PW/Rynek Zdrowia | 19-08-2019 05:58

W pogotowiu brakuje już nie tylko lekarzy, ale i ratowników

O tym, że w systemie PRM jeździ coraz mniej karetek "S", bo tak bardzo brakuje lekarzy, wiadomo od dawna. Niepokoi jednak, że to nie jedyny problem kadrowy pogotowia ratunkowego. Stacje pogotowia z trudem dopinają grafiki dyżurów nawet karetek "P", bo zaczyna brakować także ratowników medycznych.

Kłopoty z obsadą karetek to kolejna odsłona problemów, jakie przeżywa Państwowe Ratownictwo Medyczne; FOT. PTWP

W wielu stacjach pogotowia prowadzona jest niemal permanentna rekrutacja ratowników medycznych, a zapewnienie gotowości wymaganej liczby zespołów jest możliwe dlatego, że ratownicy - podobnie jak w innych placówkach służby zdrowia lekarze czy pielęgniarki - decydują się, obok etatów, pracować także na kontraktach.

- Sam jeżdżę w karetce i odczuwam, co przecież normalne, potrzebę odpoczynku po 24-godzinnym dyżurze. Nie chcę gonić do kolejnej placówki na dyżur, ale tak robimy. W ten sposób nie da się jednak utrzymywać funkcjonowania systemu PRM - mówi nam Marcin Borowski z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.

Dla ratowników intrygujące jest, że pojawiają się stacje - co wynika z raportowania w Systemie Wspomagania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego - gdzie kilka karetek, które powinny wyjechać ma status "awaria".

- Z pewnym dystansem traktuję te zgłoszenia o awariach. Kilkunastogodzinne awarie kilku karetek w jednej stacji, to zbiegi okoliczności, w które raczej trudno uwierzyć - przekonuje Marcin Borowski. Zwrócił uwagę na ten fakt podczas jednego z niedawnych spotkań w ministerstwie. Jego zdaniem, to raczej skutek możliwego braku obsady kartek.

Czy jedzie z nami ratownik?
Kłopoty z obsadą karetek "P" (podstawowych) , to kolejna odsłona problemów jakie przeżywa pogotowie ratunkowe, a szerzej system Państwowego Ratownictwa Medycznego. Brak lekarzy uprawnionych, ale i chętnych do pracy w pogotowiu ratunkowym spowodował, że spada liczba karetek "S" (specjalistycznych). W 2016 r. było ich w kraju 562, teraz mamy ich już tylko 375.  "Ale w praktyce jest ich jeszcze mniej, bo w zespołach S (za których dyżur NFZ płaci nawet 1 tys. zł więcej na dzień) często brakuje lekarza" - zwróciła niedawno uwagę Gazeta Wyborcza.

Karetki "S" są przekształcane w zespoły "P". Są tańsze, ze względu na niższe koszty pracy ratowników medycznych niż lekarzy. Z tego też powodu możliwe jest nawet (przy takim samym finansowaniu) podstawienie w systemie PRM jeszcze dodatkowych, kolejnych karetek "P". W 2016 r. było ich 955, obecnie jest 1206. Tyle tylko, że i z zapewnieniem zespołów do tych karetek zaczynamy mieć problemy.

Dyrektorzy stacji pogotowia, pytani o niedostatek ratowników medycznych na rynku pracy przyznają, że rzeczywiście z tego powodu coraz trudniej o obsadę nawet do ambulansów "P".

- Faktycznie dopinamy dyżury z największym trudem. Ratownicy odchodzą do szpitali, które otworzyły dla nich miejsca pracy, i to nie tylko na SOR-ach. Ponieważ płacą lepiej niż pogotowia, drenują rynek pracy ratowników. Braki kadrowe nasilają się w sezonie wakacyjnym, a we wrześniu, październiku - po wyjściu z uczelni kolejnego rocznika - nieco zmniejszają się - mówi nam Artur Borowicz, członek zarządu Związku Pracodawców Ratownictwa Medycznego Samodzielnych Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej (dyrektor WPR Katowice).

Te spostrzeżenia potwierdza Roman Palka, również członek zarządu Związku Pracodawców Ratownictwa Medycznego Samodzielnych Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie. - W stacjach pogotowia od 8 lat jesteśmy finansowani za tzw. dobokaretkę na tym samym poziomie z budżetu państwa, nie mamy możliwości zwiększania wynagrodzenia - mówi, podając główny powód, dla którego ratownicy wysiadają z karetek i przenoszą się do szpitali finansowanych w oparciu o rosnący budżet NFZ.

Przyznaje, że w sezonie wakacyjno-urlopowym, od maja do września, aby zapewnić dodatkowo 7 zespołów ratownictwa medycznego w pasie nadmorskim WPR w Szczecinie występuje ze specjalną ofertą do ratowników.

- Próbujemy zachęcić ratowników do pracy w wakacje, proponując niewielkie zwiększenie wynagrodzenia na umowę-zlecenie, wypoczynek z rodzinami, żeby czymś jeszcze ich przyciągnąć niż samą płacą. Mamy ratowników ze Śląska, Dolnego Śląska, z Lubelskiego. Własnymi siłami nie bylibyśmy w stanie zabezpieczyć rejonu w sezonie. Jeśli "podkupujemy" ratowników, to gdzie indziej ich pewnie jeszcze bardziej brakuje, ale inaczej byśmy ich nie znaleźli - mówi dyr. Roman Palka.

Wolą pracować w szpitalach
Ratownicy już od kilku lat przestrzegali, że dojdzie do sytuacji, w której na rynku pracy będzie ich za mało, o ile ten zawód nie stanie się bardziej atrakcyjny. - Dominowało jednak przeświadczenie, że na uczelniach mamy nadprodukcję absolwentów tego kierunku i ratowników jest za dużo - mówi Piotr Dymon, przewodniczący zarządu krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.

Jak zauważa, w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego jeździ prawie 1600 karetek. Przyjmując, że w każdej karetce pracuje 2-osobowy zespół ratowników, zapewnienie jej obsady przez każdy dzień w miesiącu wymaga "przypisania" do niej 10 ratowników. - Zatem, żeby codziennie wszystkie te karetki wyjechały potrzeba nam do pełnego zabezpieczenia 16 tysięcy osób. Jest około 13 tysięcy aktywnych loginów w Systemie Wspierania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego, co oznacza, że tylu ratowników pracuje w pogotowiu. Zatem w systemie brakuje nam ok. 3 tysięcy ratowników medycznych - wylicza szacunkowo Piotr Dymon.

Tymczasem system PRM pod względem wynagrodzenia ratowników medycznych za pracę w karetkach przegrywa z każdą inną ofertą. Ustawa o PRM zakłada, że ratownik medyczny może pracować poza systemem karetkowym i SOR-em, czyli na innych oddziałach szpitalnych, w ramach kompetencji. W tym zakresie intencja była taka, by ratownicy medyczni pojawili się w szpitalach tam, gdzie brakuje pielęgniarek.

- Pensje są dużo wyższe, nawet o 50 proc.w niektórych przypadkach niż w pogotowiu, praca nieco łatwiejsza. Nie ma tak dużej bezpośredniej odpowiedzialności za życie człowieka, jak w karetce, w której kierownik zespołu musi sam podejmować decyzje. Na SOR zawsze jest ktoś "nad" ratownikiem, wydający mu polecenia - mówi Piotr Dymon.

Przyznaje, że przesunięcie części ratowników na oddziały szpitalne optujący za tym rozwiązaniem związkowcy traktowali jako rozwiązanie tymczasowe: - Zakładaliśmy, że będzie to dodatkowa praca, dająca możliwość dorobienia, w sytuacji, gdy pensje w ratownictwie medycznym są niskie.

Takie były nadzieje
Dzisiaj jednak rozpiętości płacowe pomiędzy ratownikami zatrudnionymi na etacie w karetkowej części systemu PRM a tymi na oddziałach szpitalnych są tak duże, że to praca w pogotowiu dla wielu ratowników stała się tą dodatkową.

Jak precyzuje Artur Borowicz, opierając się na przykładzie ze Śląska, szpitale oferują ratownikom na etatach stawki wyższe niż w pogotowiu, choć niższe niż pielęgniarkom, które stały się dość drogim pracownikami, po tym jak wywalczyły włącznie ekstra dodatku do podstawy wynagrodzenia.

Natomiast stawki za pracę kontraktową w WPR Katowicach są jednakowe dla pielęgniarek systemu i dla ratowników. - Wychodzimy z założenia, że obowiązuje taka sama płaca za taką samą pracę i wynosi ona np. dla kierownika zespołu - pielęgniarki czy ratownika - 35,57 zł za godzinę, z dodatkiem. Niektóre szpitale dają parę złotych więcej - mówi dyr. Borowicz.

Zdaniem dr n. o zdr. Jarosława Madowicza, prezesa Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych, młodzi ludzie, którzy wybierają studia, dość dobrze orientują się w realiach zawodu ratownika medycznego. - Kiedy wprowadzano ten zawód wiele osób, które decydowały się rozpocząć studia na tym kierunku sądziło, że praca w systemie PRM, w pogotowiu, będzie prestiżowa. Tak się nie stało - podkreśla, dodając, że studia kierunkowe ratownik medyczny kończy na licencjacie, nie ma w tym zakresie studiów magisterskich, ratownik nie może też robić specjalizacji.

Przypomina, że pielęgniarki wywalczyły podwyżki, dzięki którym na etacie zarabiają więcej niż ratownicy, także w karetce, w której wykonują tę samą pracę. Pielęgniarki mogą pracować w różnych obszarach ochrony zdrowia. - Zatem młody człowiek rozważa, że pójdzie na pielęgniarstwo, potem ewentualnie zrobi kurs kwalifikacyjny 3-miesięczny czy półroczny i też może wsiadać do karetki - konstatuje dr Madowicz, przypominając, że już drastycznie spadły przyjęcia na studia na kierunku ratownictwo medyczne.

Ratowników wyraźnie zaczyna brakować w systemie. - Już zdarzyło się nam, że dowoziliśmy na dyżur ratownika, żeby zespół mógł wyjechać. Dotąd takie sytuacje dotyczyły wyłącznie lekarzy. To pierwszy znak, że mogą nas czekać poważne problemy kadrowe w ratownictwie medycznym - podsumowuje dyr. Palka. Radzi: - Zacznijmy chuchać i dmuchać na ratowników, będą coraz bardziej potrzebni, bo o lekarzach w karetkach możemy już powoli zapomnieć.