. Jedną z przyczyn zapewne jest to, że program w żaden sposób nie motywuje lekarzy POZ do brania w nim udziału.

Trudno się więc dziwić, że na prawie 9 tys. lekarzy POZ zgłoszonych przez pracodawców do udziału w programie formalnie zarejestrowało się w nim tylko niespełna 2,3 tys. Nie wiadomo także ilu z nich, przy obciążeniu pracą w swoich przychodniach, bierze aktywny udział w programie DOM.

Mało aktywnych urządzeń
Na 30 tys. wydanych przez MZ pulsoksymetrów w praktyce tylko co szósty został zarejestrowany i zafunkcjonował w systemie DOM. Nie ma oficjalnych danych, więc można się tylko domyślać, że zarejestrowali się w systemie i korzystają z pulsoksymetrów tylko ci pacjenci, którzy sami o nie wystąpili i ci, których kwalifikowali lekarze POZ. Pozostałe – czyli ok. 25 tys. - to właściwie pieniądze wyrzucone w błoto. Program, który był na początku dobrze oceniany przez lekarzy, po jego modyfikacji stał się wysoce nieefektywny.

O nieefektywności systemu świadczy, że na ok. 5 tys. pacjentów i pulsoksymetrów zarejestrowanych w systemie w Centrum Kontaktu wykonano 1600 konsultacji sprawdzających alerty w zakresie saturacji krwi, akcji serca, temperatury i liczby oddechów, świadczące o pogorszeniu się stanu zdrowia pacjenta. Zdecydowana większość z nich była fałszywa, wynikająca z błędu pomiaru czy zapisu i przesłania danych. Dodatkowo Centrum (w którym pracuje 100 konsultantów i 20 lekarzy) udzieliło 320 teleporad lekarskich. Natomiast alertów, po których zadysponowano transport pacjenta do szpitala, było zaledwie 40.

Pytany o ocenę tych danych Andrzej Zapaśnik, lekarz rodzinny, prezes przychodni BaltiMed w Gdańsku potwierdza, że efekty jakie przynosi system są niewspółmierne do wysiłku organizacyjnego, jaki został w niego włożony.

- Ten program jest niezwykle potrzebny, może uratować wielu ludziom życie. Konieczne jest jednak wprowadzenie do niego istotnych zmian. W moim przekonaniu bez aktywnej współpracy z lekarzami POZ tego systemu naprawić się nie da. Na razie jest przykładem organizacji opieki zdrowotnej przez urzędników ministerstwa zdrowia, którzy nie słuchają lekarzy praktyków - mówi Zapaśnik.

Zabrakło komunikacji?
Pytana o ocenę i efektywność programu DOM dr hab. Agnieszka Mastalerz-Migas, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej, która wraz z ministrem Niedzielskim przedstawiała jego założenia na konferencji prasowej, stwierdza w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl:

- To nie jest kwestia samego programu i jego założeń, ale współpracy z lekarzami POZ, zapewne też brakuje zmotywowania ich do czynnego w nim udziału. Sam projekt korekt nie wymaga, jest dopracowany, Korekty wymaga natomiast komunikacja ze środowiskiem lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej - tego, aby ich zachęcić do kierowania pacjentów do systemu - mówi Mastalerz-Migas.

Jak wyjaśnia, automatyczne skierowanie pacjentów 55+ do udziału w programie i przekazywanie im pulsoksymetrów związane jest z wskazaniem przez amerykańską agencję CDC tej grupy jako narażonej na zwiększone ryzyko powikłań COVID-19.

Jak zauważa dr Jacek Krajewski, prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie, ponieważ nie do końca sprecyzowano rolę lekarza POZ w programie, część lekarzy POZ wstrzymała się od w nim udziału.

- Nasza pomoc i pośrednictwo okazało się niepotrzebne z tego powodu, że program ewoluował w takim kierunku, aby to sami pacjenci się kwalifikowali lub byli kwalifikowani automatycznie. Jednak przy takiej masowości trzeba było przetestować ten mechanizm. Praktyka pokazała, że to się jednak nie sprawdza - mówi dr Krajewski.

To tylko pilotaż?
W ocenie Krajewskiego program w dalszym ciągu jest na etapie pilotażu, testowania na ile będzie przydatny w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia zakażonego pacjenta, który nie jest w szpitalu. Dodaje też, że nikt nie konsultował realizacji tego programu ze środowiskiem lekarzy POZ czy AOS.

- Trzeba także podkreślić, że obecnie zbliżamy się do końca drugiej fali pandemii. Przed nami jest trzecia, której na pewno nie zdążymy zapobiec szczepieniami. Teraz jest czas na przeprowadzenie konsultacji w zakresie działania programu. Nie można pozostawiać jedynie woli pacjenta czy będzie on z niego korzystał czy nie, tylko polegać na lekarzach, którzy się nimi opiekują. Dzisiaj działa to na zasadzie - macie, bierzcie - i wyszło jak wyszło - mówi prezes FPZ.

Zdaniem dra Michała Sutkowskiego, który osobiście zaangażował się w propagowanie programu DOM, ciągle jest on jeszcze niedostatecznie znany.

- Zanim program ruszył w pełni, został zmodyfikowany i obecnie rola lekarzy rodzinnych jest w nim niewielka. Poniżej 55 lat pacjent sam może się zakwalifikować, a powyżej zostanie zakwalifikowany automatycznie. Brakuje jednak rzetelnej informacji co pacjent, jeśli dostanie pulsoksymetr, powinien z nim zrobić. 30 tys. pulsoksymetrów powędrowało w świat, ale wiele osób, nawet jeśli z nich korzysta, nie używa aplikacji - mówi Sutkowski.

Jak przekonuje, urzędnicy, decydujący o modelu kwalifikacji do programu byli oderwani od rzeczywistości. Argumentem zasadniczym dla nich było, że w grupie wiekowej 50-65 aż 85 proc. używa smartfonów.

- Po pierwsze grupa 50-65 wcale nie jest tak liczna dla SARS-CoV-2, choć oczywiście tam też on atakuje i zabija. Jednak większe ryzyko jest u osób starszych. Samo posiadanie smartfona nie oznacza, że będzie się korzystać z aplikacji PulsoCare. Mieszanka tego wszystkiego dała mizerne efekty. Kampania propagująca system też była mizerna i nie spodziewajmy się jakichś spektakularnych efektów programu - podsumowuje dr Sutkowski.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum